I brzydota, i wzruszenie

Redakcja
Jan Poprawa

Sezon

Jan Poprawa

Sezon

Na polu (krakowianie tak właśnie mówią) gorąco aż strach. Do Kryspinowa wyjechać jeszcze straszniej, opryszki w kominiarkach biją plażowiczów kijami. Pozostaje telewizor w domowym zaciszu. Tam zawsze (a już najpewniej w weekend) znajdzie się coś na upały.
 Pewnego sobotniego wieczoru na ekranie zobaczyłem brzydko ubranych ludzi na tle tandetnej dekoracji, zza której pobłyskiwało jezioro. Oho, Mrągowo! - pomyślałem. Ponieważ Bałtroczyka udawał Korek Pacuda - odgadłem, że to Country Piknik. I oddałem się rozrywce. Na jakieś trzydzieści sekund. Usłyszałem bowiem, jak Grupa Furmana wylewa z siebie strugę śpiewanej poezji: jazda na emzecie/ jest najlepszą jazdą na świecie/ a jazda na kamazie/ powoduje inflację marzeń. Naprawdę.
 Telewizja za ów wybryk estetyczny odpowiedzialności nie ponosi. Bierze co jest, co jej dają. W tymże Mrągowie zresztą poza Grupą Furmana zaśpiewał przecież i Tomek Szwed, poeta prawdziwy, w dodatku jeden z niewielu na polskiej estradzie prawdziwych mężczyzn. Telewizja niewinna jest nawet uśmiercenia FAMY, do niedawna jednej z niewielu imprez z tożsamością artystyczną: to organizatorzy świnoujskiego festiwalu dopuścili się tego rajfurstwa, które skończyło się tak smutno (pisałem o tym ostatnio). Telewizja ma średnie albo jeszcze mniejsze zainteresowanie wartościami, ona jest dla "oglądalności". Czasem wszakże zdarza się cud.
 Oto któregoś upalnego popołudnia włączyłem obraz. Na ekranie zobaczyłem brzydko ubranych ludzi na tle tandetnej dekoracji (ale innej), zza której pobłyskiwało jezioro. Bałtroczykiem była tym razem Agata Młynarska, ubrana w bardzo sztuczny warkocz. I cud zdarzył się właśnie w tej chwili: zza kulis wyszedł sztywno maleńki staruszek z białą bródką, pan Orliński. Do mikrofonu wyrecytował - po polsku z białoruska - historię swoich medali. I zaśpiewał "O mój rozmarynie". A gdy śpiewał, śpiewała z nim wielotysięczna widownia mrągowskiego amfiteatru, ludzie starzy i młodzi (choć przeważnie starzy). Przy drugiej zwrotce nie wytrzymał mi gruczoł łzowy. I siedziałem przed telewizorem jak oczadziały, oglądając jakieś dzieci, jakieś babuszki, jakiegoś przebierańca z wąsem. Artystycznie było to marne nad wyraz - a przecież miałem w gardle gulę wzruszenia, a gruczoł wciąż pracował.
 To najprzedziwniejsze zgromadzenie nazywa się Festiwal Kultury Kresowej. Polacy zza wschodniej granicy spotykają się tam pod artystycznym pretekstem po to, by się cieszyć, iż są Polakami. Gdy się - choćby przed telewizyjnym ekranem - towarzyszy ich radości, przychodzą myśli najróżniejsze, zgoła niemodne. Przypominają się słowa niemodne, jak patriotyzm czy ojczyzna...
 Podobne wzruszenia przeżywałem co roku w Dobrym Mieście na Warmii. Tam w połowie sierpnia spotkały się znowu "rodziny muzykujące". I w Dobrym Mieście dominują polonusi, choć zmieszani z dzieciarnią Wylegałów z Chrzypska i innymi rodzinami rodzimymi jak najbardziej. Jest słodko. Ale o tym, jak słodko było tego roku - wiem tylko z opowieści Stefana Brzozowskiego, dyrektora artystycznego imprezy. Sam bowiem w tym samym czasie pojechałem do Józefowa.
 Józefów to niewielka mieścina (właściwie wieś) na Roztoczu. Wielkim wysiłkiem miejscowych animatorów kultury, z Beatą Zaśko na czele, odbywa się tam Festiwal Kultury Ekologicznej. Wymyślony ongiś przez Janka Kondraka - jest jedną z najniezwyklejszych imprez w kraju. Jest mianowicie połączeniem plenerowego pikniku (wata na patyku, popcorn, namioty, motocykle, wino "Kozak nadbużański" etc.). W Józefowie gra się w piłkę i rywalizuje wielkością znalezionego grzyba, zwiedza się okoliczne "szumy" i patrzy we wspaniale gwieździste niebo. Ale przede wszystkim słucha się artystów. Tym razem takich na przykład, jak Raz, Dwa, Trzy czy Lubelska Federacja Bardów. Odbywa się też w Józefowie konkurs zespołów folkowych oraz piosenki literackiej. To w konkursie usłyszałem świetny lubelski nonet Drewutnia, wprost nadzwyczajnie grający i śpiewający ludowe piosenki łemkowskie (i inne). Redaktorom Jandzie i Orskiemu, którzy organizują tegoroczny telewizyjny festiwal "U siebie", polecam Drewutnię jak najbardziej!
 Ale głównym celem mej do Józefowa podróży był konkurs piosenki literackiej. Był on bowiem jedną z eliminacji do przyszłorocznego Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. "Studencki" od pewnego czasu osiągnął to, czegośmy się zawsze domagali: ma dobrego organizatora i rozsądny pomysł artystyczny. Po latach bezhołowia, gdy zawiadywali nim niekompetentni gówniarze (co roku uczący się, co by tu jeszcze zepsuć) - dzięki Stowarzyszeniu Kultury Akademickiej odbudował SFP swą pozycję najważniejszej imprezy "piosenki artystycznej" w Polsce. Kilkadziesiąt konkursów regionalnych i ogólnopolskich (ale mniejszych) zgodziło się pełnić rolę eliminacji do krakowskiego superfinału. Niektórych finalistów przyszłorocznego SFP poznaliśmy już więc, choć do maja 2001 jeszcze trzy kwartały. Członkowie krakowskiej Rady Artystycznej byli w Koszalinie na "Bursztynowej Łezce", byli w Bydgoszczy na "Papie", jurorowali na Zamkowych Spotkaniach w Olsztynie. Mnie i wspomnianemu już Kondrakowi przypadła przyjemność rekomendowania do SFP 2001 zamojskiej studentki Kasi Wysockiej, bardzo uzdolnionej i czyniącej od dwóch lat spore postępy. A powiedzieć mogę, że z nadzieją odnotowaliśmy też występy Michała Fałkiewicza i Mariusza Jaroszyńskiego (może za jakiś czas i oni dostaną nominacje do Krakowa?), jak też zwróciliśmy uwagę na zdolnego kompozytora i instrumentalistę Waldemara Kondraciuka. Zapamiętajcie te nazwiska, warto.
 Do Studenckiego Festiwalu Piosenki wracać będziemy (także w "Sezonach") coraz częściej. Wszak przed nami kolejne festiwale - eliminacje: Biłgoraj, Sieradz, Ciechanów, Limanowa, Ostrołęka, Andrychów etc... Wszak to najważniejsza i najstaranniej przygotowywana krakowska impreza estradowa; dlatego ze strachem słucham, że zgłaszają się chętni, by ją przejąć - chyba po to, by artystycznie sprostytuować i organizacyjnie zbałaganić.
 Na razie jeszcze kontentować się musimy festiwalami na telewizyjnym ekranie. Przemknął więc przed naszymi oczami "Sopot 2000", z nadzwyczajnym sukcesem konsumujący powodzenie world music, melodyjną trwałość włoskiego belcanta i fenomen niezmiennej od ćwierć wieku Heleny Vondrackowej.
 Na krakowskiej antenie regionalnej przykuły znów naszą uwagę młodziutkie dziewczynki, śpiewające nad podziw dojrzale w programie Maryli Guzy i Barbary Babińskiej "Kraków pełen nutek": to nowa jakość w telewizyjnej tradycji epatowania dziećmi, tu naprawdę stosuje się kryteria artystyczne!
 Gdy upał nieco zelżeje - pojadę znów "w Polskę". Za tydzień kolejna eliminacja do SFP, tym razem w Radzyniu Podlaskim.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie