Incydent zwany dziwem

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

Na szczycie Babiej Skały w Jerzmanowiach Zygmunt Ferdek mówi tak: - Huk był tępy, dudnienie. I nic więcej, cisza... Fot. Piotr Subik

Na szczycie Babiej Skały w Jerzmanowiach Zygmunt Ferdek mówi tak: - Huk był tępy, dudnienie. I nic więcej, cisza... Fot. Piotr Subik

Najpierw niebo rozświetlił intensywny błysk, potem w niezbyt wyniosły ostaniec uderzyła ognista kula, wreszcie rozległ się przerażający grzmot. Potem drugi, słabszy. I jak gdyby nigdy nic na powrót zapadła noc. Tylko nieliczni dostrzegli świecące kule, które po ułamku sekundy odskoczyły od skały. Były dwie, małe. - Zjawisko trwało dość długo, jego czas świadkowie oszacowali na powyżej kilku sekund. Sam błysk miał trwać dwie sekundy - mówi dr Tomasz Ściężor, miłośnik astronomii, fizyk z Politechniki Krakowskiej.
Na szczycie Babiej Skały w Jerzmanowiach Zygmunt Ferdek mówi tak: - Huk był tępy, dudnienie. I nic więcej, cisza... Fot. Piotr Subik

Na szczycie Babiej Skały w Jerzmanowiach Zygmunt Ferdek mówi tak: - Huk był tępy, dudnienie. I nic więcej, cisza... Fot. Piotr Subik

Na szczycie Babiej Skały w Jerzmanowiach Zygmunt Ferdek mówi tak: - Huk był tępy, dudnienie. I nic więcej, cisza... Fot. Piotr Subik

Dziwny błysk widać było wyraźnie nawet na płycie Rynku Głównego w Krakowie. Ponad dwadzieścia kilometrów w prostej linii od Jerzmanowic

Był czternasty stycznia 1993 r., czwartek, dzień, w którym na Morzu Bałtyckim zatonął prom "Jan Heweliusz", a w Kolumbii doszło do erupcji wulkanu Galeras.
Dochodziła dziewiętnasta. Ów dziwny błysk widać było wyraźnie nawet na płycie Rynku Głównego w Krakowie. Ponad dwadzieścia kilometrów w prostej linii od Jerzmanowic, gdzie COŚ uderzyło w skałę zwaną Babią. Do dzisiaj nie ustalono co.

Dom Bieniów stoi kilkadziesiąt metrów od Babiej Skały, w przysiółku Kolonia Wschodnia, przy zakręcie szosy do Łazów, niecały kilometr od centrum wsi Jerzmanowice. Akurat pełen był ludzi; wszyscy siedzieli przed TV - leciał odcinek popularnego serialu "Pokolenia".

Nagle błysk, grzmot, poderwali się więc na równe nogi. Jerzy Bień wspomina: - Nie wiem, do czego to porównać. Może do petardy hukowej, ale musiałaby być fest. Sąsiedzi krzyczeli: "Gaz wybuchł!".

Naoczny świadek (anonimowo): - Nie byłem na wojnie, ale tak to właśnie musi wyglądać. Pamiętam strach.

- Huk był tępy, jakby dudnienie; nie ciach prach jak od pioruna. I nic więcej. Cisza - mówi z kolei Zygmunt Ferdek, który mieszka ponad 2 km od Babiej Skały. Miał szczęście, że tak daleko - bo nie doświadczył tego, co jej bliscy sąsiedzi.

Po wybuchu na ich zabudowania runął bowiem grad wapiennych kamieni. Sypał się piasek i spadały głazy wielkości wiadra: tak ciężkie, że nie mogli sobie potem poradzić z nimi rośli mężczyźni. Tych większych były setki, małych tysiące. Spadały na podwórka (w momencie zrobiło się od nich biało), dachy domów, stodół, garaży. Eternit trzaskał, leciała szyba za szybą, drzewa traciły wierzchołki, topiły się druty telefoniczne. Tragedia, makabryczny widok...

Natychmiast zgasło światło. W domach w pobliżu epicentrum zdarzenia przepaliły się żarówki, telewizory, magnetowidy, lodówki, inny sprzęt AGD. Wszystko, co było wpięte do prądu, zostało zniszczone. Tryskały ogniem nawet niezaświecone lampy. Na krawędziach metalowych przedmiotów tańczyły płomyki zwane ogniami św. Elma. Tak spektakularne efekty obserwowano również w domach sporo oddalonych od wapiennego ostańca.

Na Babiej, gdzie co odważniejsi poszli zaraz z latarkami, także widać było działanie niszczycielskiej siły, choć nie tak wielkie, jak się spodziewano.

Uderzenie odłupało wierzchołek skały; przeryta, jakby przez krety, była wokół gleba; powstały bruzdy w miejscach, którymi energia szukała ujścia do ziemi. Można było odnieść wrażenie, że Babią Skałą wstrząśnięto...

Mieszkańcy wioski zapamiętali, że chwilę przed zdarzeniem niebo zasnuła ciemna chmura. Dziwne to było odczucie, bo świat spowijała noc, a śniegu, od którego mogła bić poświata, nie było za wiele. Niektórzy zapamiętali też, że po uderzeniu czuć było w powietrzu charakterystyczny smród, jakby azotoksu albo innego środka chemicznego (Ferdek: - Kiedyś piętnaście metrów ode mnie uderzył piorun i czuć było siarkę. Przy tak wielkiej sile nie mogło być inaczej...). Znajomy dra Ściężora, który przechodził akurat przez krakowski Rynek, siarki nie poczuł, ale był przekonany, że właśnie wybuchła bomba jądrowa...
1 3 »

Komentarze (4)

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Autor komentarza nie dodał zdjęcia
halowen

wiedźmin (gość)

Zgłoś

djabi na babiej skale pierdyknęli djabelską karocą bo im się zaprzęg capów znarowił...
bójta sie ludziska!

Autor komentarza nie dodał zdjęcia
To był statek kosmiczny lub meteoryt. jestem naocznym świadkiem

Omen 30 (gość)

Zgłoś / 2

(Incydent Jerzmanowski) 14 stycznia 1993r. Jerzmanowice koło Krakowa. Siedzę z kuzynem i kilkoma znajomymi u niego w domu, impreza jest niezła, zaraz mamy spadać do knajpy a potem na dyskotekę przy...rozwiń całość

(Incydent Jerzmanowski) 14 stycznia 1993r. Jerzmanowice koło Krakowa. Siedzę z kuzynem i kilkoma znajomymi u niego w domu, impreza jest niezła, zaraz mamy spadać do knajpy a potem na dyskotekę przy trasie. I wtem przygasa światło, gaśnie telewizor, a na wszystkich metalowych rzeczach w pokoju zaczynają błądzić małe niebieskie wyładowania, (świecznik, żyrandol, karnisz, nawet na kapslach od piwa). I nagle!!! najpierw niebo rozświetlił intensywny porażający błysk, szum, potem w niezbyt wyniosły ostaniec odległy od nas o 150 metrów uderzyło potężne oślepiające swym biało niebieskim blaskiem światło , wreszcie rozległ się przerażający grzmot brakło prądu szyby powpadały do mieszkania, upalił się żyrandol spadając na ławę i rozbijając kilka piw. Z telewizora, video i wszystkich gniazdek poszedł dym, wszystko popalone. Zegarek elektroniczny który miałem na ręce po prostu zjarał się w środku. Potem drugi o wiele słabszy grzmot. I jak gdyby nigdy nic na powrót zapadła cisza, by po chwili usłyszeć jak coś bombarduje dach. Spadł na nas grad kamieni wielkości od drobnych do wielkości wiadra, robiąc dziury w dachu i niszcząc zaparkowane samochody. Staliśmy osłupiali niektórzy krwawili pokaleczeni szkłem. Kiedy okazało się że nikt nie jest poważnie ranny pobiegliśmy na tą skałę. Na miejscu okazało się że połowę skały wyparowało jakieś 20x30x20m (12000m3 wapienia). Dookoła było pełno dymu. W promieniu około 40 metrów od centrum śnieg był stopiony ziemia spopielona i wszędzie były głębokie bruzdy w ziemi, jak by ktoś ją przeorał . W takiej jednej bruździe znaleźliśmy dziwny metaliczny kamień który wyglądał jakby był zimny, zamarznięty. Bił jednak od niego taki żar że zbliżyliśmy się do niego ledwie na metr. Nie był wielki, porównałbym go do wielkości średniego arbuza. Kuzyn pobiegł do domu po taczkę i łopatę a my posypywaliśmy go śniegiem. Gdy kuzyn wrócił z ledwością udało nam się go wrzucić łopatą ( sercówka do węgla) do taczki. Zabraliśmy go i zostawiliśmy u niego za stodołą, przy kamieniu był jeszcze kawałek jakby aluminiowej foli takiej z czekolady w kształcie sześciokąta o przekątnej 20cm. Za około dwie godziny pojawiło się wojsko. Wszystko poobstawiali i nikt nie mógł już tam wejść. Za dnia nie działo się tam nic, ale nocami grzebali w ziemi ładowali coś ciężkiego na samochody i wywozili. Później jeszcze przyjeżdżali różni naukowcy albo inni szukający sensacji, telewizja, radio itd. Do kamienia wróciliśmy następnego dnia, jakież było nasze zdziwienie gdy okazało się że jest nadal gorący pomimo przejmującego mrozu na zewnątrz. (Dane meteorologiczne z tamtego okresu pokazują że temperatura była na plusie , ale to nieprawda. Jerzmanowice to bodajże najwyższy punkt na Jurze Krakowsko–Częstochowskiej i pogoda tam, a zwłaszcza temperatura jest zawsze zupełnie inna niż w pobliskim Olkuszu czy Krakowie). Po 2 dniach metaliczny kamień wystygł. Zabraliśmy go znów na taczki i zważyliśmy na wadze do ważenia zboża czy ziemniaków. Miał dokładnie 53kg, a kiedy świeciło na niego słońce niesamowicie błyszczał, mienił się wieloma kolorami, nie można było od niego wzroku oderwać. Próbowaliśmy go przeciąć szlifierką, obić młotkiem, itd. Nie było szans. Nic nie było wstanie naruszyć jego struktury. Później kuzyn wrzucił go do kotła węglowego gdy przypomniał sobie jak długo trzyma temperaturę. I okazał się świetnym niekończącym się opałem. Wystarczyło rozpalić piec a on przejmował temperaturę od żarzącego się węgla i trzymał ją jeszcze 37 godzin. Kuzyn ogrzewa nim dom do dziś. Na początku był problem ponieważ zaraz gotował wodę ale wujaszek zrobił wielki bufor wody 5000 litrów i kiedy piec zaczynał osiągać 90 stopni, automatycznie zaczynał grzać bufor. Wrócę jeszcze do foli. Jej również w żaden sposób nie można było zniszczyć choć miała grubość setnej milimetra. Można było ją zgnieść schować do kieszeni ale po położeniu na stole wyprostowała się i była idealnie gładka i prosta. Do dziś dzień leży w warsztacie i nie wiadomo co z nią zrobić. Siostra kuzyna zwiń


Autor komentarza nie dodał zdjęcia
Kontakt

Asia (gość)

Zgłoś

Bardzo proszę o rozmowe w tej sprawie. Jestem z Olkusza. Kontakt mail

passoscuro@wp.eu tel 512329198

Autor komentarza nie dodał zdjęcia
Świadek

Ppp (gość)

Zgłoś / 5 / 1

Pamietam to zdarzenie
W okolicach granicy Chyzne przeleciala ognista kula

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo