Inferno - niedokończone piekło

Redakcja
Fot. Against Gravity
Fot. Against Gravity
Film to świetny temat na film. Tak, to nie pomyłka. Film o filmie zawsze się sprawdza, zwłaszcza gdy mowa o produkcji wykraczającej poza granice sztuki. Produkcji takiej, jak niedokończone "Inferno" Henri-Georgesa Clouzota.

Fot. Against Gravity

Rafał Stanowski: FILMOMAN

To miało być dzieło totalne, przekraczające granice kina lat 60. Wybiegające w przyszłość, kreślące nowe artystyczne horyzonty. Clouzot postanowił nakręcić film swojego życia, nowatorski pod względem technicznym, ba - niemal futurystyczny. Do współpracy zaprosił artystów z nurtu op-art, którzy pracowali nad efektami wizualnymi. Ich wizualna optyka miała wbijać w fotel na podobieństwo współczesnego trójwymiaru. Zdjęcia rozpoczęły się w 1964 r., do jednej z ról zaangażowano gwiazdkę ekranu Romy Schneider. Coś jednak poszło nie tak - film nigdy nie został skończony, główny aktor uciekł z planu, a reżyser wylądował z zawałem serca na noszach karetki.

Genezy tej artystycznej tragedii próbują po latach dociec autorzy nagrodzonego Cezarem francuskiego dokumentu "Inferno - niedokończone piekło" - Serge Bromberg i Ruxandra Medrea. Na podobieństwo detektywa śledzą kolejne zakręty realizacji, przepytują świadków, przeglądają materiały archiwalne. Próbują zrekonstruować wydarzenia, które zakończyły się jedną z największych porażek w historii kina europejskiego. A może nawet światowego, wszak filmowiec zainteresował tym filmem Amerykanów, którzy przeznaczyli na realizację gigantyczne środki. Clouzot dysponował praktycznie nieograniczonym budżetem, poruszał emocjami największych gwiazd, dysponował najnowszą technologią. Miał absolutną wolność artystyczną - był reżyserem, scenarzystą i producentem.

Dokument przeplatają autentyczne zdjęcia nakręcone przez Clouzota 50 lat temu z sekwencjami typowo dokumentalnymi - rozmowami ze świadkami, a nawet próbą rekonstrukcji niezrealizowanych partii scenariusza. Powstał thriller dokumentalny, który śledzi zakręty życiowe wybitnego artysty. Podpatrujemy, jak wyglądała metoda reżyserska Clouzota, który grał na uczuciach aktorów, wyciskając z nich ostateczne emocje. Prowadził grę - z samym sobą, ekipą, życiem. Realizacja przypominała poruszanie się po ostrzu brzytwy. Francuz balansował na krawędzi, by wydobyć niespotykane, skrajne ekscytacje, które korespondować miały z dramatycznym scenariuszem. To wszystko obarczone było ogromnym ryzykiem. Tym bardziej że twórca wyzwolił się spod wszelkiej kontroli.

Pisząc te słowa przypomniałem sobie film, który już polecałem w tej rubryce - "Synekdochę Nowy Jork" Charliego Kaufmana. Ta sama sytuacja, tam fikcyjna, tu realna - twórca popadający w obłęd. Autor, który staje się, wbrew swojej woli, bohaterem. Realizacja sztuki, która zamienia się w scenariusz. Życie i dzieło - nierozerwalny splot. Clouzot niechcący stworzył genialny film przekraczający granice kina - ze sobą w roli głównej. Rzeczywistość prześcignęła fikcję.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie