Jak Peter Jackson zabił smoka

RAFAŁ STANOWSKI
Orki kontratakują - "Hobbit: Pustkowie Smauga" wejdzie do kin 25 grudnia FOT. MATERIAŁY PRASOWE
Orki kontratakują - "Hobbit: Pustkowie Smauga" wejdzie do kin 25 grudnia FOT. MATERIAŁY PRASOWE
Peter Jackson przeszedł do historii kina dzięki pokorze. Twórca horrorów z pogranicza klasy B pochylił głowę, tworząc filmową adaptację "Władcy Pierścieni". Nie ulepszał ponad potrzebę Tolkiena, lecz przeniósł jego fantastyczne pomysły na ekran. Powstały trzy doskonałe filmy, które zmieniły postrzeganie hollywoodzkich superprodukcji.

Orki kontratakują - "Hobbit: Pustkowie Smauga" wejdzie do kin 25 grudnia FOT. MATERIAŁY PRASOWE

FILM. "Hobbit: Pustkowie Smauga" to efektowna podróż do świata J.R.R. Tolkiena. Szkoda, że wizualny show przesłonił sens opowieści.

"Hobbit" to zupełnie inna trylogia niż "Władca Pierścieni" - choć obie czerpią z tych samych korzeni literacko-intelektualnych. Jackson, dziś twórca otoczony glorią, postanowił zrealizować drugą trylogię. Szczupłą książeczkę, pozbawioną wielu wątków filozoficznych, musiał więc rozciągnąć do gargantuicznych rozmiarów. A to oznaczało jedno - do pomysłów Tolkiena trzeba było sporo dopisać.

Za dużo bytów

W sztuce, podobnie jak w filozofii, jestem zwolennikiem zasady nazwanej "brzytwą Ockhama". W uproszczeniu, nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę. Jeśli więc Jackson postanowił ulepszyć Tolkiena, powinien mieć powód. Innymi słowy - równie dobre pomysły fabularne.

Film "Hobbit: Pustkowie Smauga", druga część opowieści o podróży tam i z powrotem hobbita Bilbo, niespecjalnie pod tym względem błyszczy. Jackson kontynuuje przede wszystkim awanturniczy wątek - Bilbo wraz z krasnoludami, a potem z elfami i ludźmi ciągle biegnie, wymachuje mieczykiem, skacze, płynie w baryłce po rwącej rzece (kapitalna sekwencja przypominająca grę wideo).

Krótko mówiąc - uprawia wiele odmian fantastycznych sportów ekstremalnych. Nic dziwnego, bo gonią go orkowie, jakieś diableskie zwierzęta, potem leśne elfy, a na końcu ziejący ogniem smok (czyli tytułowy Smaug).

W tej sprintersko-fechtunkowej plątaninie gubi się sens opowieści. Brakuje wytchnienia, wyhamowania, choćby chwili na refleksję. Jedyny spowolniony fragment to polukrowane do bólu brzucha wyznanie miłości między elfitką a krasnoludem, w książce zresztą nieobecne. Zalatuje tanim harlequinem.

Smok kontra Nekromanta

Można by na to przymknąć oko, gdyby wszystko rekompensował finał. Czyli to, na co czekaliśmy - na pojedynek ze Smau-giem, przebiegłym smokiem kochającym złoto.

Jackson jednak zadał zabójczy cios fruwającej kreaturze, która skutecznie przykuwała oczy do książki Tolkiena. Reżyser wraz z autorami scenariusza wyszli chyba z założenia, że smoków już się nikt nie boi, a Tolkien był dość naiwnym starszym panem, że w ogóle o tym pisał.

Postanowili więc stworzyć mu konkurencję w postaci tajemniczego Nekromanty (specjalnie nie zdradzam, o co chodzi, ale fani Tolkiena i tak się pewnie domyślą). Ten władca krwiożerczych bestii szykuje się do ataku na inne światy i zbiera siły zła. Tak, wygląda to na kalkę z "Władcy Pierścieni". I burzy spójność opowieści. Mało kto przejmuje się ziejącym ogniem Smaugiem, skoro czujemy, że zaraz dojdzie do starcia z o wiele groźniejszym wrogiem.

Olśniewająca wywrotka

To wszystko nie zmienia faktu, że film jest olśniewający - pod względem wizualnym mało która produkcja może się równać z "Hobbitem". Efekty trójwymiarowe, zwłaszcza w kinie takim jak IMAX, potęgują iluzję i wydaje nam się, że staliśmy się częścią fantastycznego świata. Szkoda, że w tym oceanie wzburzonych efektów specjalnych brakuje intelektualnego szkwału.

Ta część "Hobbita" mogłaby nosić podtytuł "Pustkowie Jacksona". Nowozelandzki reżyser zachował się dokładnie tak, jak wszyscy, których omotał pierścień Saurona. Uwierzył, że jest tak potężny, iż przed nikim nie musi pochylać głowy. I, podobnie jak bohaterowie Tolkiena, zaliczył z tego powodu piękną wywrotkę.

rafal.stanowski@dziennik.krakow.pl

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

W
Wasyl

Autor recenzji o czymś zapomniał. Zapomniał o tym że świat tolkienowski rozrósł się pod piórem Tolkiena bardzo gdy ten napisał "trylogię". Hobbit stał się wtedy za nadto uproszczony. Jakby nieprzystający do całości. Dlatego Tolkien jakby osnuł wokół Hobbita wiele nowych wątków i opowieści tak by uzasadnić tą wycieczkę po skarby smoka... I Jackson zadziałał podobnie. By wszystkie jego filmy były spójne wymyślił wiele wątków. Dopisał. Dlatego jego filmy nie są dosłowną ekranizacją. Może są czymś więcej niż utwór "na motywach" ale nie są ekranizacją. Autor recenzji rozpisuje się nad niepotrzebnym wątkiem "nekromanty". Dziwi mię to i sugeruje mi iż świat Tolkiena autor zna głównie z ekranizacji wcześniejszych Jacksona a nie z samej powieści...Motywy związane z Sarumanem włączone tutaj do opowieści Jacksona wymyślił sam Tolkien. Radzę uważnie przeczytać dzieła Tolkiena i dowiedzieć się co nieco o genezie bitwy pięciu armii, o poczynaniach białej rady w tym okresie i tak dalej... To wszystko właśnie wymyślił Tolkien by powiązać i niejako "skleić" w całość Hobbita i "trylogię". Jackson trochę to zmodyfikował do swoich celów ale nie prawdą jest jakoby sam sobie to wymyślił. To pomysł samego Tolkiena. Nie ma tego wszystkiego w samym Tolkienowskim "Hobbicie" ale jest to w dodatkach do jego kolejnych dzieł (nie tylko w samej "trylogii" bo Tolkien napisał Trochę więcej. Autor recenzji może o tym nie wiedzieć bo pewnie nie jest znawcą twórczości Tolkiena... Tylko wobec tego po co się bierze w swej recenzji za takie rzeczy jak "tajemniczy nekromanta". Jeśli autor recenzji nie ma o tym pojęcia to może by się skupił na filmie jako takim... Po prostu na zrobionej przez Jacksona historii... Może by wtedy ta recenzja nie wypadła tak jak wypadła... Czyli miernie... Z autorem recenzji można by się zgodzić tylko w jednej kwestii. W kwestii wymyślonej przez Jacksona historii uczucia między elfką a krasnoludem... Pod warunkiem interpretacji tego co widzieliśmy na ekranie jako wątku miłosnego... Pod warunkiem... Bo mi się wydaje (choć może się mylę) że to nie było żadne gorące uczucie, ale nić sympatii spowodowana "solidarnością jajników" pomiędzy elfką a matką krasnoluda. "Matka dała mi te kamień bym o czymś nie zapomniał. _ O czym?_ Że mam do niej wrócić" Autor recenzji o tym zapomniał? Nie zauważył tego? Nie zrozumiał?

Dodaj ogłoszenie