Jednomandatowa fikcja

Redakcja
Senatorów nadal będzie stu, ale wybierać ich będziemy w 100 jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW), a nie w 40 - jak dotychczas. W praktyce oznacza to, że od następnych wyborów senatorem zostanie ten, kto uzyska najwięcej głosów w "swoim" okręgu. Takie nowe prawo wyborcze uchwalił Sejm.

Włodzimierz Knap: ANALIZA

Teoretycznie zwolennicy jednomandatowych okręgów wyborczych powinni być zadowoleni. - Ale tak nie jest - podkreśla prof. Jerzy Przystawa, prezes Stowarzyszenia Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. Przypomina, że Senat ma marginalne znaczenie w systemie ustrojowym naszego państwa. Najlepiej świadczy o tym frekwencja w wyborach uzupełniających, gdy zwalnia się etat senatora - waha się ona od 2 do 6 proc.

- O wyborach w jednomandatowych okręgach wyborczych można będzie mówić jedynie wtedy, gdy na tej drodze wybierzemy Sejm - mówi prof. Przystawa. - Powód jest oczywisty: centrum władzy w Polsce jest w Sejmie i to wybory do niego rozstrzygają o strukturze partii politycznych i o partyjnym charakterze państwa, w którym stronnictwa zagarnęły wszystkie instrumenty władzy.

Donald Tusk, gdy był jeszcze jednym z trzech "tenorów" w Platformie Obywatelskiej (obok Olechowskiego i Płażyńskiego), mówił, że celem jego partii jest wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych do Sejmu. Gdy został premierem, zapewniał, że "nie spocznie", dopóki w ten sposób nie będzie się wybierało posłów, a Senat... nie zostanie zlikwidowany. Fachowcy są zgodni, że sposób wybierania do Sejmu ma kluczowe znaczenie na powyborczy układ sił w nim, a tym samym w państwie. Doskonale zdają sobie z tego sprawę politycy.

Profesorowie: Antoni Kamiński, przewodniczący Stowarzyszenia Obywatelska Polska i Jerzy Przystawa uważają, że bierne prawo wyborcze, choć zapisane w konstytucji, w istocie jest fikcją, ponieważ o tym, kto znajdzie się na listach wyborczych decyduje w praktyce garstka osób, właściwie liderzy partyjni.

- Proszę wskazać mi obecnych przywódców, którzy przy doborze kandydatów nie kierują się zasadą "bmw", czyli "bierny, mierny, ale wierny"? - pyta prof. Przystawa. - Nie będzie w Polsce demokracji z prawdziwego zdarzenia, dopóki obywatele nie będą mieli możliwości kandydowania bez konieczności oglądania się na liderów partyjnych - konkluduje. Jerzy Gieysztor przypomina, że Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych przygotował projekt ordynacji wyborczej, która dawałaby prawo zgłaszania swojej kandydatury w wyborach każdemu obywatelowi. Zgodnie z nim o mandat w Sejmie ubiegać mógłby się każdy, kto zbierze 15 podpisów od dorosłych mieszkańców z danego okręgu oraz wpłaci kaucję w wysokości kilku tysięcy złotych, między 2 a 4 tys. zł (w Wielkiej Brytanii kaucja dla kandydatów wynosi 500 funtów). - Kaucja byłaby zwracana pod warunkiem, że kandydat uzyska więcej niż 5 proc. głosów. Taki próg spowoduje, że liczba chętnych do startu w wyborach zapewnie nie będzie nadto długa - przekonuje Gieysztor.

Prof. Stanisław Gebethner, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego, wątpi, aby ordynacja większościowa przyniosła cokolwiek dobrego. - Obawiam się, że większość osób wybranych w jednomandatowych okręgach mandat będzie zawdzięczać bogatym ludziom, którzy sfinansują ich kampanię, a potem będą wymagać posłuszeństwa - argumentuje. Taki sam argument przeciwko jednomandatowym okręgom wyborczym wysuwa PiS.
Gebethnerowi i PiS-owi odpowiada prof. Przystawa: - Od 2002 r. w około 2,5 tys. jednomandatowych okręgach przeprowadzane są wybory prezydentów, burmistrzów i wójtów. Na tym przykładzie można zobaczyć, czy rzeczywiście "bonzowie" decydowali o tym, kto stoi na czele miast i gmin.

Nowe prawo wyborcze wprowadza wybory w jednomandatowych okręgach także w gminach, z wyjątkiem miast na prawach powiatu. Jest ich 65. Są to największe miasta Polski, bo tworzą je miejscowości liczące ponad 100 tysięcy mieszkańców, dawne stolice województw i niektóre miasta w dużych aglomeracjach, np. Sopot czy Jaworzono.

Waldy Dzikowski, wiceszef klubu PO, przewodniczący Sejmowej Komisji ds. Zmian w Prawie Wyborczym, bardzo mocno się myli, twierdząc, że wprowadzone zmiany oznaczają, iż prawie 95 proc. mieszkańców gmin będzie wybierało swoich przedstawicieli w okręgach jednomandatowych. Dzikowski powinien pamiętać, że w nieco ponad 38-milionowej Polsce około 12 mln osób mieszka w 40 miastach liczących 100 tys. i więcej mieszkańców, a kolejne 2 mln w pozostałych 25 miejscowościach, które mają status powiatu grodzkiego. Oznacza to, że przynajmniej 35 proc., a nie 5 proc. radnych nie będzie wybieranych w jednomandatowych okręgach wyborczych.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie