Jego paryskie przygody

Redakcja
Prowadził ten dziennik przez jeden rok, od października do listopada następnego roku. Dzień po dniu, z cierpliwą systematycznością, zapisywał roczny wycinek autobiografii, swoje codzienne czynności, kłopoty, przerażenia i radości w obcym sobie świecie. Nie pominął ani jednego dnia. Notował, jaka była pogoda, co jadł, z kim się spotkał, a przede wszystkim - co i jak każdego dnia robił.

Podróże, nie tylko turystyczne

Trzy grube zeszyty

Jeden z nich zatytułowany: "Kurs języka i cywilizacji francuskiej". Wbrew tytułowi wypełnił się inną treścią.
Autorem dziennika jest polski inżynier mechanik, samochodziarz, który - można wywnioskować z dyskretnych napomknięć - zmuszony jakimiś przykrymi okolicznościami opuścił rodzinę w kraju i znalazł się bez środków do życia i znajomości języka francuskiego w Paryżu. Jak próbował żyć mimo osobistego dramatu, przebytych chorób i przekroczonej właśnie sześćdziesiątki? Jak korzystał z uroków życia nadsekwańskiej stolicy?
Dzień do dnia był podobny. Śniadanie, praca, obiad, praca, kolacja, sprzątanie, pranie, wieczorne melancholijne dumanie w samotności... Soboty i niedziele przynosiły trochę urozmaicenia, trochę oddechu.
Całego roku nie da się skrócić do kilkunastu dni, trzech zeszytów nie da się streścić na kilku kartkach. Da się natomiast wyjąć, z tych zeszytów część typowych dziennych notatek i przepisać je tutaj z pominięciem dat, lecz z zachowaniem chronologii.

Pierwszy dzień

Przyjechałem w południe, prosto z dworca udałem się metrem pod podany mi adres. Znalazłem. Taki sobie garaż, to znaczy po tutejszemu nie garaż, lecz warsztat, gdzie naprawia się auta. Wszedłem, zapytałem, dukając, o patrona. Teraz nie ma czasu, za parę godzin może ze mną rozmawiać.
Poszedłem usiąść na kamiennym brzegu Sekwany. Wpatrywałem się w jej brudne wody, podobne do zupy, opanowany niewesołymi myślami. Wróciłem do garażu akurat wtedy, kiedy patron awanturował się z jakimś klientem, czy na odwrót, ale niewiele z tego rozumiałem. Patron wiedział, że czekam na niego, latał koło mnie tam i z powrotem, i nic. Wreszcie mnie zawołał, o Boże, po polsku, co za ulga, bo to przecież Polak, i to jeszcze o jakim nazwisku! Na brzmienie tego nazwiska przypomina się człowiekowi parę wieków historii Polski.

Miało być inaczej

Więc mnie wzywa i oświadcza, że przestawia swój zakład z mechanicznego na lakierniczy, a mnie przekaże jednemu garażyście francuskiemu. O cholera, nie spodziewałem się tego, miało być inaczej.
Jednak po chwili zapytuje mnie, czy się znam na elektryczności samochodowej. Jest tu samochód, który ma zwarcie na masę. Boże, pomyślałem, zwycięstwo lub klęska. Muszę znaleźć. Szukam, pukam, badam przewód akumulatora, prądnicę, regulator napięć, baterię... Znalazłem. Melduję patronowi. Samochód chodzi. Patron zadaje mi ostro pytania, egzaminuje mnie z wiadomości fachowych.
Za półtorej godziny byłem już w roboczym ubraniu i otrzymałem zadanie pospawania ramy przy tylnym pomoście. O godzinie ósmej wieczorem patron daje mi 50 franków i pyta, czy mam gdzie spać. Nie miałem. Dzisiaj prześpi się pan w pokoju razem z tym Hiszpanem, a od jutra pokój będzie do pańskiej dyspozycji - rzekł patron ku mojej radości.
Lecę do tego pokoju: jak śmierdzi, jak brudno, jak ciasno. Na łóżku leży rozwalony Hiszpan, pokazuje mi, żebym sobie pościelił na podłodze. Próbujemy ze sobą gadać. Straszy mnie patronem i ciężką pracą. Trudno, może wytrzymam.

Wstałem głodny...

Nazajutrz wstałem głodny i zmarznięty. O godz. 8.00 już byłem przy pracy. Skończyłem robotę o godz. 22.30. Idę do swojej klitki, patrzę do lustra i nie poznaję się. Umyć się. Maleńka umywalka, brudna od smarów i różnych świństw. Myję się długo, ale na nic, tłusty brud nie schodzi. Hiszpan zabrał swoje rzeczy, zostało gołe łóżko, stół i krzesło. Ja sam w tym wszystkim.
Kolacja - zimne mleko, chleb. Rzuciłem się zmordowany na brudne wyro. W nocy drżałem z zimna, nakładałem na siebie wszystkie swoje łachy, na nic, niewiele spałem, siepało mną bez przerwy.
Raniutko, robota. Zmia-
na przegubów w maszynie wyścigowej. 15 minut na obiad - chleb, mleko. Po południu podchodzi do mnie patron i oznajmia mi, że mnie angażuje z wynagrodzeniem 800 franków tygodniowo. Patrzę na niego, jakąż polską gębę ma ten mój patron, historia się w niej przegląda. Taki ród, na co mu to przyszło, garażysta w Paryżu, nic nie ma z tej powagi dziejowej, jest zwyczajny, może będzie niezły chłop.
OPR. KAZIMIERZ KANIA

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie