Jerzy Giedroyc. Książę z Maisons-Laffitte [KULTURA PARYSKA]

Jerzy Giedroyc. Książę z Maisons-Laffitte [KULTURA PARYSKA]

Włodzimierz Knap

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Jerzy Giedroyc przy pracy w swoim gabinecie w Maisons-Laffitte

Jerzy Giedroyc przy pracy w swoim gabinecie w Maisons-Laffitte ©Archiwum

14 września 2000. Umiera Jerzy Giedroyc, twórca paryskiej "Kultury". Władze komunistyczne bały się go, na potęgę szpiegowały, a współpracującym z nim krajowym autorom i kolporterom groziło więzienie
Jerzy Giedroyc przy pracy w swoim gabinecie w Maisons-Laffitte

Jerzy Giedroyc przy pracy w swoim gabinecie w Maisons-Laffitte ©Archiwum

Jerzy Giedroyc fascynuje, choć po wojnie jego życie było wyjątkowo nieciekawe, bo w zasadzie sprowadzało się do pracy od rana do wieczora. Fascynuje nas jednak nadal, bo cechowała go niespotykana niezależność myślenia.

Był był jedną z bardziej zasłużonych postaci dla polskiej kultury. Miał spory udział w odzyskaniu przez Polskę wolności. Dla władzy komunistycznej był rodzajem "Belzebuba", którego się bała, szpiegowała na potęgę i mściła się na ludziach, którzy ucięli sobie z nim choćby krótką rozmowę. Za coś więcej groziło więzienie.

Politycy, publicyści i eksperci często powołują się na jego myśl. Często jednak czynią to na pokaz, bo zachowują się odwrotnie, niż uczył Giedroyc. Starał się pomagać ludziom, których cenił, nawet jeśli mieli biegunowo różne poglądy i życiorysy.

Chciał Polski demokratycznej, silnej, przyjaznej. Po 1989 r. miał z jednej strony świadomość, że w naszym kraju demokracja jest młoda, a zatem krucha. Z drugiej - narzekał, że partie, które rządzą, są umysłowo i ideowo na antypodach stanowiska jego "Kultury". Do śmierci martwił się tym, że myślenie i zachowania demokratyczne są polskim politykom obce, a nawet wstrętne.

Bolał, że partyjni liderzy ucieleśniają różne odmiany mentalności autorytarnej. Wymagał, by interes Polski stawiany był ponad partyjny. Domagał się pozbycia postaw nacjonalistycznych, był przeciwny mieszaniu się Kościoła do polityki. Orędował za budowaniem społeczeństwa obywatelskiego, nawiązywaniem przyjaznych stosunków z mniejszościami narodowymi i sąsiadami.

To już nie jest człowiek, to jest "Kultura"
Nazywano go Redaktorem lub Księciem, bo pochodził ze starego spolonizowanego książęcego rodu litewskiego.

Był posągową postacią, ale też niełatwym w codziennym życiu człowiekiem. Cechowała go skrytość. Wiadomo jednak, że Aleksander Macedoński był jego ulubioną postacią historyczną, a John Wayne - aktorem. Za najwybitniejszego Polaka uważał hetmana Stanisława Żółkiewskiego, ulubionym miastem był Mosul (w Iraku), a książką "Nurt" Wacława Berenta. Najbardziej mu smakowały kołduny i whisky.

Nie brakowało i nie brakuje ludzi, którzy twierdzą, że był najwybitniejszym polskim politykiem w epoce pojałtańskiej, mimo że uprawiał politykę tylko zza redakcyjnego biurka. Tej ich oceny nie zmienia fakt, że w roku 1956 zdecydowanie opowiedział się po stronie Gomułki.

Nie brakuje też ludzi, którzy uważali, że był wyjątkowo próżny. Wyżej od siebie stawiał jedynie Piłsudskiego i gen. de Gaulle'a. Resztę miał za głupszych od siebie. Należy jednak przypomnieć, że zdawał sobie sprawę i głośno o tym mówił, iż ma "okropny charakter", jest "strasznym egoistą" i "niczym pająk wysysa krew z ludzi".

Przyjaciele i znajomi zgodnie twierdzą, że takie zdanie miał o sobie naprawdę. Jedni skarżyli się, że cenzurował im teksty, inni nie mieli takiego doświadczenia. Leopold Unger zapewnia, że przez ponad 30 lat nie zmienił mu ani zdania. Miłosz zarzucał natomiast redaktorowi "Kultury", że za bardzo koncentrował się na polityce, na bieżących, często "jednodniowych" wydarzeniach, a za mało uwagi poświęcał problematyce filozoficznej, literaturze i religii.

Najważniejsza była "Kultura"
W III RP do jej czytania przyznawało się mnóstwo osób. Gdyby wszystkim im wierzyć, to "Kultura" miałaby miliony czytelników. To nieprawda. Nakład miesięcznika był stosunkowo niewielki, a dostęp do niego w PRL mocno ograniczony. Do lektury "Kultury" przyznawali się byli prezydenci III RP.

Aleksander Kwaśniewski chwalił się, że jako partyjny działacz zaczytywał się tym miesięcznikiem i... podzielał - choć w skrytości - punkt widzenia jego szefa. Lech Wałęsa posunął się jeszcze dalej. Najpierw z dumą podkreślał, że nie przeczytał żadnej książki, by za jakiś czas przyznać, iż niejeden numer "Kultury" "połknął". Giedroyc zwrócił uwagę Wałęsie na tę niekonsekwencję i nie krył oburzenia, że może zarówno chełpić się wstrętem do czytania, jak też kłamać.

Lech Kaczyński uważał się za kontynuatora myśli Giedroycia. W jego przypadku nie sposób wątpić, by jej nie znał. Inna sprawa, czy ją realizował zgodnie z nauczaniem Księcia. Giedoryc uważał bowiem, że Polska musi mieć dobre stosunki z Ukrainą, Litwą, ale też z Rosją, Białorusią i Niemcami.

Głosił, że Europa powinna szukać rozwiązań w konstrukcjach ponadnarodowych. Jednocześnie przekonywał, że Polska ma być i bardzo europejska, i bardzo polska. Prezydent Jaruzelski nawet w "Kulturze" publikował. Giedroyc udostępnił mu łamy na przedstawienie motywów wprowadzenia stanu wojennego. Także Bronisław Komorowski mienił się uczniem Redaktora.

Paryska "Kultura" była najważniejszym pismem w dziejach polskiej diaspory. Teresa Torańska wspominała, że kiedy rozmawiała z Józefem Czapskim, a obok przechodził Giedroyc, malarz i eseista powiedział z żalem: - To już nie jest człowiek, to "Kultura".

Jak drugi Brat Albert
Nie brak jednak głosów, że od miesięcznika ważniejsze było to, co Redaktor zrobił dla polskiej kultury, drukując, a w różnych okresach również dopingując do pisania, dokarmiając i przechowując pod swoim dachem w Maisons Laffitte wielu wybitnych polskich twórców, by wymienić Gombrowicza, Miłosza, Herberta, Czapskiego, Mrożka, Herlinga-Grudziń-skiego, Hłaskę, Jeleńskiego, Bobkowskiego, Stempowskiego, czy zapomniane dziś sławy na Parnasie: Andrzejewskiego, Kazimierza Brandysa i szczególnie mi bliskiego Mieroszewskiego. Gdyby nie Giedroyc, wiele ich dzieł nigdy by nie powstało albo utonęłoby w emigranckich szufladach.

Piłsudczyk
Zanim po II wojnie stał się pracoholikiem, niewychodzącym niemal ze swojego gabinetu, miał bogaty życiorys. Urodził się w 1906 w Mińsku. Rok po zakończeniu I wojny rodzina przeniosła się do Warszawy. Jerzy studiował prawo i historię na UW. Jako 24-latek objął redakcję tygodnika "Dzień Akademicki", dodatku do "Dnia Polskiego". Wkrótce przekształcił pismo w prorządowy dwutygodnik "Bunt Młodych", a w roku 1937 w tygodnik "Polityka".

Jeszcze przed wojną do pism prowadzonych przez Giedroycia pisali tej klasy autorzy co bracia Bocheńscy - Adolf, Aleksander i Innocenty - bracia Pruszyńscy - Mieczysław i Ksawery - a także Stefan Kisielewski, Miłosz i Stanisław Swianiewicz.
1 3 »

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo