Jerzy Katlewicz - Jubilat

Jerzy Katlewicz - Jubilat

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

Nasz wybitny dyrygent ukończył przed kilkoma dniami 75 lat. Trudno w to uwierzyć, napisał we wstępie do programu filharmonii Jacek Berwaldt, a mnie może jeszcze trudniej, bo patrzę wprawdzie na artystę, na którego twarzy życie i los wyrzeźbiły niejedną głęboką bruzdę, ale przed oczami jawi mi się beztroski i pełen werwy kolega ze studiów w krakowskiej Wyższej Szkole Muzycznej w pierwszych latach powojennych.

Smyczkiem i pałką

   Nie sposób zamknąć w kilku zdaniach tak bogatą karierę dyrygencką, której szlak wiódł od Polski poprzez wielkie estrady europejskie aż do Australii, Chin i Meksyku. Wspomnijmy więc tylko szczególnie silne więzi Katlewicza z krakowską filharmonią, na czele której stał kilkanaście lat, najdłużej ze wszystkich jej dyrektorów artystycznych, a okres ten (1968-80) upamiętnił się wzmożoną ekspansją zagraniczną zespołu.
Niejednokrotnie sam byłem świadkiem wspaniałych wspólnych sukcesów Katlewicza i filharmoników, m.in. na Festiwalu Flandryjskim i Edynburskim, na Maggio Musicale Fiorentino, w Hamburgu, w Bonn czy w Lyonie.
   Jerzy Katlewicz zasłynął jako wykonawca wielkich dzieł oratoryjnych. Jego przepojone żarliwością interpretacje utworów religijnych miały u nas przed laty wydźwięk specjalny, były swego rodzaju wyznaniami wiary i patriotyzmu, co Stolica Apostolska uhonorowała w roku 1993 medalem "Pro Ecclesia et Pontifice".
   Część oficjalna, poprzedzająca koncert jubileuszowy Katlewicza, była krótka, a jej specjalnym akcentem stało się wręczenie mu przez Teresę Chylińską nagrody Fundacji im. K. Szymanowskiego "za wieloletni dorobek artystyczny i szczególne oddanie muzyce Karola Szymanowskiego". W programie koncertu królowała natomiast wielka klasyka: Beethoven i Brahms. Często podkreślano wyczucie i elastyczność Katlewicza w towarzyszeniu solistom, a występował przecież z najwybitniejszymi, by wymienić choćby tylko Artura Rubinsteina, Martę Argerich czy Gidona Kremera. Tę zaletę pokazał raz jeszcze w Koncercie skrzypcowym D-dur Beethovena, granym przez ulubienicę naszych melomanów, Kaję Danczowską, która na bis dorzuciła jeszcze jedno wielkie B, Andante z II Sonaty solowej J. S. Bacha.
   Jednak ten uroczysty wieczór zdominowało wspaniałe wykonanie I Symfonii c-moll Johannesa Brahmsa, w którym powiało wielką sztuką odtwórczą. O Katlewiczu można powiedzieć, że "ma swój styl". To wielki komplement dla dyrygenta, ale dość trudno sprecyzować go w szczegółach. Mówiąc ogólnie i upraszczająco, w jego przypadku jest to m.in. utrzymanie proporcji między osobistymi emocjami a ekspresją czysto muzyczną, wpisaną w partyturę.
   Katlewicza od początku cechowała silna emocjonalność, ale nigdy nie ulegał pokusom dyrygenckiego gwiazdorstwa, natrętnego stawiania siebie przed muzyką. W jego interpretacji Symfonii c-moll rys indywidualny wplótł się harmonijnie w potężny strumień muzyki Brahmsa, wzmacniał i uwypuklał potęgę i elegijną nutą dopowiadał śpiewne frazy andante, by na koniec zaznaczyć się mocno w dramatycznym finale. Orkiestra nie tylko grała znakomicie, ale dała się porwać dyrygentowi i bez żadnych okolicznościowych pochlebstw było to wykonanie głęboko zapisujące się w sercach i w pamięci. W długotrwałych oklaskach i spontanicznej owacji na stojąco słuchacze zawarli podziękowania dla Jubilata za wszystkie przeżycia lat minionych i najlepsze życzenia na przyszłość, do których dopisuję się najserdeczniej.
    ADAM WALACIŃSKI

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo