"Jestem Joe"

Redakcja



Uwaga! - film godny polecenia i obejrzenia (choć dopiero "na horyzoncie", ale już bliskim, bo premiera w połowie marca, lecz warto go wcześniej zaanonsować). Rodzaj przedmiejskiej ballady, jeśli uwzględnić swoistą poetykę zaprawioną wisielczym humorem, a przede wszystkim zasób spostrzeżeń na temat sytuacji społecznej, podanych metodą (neo)realistyczną. Scenarzysta Paul Laverty opowiada, że spędził miesiące na chodzeniu po ulicach Glasgow, rozmowach z napotkanymi ludźmi i wysłuchiwaniu ich, zanim napisał bodaj słowo scenariusza, który wzbogacił się przez to na wiele sposobów. To, nawiasem mówiąc, prawnik, którego kampania na rzecz praw człowieka zawiodła na dwa lata do Nikaragui.
Filmem "Carla's Song", zdobywcą Złotego Medalu na festiwalu weneckim 1997, zapoczątkował on swą współpracę z reżyserem Kenem Loachem. Anglik, pan pod siedemdziesiątkę - jest Ken(neth) Loach obecny w kinie od ponad 30 lat, a zaczynał od twórczości telewizyjnej, uprawiając głównie fabularyzowany dokument, co pozostawiło na zawsze ślad w zmyśle obserwacji i surowym stylu. "Kes", "Riff Raff", "Wiatr w oczy", "Ziemia i wolność" - to tylko wybór tytułów z jego filmografii, a zarazem lista międzynarodowych nagród. Obok tych przejawów uznania spotykają go także opinie nieprzychylne z powodu tego, co dla niego stanowi cnotę: zapatrywań lewicowych i marksistowskich poglądów.
Powiada się, że niezależnie od różnicy gatunków ekranowych Loach kręci wciąż ten sam film, w którym "stawia swych bohaterów w sytuacjach granicznych, ale ich fatalne w skutkach wybory są zawsze swego rodzaju moralnym zwycięstwem" - jak stwierdza Leksykon Znaku. Bezrobotni, b. więźniowie, ludzie zadłużeni u gangsterów, desperacko poszukują sprawiedliwości i uratowania swej godności, mając stale "wiatr w oczy", gdyż winę za istniejące zło ponosi wadliwy system polityczno-socjalny. Te atrybuty obecne są również w "Jestem Joe", choć reżyser złagodził tym razem akcenty "klasowe" na rzecz większego zindywidualizowania osób dramatu i wypunktowania ich wzajemnych relacji.
Uczucie, jakie połączy główną parę dwojga samotników, przedstawione zostało bardzo ładnie: rozwija się ostrożnie, nieufnie, krok po kroku, z których każdy mógłby zostać postawiony za wcześnie lub za daleko. Intymność pokazana dyskretnie, niesentymentalnie, żeby nie powiedzieć lakonicznie, a przecież z nutką poezji. Reżyser przygląda się temu z dystansu, ale nie obojętnie, nie sucho i nie chłodno. Kino Loacha nazwano nie bez przyczyny "kinem empatii", podkreślając tym samym jego umiejętność wczuwania się w położenie i emocje bohaterów - zarówno w kameralnej historii miłosnej, jak i w opisie życia lumpenproletariatu w jednej z najbiedniejszych i zaniedbanych dzielnic największego miasta Szkocji.
Film dostał nagrodę publiczności w Locarno, a fotografował go Barry Aycroyd (wspomniany przez nas w ubiegłym tygodniu przy okazji "Nagiej duszy") - stały współpracownik operatorski Kena Loacha. Przyznam, że urzekła mnie koncepcja realizatorska. Zdjęcia są szybkie, a montaż dynamiczny, gdyż bohater żyje i działa w pośpiechu, jakby dla odzyskania czasu utraconego w więzieniu i w stanach alkoholowych, jakby tą aktywnością bronił się przed ewentualnością nawrotu nałogu. A przede wszystkim - od początkowego dużego zbliżenia twarzy narratora - kamera Aycroyda znajduje się prawie wciąż na wysokości ludzkich oczu i taki też ma zakres widzenia w niewielkiej przestrzeni.
Już przedmioty na stole niewidoczne są w kadrze, o bałaganie w mieszkaniu tylko się mówi, ale go nie pokazuje. Żadnych tu starań o "fotogeniczność" autentycznej scenerii ulicznej oraz brzydkich i smutnych pomieszczeń. Najważniejsze są osoby dramatu, ich twarze sportretowane na ekranie - naturalne, zwyczajne, pospolite. Loach lubi wykonawców niezawodowych; w tym przypadku są to aktorzy już z pewnym doświadczeniem teatralnym, ale prezentują aktorstwo jakby "nieważne", nie robione, nie udawane, żywcem wniesione do filmu. Nie interpretacja, ale pełna identyfikacja. Peter Mullan z "Transpottingu" dostał za tytułowego Joego nagrodę na festiwalu canneńskim, i słusznie.
Los tego człowieka naznaczył tragiczny fatalizm. Jego jedynym "majątkiem" jest to, że ma 38 lat i wolę zrehabilitowania się po okresie awanturnictwa i alkoholizmu. W najlepszych też intencjach popełni naiwny błąd, który jak po równi pochyłej pociągnie go w dół. Loach potrafił wytworzyć wokół niego taką aurę współczucia, że kiedy bohater znów sięga po kieliszek, głośne przełknięcie wódki wywołuje w nas prawdziwy żal. W tle - piękne Larghetto z Koncertu skrzypcowego Beethovena na jedynej z ukradzionych niegdyś kaset, na którą nie złakomił się żaden nabywca. W sekwencji finałowej - paradoksalnie: na cmentarzu - rodzi się z rozpaczy trudna i słaba nadzieja...
Władysław Cybulski

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie