Jestem rzemieślnikiem w swoim zawodzie

Redakcja
Udostępnij:
- Nawet nie próbowałem, ale będzie tego sporo.

- mówi JERZY TUREK w rozmowie z Jolantą Ciosek

 - Czy policzył Pan kiedyś filmy, w których Pan zagrał?
 - Miał Pan - jak mówią ludzie z branży - fart w filmie.
 - I to duży, począwszy od pierwszych filmowych kroków, kiedy zaraz po szkole zostałem zaangażowany przez Kazimierza Kutza do filmu "Krzyż Walecznych". Był to i jego, i mój debiut filmowy. Kutz nauczył mnie pracy w filmie od podstaw. Byłem wtedy dość zielony i prawdę powiedziawszy, to ze strachu zagrałem w tym filmie. No, a potem to już jakoś poszło.
 - Wędrował Pan sporo po teatrach. Czy wciąż szukał Pan swojego miejsca?
 - Różnie to bywało. Czasami zdarzało się, że jak zobaczyłem się w obsadzie na następny sezon, to wiedziałem, że trzeba wiać do innego teatru. Ale serio: miałem dużo propozycji i dość wcześnie zrozumiałem, że jestem tzw. użytecznym aktorem.
 - Czyli jakim?
 - Takim, co to się zawsze znajdzie w obsadzie. Większość to były epizody, które zresztą bardzo lubiłem grać; mam ich mnóstwo na swoim koncie.
 - Chyba Pan przesadził ze skromnością. Dużych ról i to dramatycznych też było sporo.
 - Głównie w Teatrze Narodowym, u Hanuszkiewicza - bo on lubił ryzykować. Chyba oprócz niego nikt by nie wpadł na pomysł obsadzenia mnie w roli Józefa K. w "Procesie" Kafki. Cholernie niekonwencjonalny pomysł. Nie do końca byłem zadowolony z tej pracy; paraliżowały ją chyba strach i kompleksy, choć nie jestem człowiekiem zakompleksionym. Naprawdę jednak dość wcześnie zrozumiałem, że nie mam ani warunków, ani głosu do ciągnięcia głównych ról. Gdy patrzyłem w Teatrze Polskim na te wielkie autorytety teatralne, jak Władysław Hańcza czy Tadeusz Kondrat, to wiedziałem, że moje miejsce jest nieco inne niż ich miejsca. Dziś już takich autorytetów w teatrze nie ma. Oni przychodzili na próby młodych kolegów, analizowali ich pracę, dawali wskazówki. Dziś każdy pędzi do następnych obowiązków. Wraz z ludźmi odszedł pewien model teatru. A może ja się zestarzałem?
 - Z rozrzewnieniem wspomina Pan tamten teatr.
 - Bo był inny i to była moja młodość. Kiedy w "Polskim" wszedłem w zastępstwo w "Weselu" i grałem Jaśka obok Wyrzykowskiego - Pana Młodego - to umierałem ze strachu. Potem był wspaniały czas pracy z Aleksandrem Bardinim nad Szekspirem. W "Narodowym" z kolei zauroczyłem się Hanuszkiewiczem. Pracowałem w amoku i z zachwytem nad nim i jego pomysłami. To były zupełnie niezwykłe czasy. A poza tym, kwitło wspaniałe życie towarzyskie, w teatrze i poza nim. Jak się znudziło popijanie wódeczki w teatrze, to szło się do SPATiF-u i tam się było do rana. Dziś młodzi biegają na castingi, do reklamy, a wódkę wypiją od czasu do czasu na swoich balangach. A my przy wódce rozmawialiśmy o sztuce, a nie o willach i samochodach. Czas się zmienia.
 - Dlaczego odszedł Pan od Hanuszkiewicza?
 - Jak zobaczyłem w repertuarze trzy części "Dziadów", wiedziałem, że to nie dla mnie, bo w wierszykach jestem słaby. Poszedłem do "Rozmaitości", które zakładał Andrzej Jarecki - fantastyczny człowiek. Drugim takim był Jurek Dobrowolski, z którym przyjaźniłem się i pracowałem jeszcze w czasach kabaretu "Owca". Fenomenalny reżyser i wspaniały człowiek.
 - Wciąż Pana ciągnęło do ról charakterystycznych.
 - Kończyłem w szkole Wydział Estradowy, gdzie wykładali Kwiatkowska, Bielicka, Sempoliński, Rudzki, ale nigdy nie związałem się z estradą. Widać jednak, że pewne skłonności aktorskie zostały, skoro dobrze mi się wiodło w jednym z najlepszych powojennych kabaretów, czyli w "Owcy", w Teatrze Syrena i - od lat - w "Kwadracie". Były też długie lata współpracy ze Staszkiem Tymem, ale to raczej ja byłem dla niego partnerem; to on grał pierwsze skrzypce w naszych programach. Tak naprawdę, to w moim zawodowym życiu było wiele przypadków. No i dużo szczęścia. Jeden z moich ukochanych filmów - "Partita na instrument drewniany" - zdarzył się dlatego, że Franek Pieczka - wcześniej obsadzony - zachorował, więc Zaorski zaczął szukać: może Gajos, może ktoś inny, aż wreszcie powiedział do mnie: "A co ja będę dłużej szukał, ty to zagrasz". I zagrałem.
 - W latach 60. niewiele było filmów bez Pana udziału. Jak Pan wspomina kino tamtych lat?
 - Robiło się takie filmy, jakie się robiło. Ważniejsze dla mnie jest to, jak one dzisiaj są przyjmowane, szczególnie przez młodzież. Powiem szczerze: fantastycznie. Kiedyś byliśmy z Tadziem Chmielewskim na pokazie naszego filmu "Gdzie jest generał". Tadzio mówi: "Nie pójdę, to staroć". Poszliśmy. Odbiór młodych był rewelacyjny. Niedawno wznawiano w telewizji "Kwiecień", zapomniany film, po którym właśnie teraz zaczepiano mnie i gratulowano roli. To było inne kino. Tak jak teatr był inny.
 - Jak się wówczas pracowało na planie?
 - Przede wszystkim spokojnie. Do dużych ról byłem zwalniany z teatru, więc nie było tej gonitwy, która jest teraz. Dziennie kręciło się o wiele mniej metrów taśmy niż teraz. Jak kręciliśmy 200 metrów przez trzy dni u Hasa w "Złocie", to był ewenement. A poza tym: ten sprzęt! Kiedyś charakteryzacja trwała godzinami, bo nie było dobrych materiałów. W "Gdzie jest generał" Elka Czyżewska przychodziła półtorej godziny przede mną, żeby zdążyć. A oświetlenie? Tony lamp, kabli! A teraz? Jedno, drugie światełko, trochę pudru i się kręci, a tempo jest niesamowite. Wtedy grało się sporo, ale mniej nerwowo. Człowiek jednak zawsze był pazerny na pracę, ale powiem szczerze, że nigdy nie rozpaczałem, jak telefon milczał. Był taki czas, że przez dziesięć lat nie stanąłem przed kamerą. To były lata osiemdziesiąte, stan wojenny i później. Pierwszy film po tej przerwie to były "Rozmowy kontrolowane" Chęcińskiego.
 - Skąd się wzięła ta przerwa w Pańskim filmowym życiorysie?
 - Mniej się wówczas kręciło, a poza tym czasy się zmieniły, ja się zmieniłem, przyszli nowi ludzie do kina. Normalna kolej rzeczy. Dawniej śmiali się ze mnie, że miałem trzy mundury w trzech wytwórniach i latałem z jednej do drugiej. Tak też bywało, bo mnie role wojskowych nie opuszczały. Miało się tę popularność, to prawda, choć ja do niej nigdy nie przywiązywałem wielkiej wagi.
 - Dlaczego?
 - Przypomina mi się historia z czasów kręcenia "Dnia oczyszczenia" z Passendorferem. Siedzieliśmy na ławce w Cieplicach ze Stachem Jasiukiewiczem - wielkim polskim aktorem. Byliśmy już po "Czterech pancernych". Podchodzi wycieczka: wrzask radości i kolejka do mnie po autografy. Jasiukiewicz siedzi sam, więc trochę żenująca sytuacja. W pewnym momencie jedna z dziewcząt podchodzi do niego i krzyczy: "Boże, ojciec Janka!". Wokół Stasia zrobił się tłok, ludzie się szarpali, wyrywali sobie autografy, ale wreszcie poszli. Po długiej ciszy Staś mówi do mnie: "Popatrz, zagrałem Konrada - Gustawa, Mazepę, wielkie role repertuaru romantycznego. Co z tego zostało? Ojciec Janka z "Pancernych". Do sukcesów trzeba mieć dystans. Gdy się popadnie w samozadowolenie, to wtedy jest klęska. Aureola popularności nigdy nie przeszkadzała mi w życiu.
 - Teraz przeżywa Pan renesans popularności. Jak się żyje najbardziej znanemu listonoszowi w Polsce?
 - Dobrze, choć nieraz cholera tłucze na nachalność ludzką.
 - Pański partner ze "Złotopolskich", Henryk Machalica, powiedział mi w wywiadzie, że najgorzej jest spotkać wycieczkę z Kielc na Krakowskim Przedmieściu.
 - To prawda, wtedy jest ciężko. Ale niech Henio nie narzeka, bo dzięki swej popularności zjadł kiedyś obiad za darmo - tak więc są i plusy bycia znanym. Po moim filmie "Ja gore" ludzie zaczepiali mnie na ulicy, wołając: "Pan tu samochód naprawia, a ja gore!", "Pan tu herbatkę popija, a ja gore!". To powiedzonko weszło wręcz w krwiobieg społeczny. To też jest efekt popularności.
 - Sporo pracował Pan ze Stanisławem Bareją, którego wszyscy wspominają ze wzruszeniem.
 - Wspaniały człowiek i reżyser, którego wykańczała krytyka i kolaudacja. "Miś", "Alternatywy 4" - to filmy kultowe, w których wspaniale widać jego wrażliwość i poczucie humoru. Kiedy kogoś chwalił, to mówił: "Dobrze, dobrze...", a przy tym miał tak wykrzywioną twarz, jakby sok z cytryny wypijał. To był jego charakterystyczny grymas, z którego wszyscy sobie dworowaliśmy. Był urokliwym człowiekiem i mimo że cenzura cięła mu filmy, nigdy nie tracił godności, choć bardzo przeżywał te okrutne kolaudacje. Robiliśmy kiedyś dokument o Barei, w którym wykorzystano oryginalne wypowiedzi kolaudantów, nagrane na taśmę. Coś wstrząsającego i obrzydliwego, co mówili o nim jego koledzy, którzy nadal pracują i pełnią różne funkcje.
 - Czy zdecydowałby się Pan na określenie typu bohatera, który stworzył Pan w polskim kinie?
 - Nie, choć inni nieraz to robią. Zawsze pracuję jednakowo porządnie, bez względu na to, czy jest to rola komediowa czy dramatyczna. A że często jestem postrzegany jako aktor komediowy? To ludzie chcą mnie takim widzieć, a ja tak naprawdę wesołkiem i duszą towarzystwa nie jestem, choć mam poczucie humoru. Szczególnie na własny temat.
 - Czy wspólne poczucie humoru połączyło Pana na wiele lat pracy ze Stanisławem Tymem?
 - Ze Staszkiem przyjaźnimy się od lat. Gdy objął dyrekcję teatru w Elblągu, spytał: "Pójdziesz ze mną?". Pomyślałem: czemu nie? Ale Staszka z Elbląga szybko wyrzucili - on zawsze był niepokorny i wciąż go skądś wyrzucano - więc ułatwiło mi to powrót do Warszawy. Właściwie cały czas w niej byłem, bo grałem w "Narodowym", "Na Woli", a po powrocie z Elbląga związałem się z "Kwadratem".
 - Jako jedna z gwiazd tego teatru.
 - Nie, jako aktor. To duża różnica. Bycie gwiazdą to jest sposób na życie. Żeby być gwiazdą, trzeba to gwiazdorstwo poczuć w sobie. W Polsce jest może kilka gwiazd, ale ja jestem aktorem, to znaczy rzemieślnikiem w swoim zawodzie, który wykonuję, rzetelnie przychodząc na określoną godzinę na próby i spektakle. Niedawno w filmie musiałem odmówić kilku interesujących epizodów, bo "Złotopolscy" i teatr wystarczająco mnie eksploatują. Ale jest to radosna eksploatacja.
 - Zżyli się Państwo na planie tej telenoweli.
 - Bardzo i pracuje nam się cudownie. Oglądalność przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Przykro będzie kiedyś to kończyć.
 - A czy nie jest to zwyczajnie nudne dla aktora przez tyle lat grać tę samą postać?
 - Nie, właśnie, że nie. Pracujemy z trzema reżyserami, więc każdy z nich wnosi coś nowego. Bardzo lubię nasze sceny z Heniem Machalicą, czyli Dionizym. Czasami coś improwizujemy, dorzucimy żart, który "kupi" reżyser.
 - Czy zna Pan dalsze losy Józefa?
 - Nie i nie chcę znać, nawet jak reżyser proponuje.
 - Zapewne jest Pan zasypywany listami od widzów?
 - Tak, dostaję nawet listy z prośbą o interwencję, np. u prezydenta w załatwieniu jakiejś sprawy. To jest niebywałe, jak ludzie utożsamiają aktora z postacią, którą on gra.
 - A listonosze, czy też do Pana piszą?
 - Mnóstwo. Piszą, że też np. zostali napadnięci i radzą, co należy w takich razach robić. Jedna z listonoszek napisała mi, żebym przypadkiem nie szedł na emeryturę, bo straszny jest los listonosza emeryta, który nagle traci kontakt z ludźmi.
 - Co zapisałby Pan po stronie plusów swojego zawodu?
 - Zjeździłem sporo świata, otrzymałem wiele oznak sympatii od ludzi. Najważniejsze jednak jest to, że dobiegam kresu w zawodzie, który lubię, a nie wszystkim jest to dane.
 - Pan, u szczytu popularności, mówi o kresie?
 - Kiedyś trzeba poczuć początek schyłku. Mój przyjaciel, gdy mówiono mu, że powinien kupić nowy garnitur, bo przytył, odpowiadał: "W moim wieku już się donasza". Ja już też jestem w wieku "donaszania". A jeśli trafi się coś nowego? Wie pani, jak to jest: rozsądek podpowiada pauzować, ale póki jeszcze Kasieńka się śni...
 - A śni się?
 - No pewnie, i to często.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie