Język cudnych fasad

Redakcja
Paweł Głowacki: Dostawka

Teraz, gdy jest już po najbardziej wytęsknionym przez nas lądowaniu i po najmocniej niechcianym odlocie, gdy cztery biało-żółto-czerwone dni z orłem w koronie są czasem przeszłym i istnieje niebezpieczeństwo, że redaktor Tomasz Lis nigdy już nie będzie tak uduchowiony jak wtedy, gdy na parapecie domu towarowego Jubilat siedząc, złotoustnie mówił do zahipnotyzowanego narodu, że za plecami ma piękny Wawel i cudny dzwon Zygmunta, słowem teraz, gdy jest już kategorycznie po - ja też jestem już po. Kategorycznie po. Skończyłem "Listy do Kwiecieńki" Bohumila Hrabala (Czytelnik, Warszawa 2002), kolejny tom hipnotycznej prozy zamilkł, jeśli nie na zawsze, to na bardzo długo, druga lektura ma sens tylko wtedy, gdy się o pierwszym razie zapomniało dogłębnie. Jestem po i przepisuję zdanie ukochane: "...i po raz pierwszy w Anglii zrobiło mi się ciepło, ogrzał mnie poeta...".
   Gdy wchodził w intymność listów do kobiety, Hrabal też był już po, co najwyżej - w trakcie, ale nie bądźmy tak drobiazgowi, tutaj nie o zgrozę obiektywnej drobiazgowości idzie. Niech wystarczy, że był już po fenomenie aksamitnej praskiej rewolucji, był po tych paru dniach, co doszczętnie zmieniły skórę Czechosłowacji. Czy muszę za Stendhalem dodawać: pan Hrabal to nie ja? Muszę. Nie, nie zestawiam, nie porównuję, nie snuję tanich analogii, nie prześwietlam jednego przy pomocy drugiego. Nasz wielki czas, co właśnie odleciał do Rzymu, nic nie ma wspólnego z tamtym, praskim czasem, ale moce naszego widzenia mają z mocami oka Hrabala bardzo wiele wspólnego, ściśle to, że nie są to te same moce, najściślej zaś mówiąc - nasze moce widzenia są w istocie bezsilne wobec realności.
   Nasi złotouści to trybuni fasad. Przecież gdyby zamiast Lisa mówił do nas Hrabal, to owszem, mówiłby o wielkich frazach papieża, ale - nie ma ludzkiej siły! - mówiłby też o kropli śliny, którą w cieniu wielkich fraz swoich papież ścierał z wargi krystalicznie białą chustką. Mówiłby o kolosalnych mocach tkwiących w słabości. Gdyby to Hrabal siedział na parapecie Jubilata, mówiąc o pięknie Wawelu, niechybnie dostrzegłby siedzącego w cieniu Wawelu brata swego, brata wielce cierpiącego, brata, któremu łapy latają, bo oto nastały dni wielkiej strawy duchowej, ale zarazem, w fizycznym wymiarze, są to dni morderczej suszy, a rura pali niemiłosiernie.
   Kto wie, może by wtedy Hrabal sam siebie zacytował? "Myśli na kacu to są myśli właściwe (...). Kiedy tak, mając kaca, (...) człowiekowi nie chce się żyć, gdy mając kaca myśli o samobójstwie, wtedy nagle pojawia się skądeś zdanie: Co z ciebie będzie?". _Tak, to też byłaby pieśń o mocach słabości. Powtórzę, rzecz nie w tanich, godnych swawolnego Dyzia analogiach. Tutaj idzie o moce widzenia. O klasę oka tego, który mówi, który pisze.
   Oto jest już po aksamitnej rewolucji, która zmieniła skórę narodu, a Hrabal wchodzi w list prawie miłosny, wchodzi w skrajną intymność, daje siebie jako pępek świata. Oto co znaczy odpowiednie dać rzeczy słowo! O, praska ironio! Gdyby aksamitnej rewolucji nie było, w widzeniu Hrabala, w jego prozie - w istocie nic by się nie zmieniło. Przez napisany świat dalej szedłby ten sam prąd, który od zawsze idzie za oknem - przerażający i piękny zarazem. Tak właśnie by było, bo widzenie Hrabala to widzenie nieludzko szerokokątne. To oko łowiło wszystko, stąd niebywała bliskość Hrabalowych zdań. Owszem, są w tych listach wielkie, uliczne ruchy narodu, są amerykańskie uniwersytety, jest z Brodskim na Capri rozmowa o fundamentalnych sprawach Europy, są frazy o przepaści między wschodem i zachodem, o wielkim bólu mas i wielkiej radości mas, o historii, teraźniejszości, prezydencie Wacławie Havlu i o setce innych, porównywalnie potężnych kategoriach globalnych.
   Ale Hrabal nie oddziela ziaren od plew, on ziarna wiekopomne - mocuje w plewach. Bo trzeba do Kerska dzień w dzień jeździć, trzeba pieczonym kurczakiem dwanaście kotów obdzielić, trzeba, by najukochańszy z nich, czarny Cassius Clay, wymruczał swe smutki do Hrabalowego ucha, trzeba na świniobicie iść, bo rzeźnicy amatorzy gotowi spitolić wszystko i kto poźniej zje fatalne kaszanki i wątrobianki, kto się upora z upadłą golonką? A jeszcze należy rytualnie w "Pod Złotym Tygrysem" zasiąść, jeszcze trzeba gdzieś dalej iść, pogadać, trzeba, bo... strach obok też jest, strach i ból. Trzeba pilnować własnego obejścia, bo przecież nie jest ono wieczne. Trzeba się wbić okiem w wiór. A my? Jak widzimy? Jak patrzymy?
   Klasyk, o fenomenie Hrabala pisząc ongiś, rzekł, że wyższość Czechów nad nami jest ta, że my na piwo po to szliśmy, by komunizm obalać, oni zaś - tylko, by się piwa napić i o życiu pogadać. Komunizmu już nie ma. I co? _Nihil novi
, jak mawiali dziadowie. Wciąż ta sama ględźba czcigodna. W piwie dalej nie o piwo nam chodzi, jeno o jakichś ważkich spraw załatwienie. W pisaniu - nie o obejście plew ludzkich, pełnych lęku nieusuwalnego. Same tylko cudne fasady i język cudnych fasad. A poźniej szmer sypiącego się tynku.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie