Kaim Kazimierz, nie rusz Kazika, bo zginiesz

Redakcja
Było lato 1976 roku. Kazimierz Kaim, przez przyjaciół i co bardziej zaufanych kibiców zwany Kablem, po rocznej przerwie pojawił się ponownie w kadrze pierwszego zespołu Sandecji. Ta kilkunastomiesięczna absencja spowodowana była konfliktem z trenerem. Mniejsza o jego nazwisko. Nieistotne dla potrzeb niniejszego teksu są również przyczyny tego nieporozumienia. Tak czy owak futbolowa pauza wyzwoliła w Kaziku dodatkowe zasoby sportowej złości. Nie dopuszczał do siebie myśli, by powrót na murawę stadionu przy ulicy Kilińskiego miał zakończyć się niepowodzeniem. Wiedział, że seria niefortunnych zagrań może okazać się dla blisko trzydziestoletniego wówczas zawodnika końcem przygody z piłką.

Kazimierz

   Na pierwsze swe po banicji spotkanie wychodził więc stremowany. Niczym nieopierzony junior przed debiutem w "dorosłym" gronie boiskowych wyjadaczy. Obawiał się nieco, czy roczny rozbrat z futbolem nie przełoży się na brak wyczucia piłki, czy nie wpłynie na braki szybkościowe, czy nadąży za akcjami swych młodszych nierzadko o pokolenie partnerów, czy nie ośmieszą go obrońcy przeciwnika. Nerwy minęły po kilku udanych akcjach. Przeprowadził je swoim ulubionym lewym skrzydełkiem. Defensorów z łatwością, jak to piłkarze określają, brał na plecy, udawały mu się dryblingi, a siła uderzenia z dystansu pozostała ta sama co dawniej. Zupełnie odprężył się, kiedy z trybun zabrzmiało chóralne: "Kaim Kazimierz, nie rusz Kazika, bo zginiesz". W ten sposób sądeccy sympatycy futbolu witali powrót swego ulubieńca. Nie wszyscy z nich wiedzieli, że tego roku spędzonego z dala od Sandecji Kabel piłkarsko nie zmarnował. Występował przecież w barwach macierzystej Limanovii.
x x x
   Urodził się w 1947 r. w Limanowej. Od małego chłopca pasjonował się sportem, a że to był okres, kiedy jeszcze telewizor nie był głównym wypełniaczem czasu ledwie od ziemi odrosłego gołowąsa, każdą wolną chwilę spędzał na uganianiu się za piłką po międzyblokowych podwórkach. Stamtąd trafił do którejś z dzikich drużyn, biorących udział w prawdziwym turnieju o jeszcze bardziej prawdziwy, bo przecież sprawdzalny dotknięciem, piękny puchar. Miał 10 lat i największym, wydawało się - niemożliwym niemal do realizacji - marzeniem podrostka był występ w koszulce Limanovii. Gdyby wówczas ktoś mu powiedział, że za zaledwie sześć lat wybiegnie na boisko w pierwszym składzie swego ukochanego klubu, odesłałby delikwenta do Zawady czy innego Kobierzyna. W życiu bywają na szczęście zdarzenia tyleż nieprzewidywalne, co sterowane przez jakowąś łaskawą dłoń z zaświatów.
   Ta niewidzialna ręka sprawiła, że na niepozornego blondynka zwrócili uwagę wyławiacze talentów ze wspomnianej Limanovii, zapraszając go na trening trampkarzy. I oto nagle okazało się, że rówieśników swych przerasta - w przenośni, bowiem nie był młodzieńcem specjalnie imponującym wzrostem - o głowę. W juniorach nie wystąpił więc ani razu. Bezpośrednio z trampkarzy trafił do zespołu seniorów. Nie mając ukończonych 16 lat!
x x x
   - Miałem całą furę fartu, bowiem na lepszego fachowca trafić nie mogłem - wspomina Kaim. - Limanovii wiodło się, że tak powiem średnio. Występowała z różnym skutkiem zaledwie w klasie B, kiedy pieczę nad drużyną przejął Jurek Ligęza. To był prawdziwy pasjonat sportu. Świetny działacz, organizator, z równie wielką klasą biegający za piłką po boisku, co szusujący po stoku na nartach. Zawiesił na mnie oko. Kiedyś wziął mnie na bok i orzekł, że jeśli skoncentruję się na treningach, nie zapominając przy tym o nauce, to zagram kiedyś w Sandecji. Może nawet i w lepszym klubie.
   Już wkrótce okazać się miało, że doświadczony trener właściwie wyważył swą opinię. W okresie przerwy zimowej sezonu 1967/68 Kaima kupiła Sandecja! I to w najlepszym dla siebie okresie. Występowała przecież w III lidze i czyniła wzmocnienia przed rundą rewanżową, która miała zadecydować o jej być albo nie być w tej klasie rozgrywkowej. Sądeczanie spadku nie uniknęli, ale najmniejsze pretensje zgłaszać można wówczas było do piłkarzy. Szczególnie do tych młodszych. A Kaim miał zaledwie 21 lat i jego dalsza kariera rysowała się w jasnej raczej tonacji.
   Trudno dzisiaj jednoznacznie zawyrokować, co zadecydowało, że wyżej trzeciej ligi jednak nie udało mu się podskoczyć. Pewne znaczenie miało z pewnością przywiązanie do rodzinnych stron, niechęć do penetrowania nowych środowisk. Być może zabrakło skromnemu limanowianinowi siły przebicia? A może po prostu ważniejsze od sportu okazały się dla niego rodzina, praca zawodowa, spokojne, w miarę dostatnie życie wśród sprzyjających mu ludzi. Bo talentu i czysto piłkarskich umiejętności z całą pewnością mu nie zbywało.
x x x
   Kibice kochają piłkarzy ambitnych, nietuzinkowych, każdym niemal zagraniem dowodzących na boisku, że nie ma dla nich w tym konkretnym momencie sprawy istotniejszej niż zwycięstwo swej drużyny. A jeśli owe cechy wspierane są pogodnym usposobieniem, zwykłą życzliwością dla bliźniego i skromnością - miłość tłumu staje się zaborcza. Musieli więc pokochać Kaima sądeccy fani, chcieli go mieć na wyłączność. A ten właśnie dla nich strzelał bramkę za bramką, dla nich konsekwentnie odrzucał ponawiające się oferty z możniejszych klubów, dla nich nie żałował sił i zdrowia. Przez wcale nie tak krótki czas uznawany był za najlepszego napastnika w południowej grupie trzeciej ligi. Nie sposób wykluczyć, że opinie o Kaimowej doskonałości bywały przesadzone. Jedno wszak nie podlega dyskusji: jako jedyny skrzydłowy w Nowym Sączu potrafił w pełnym biegu oddać z lewego beku precyzyjne, na centymetry mierzone dośrodkowanie do stojącego w polu karnym partnera. A że tym partnerem był mistrz w grze głową Janusz Pyra, centry najczęściej przynosiły dla Sandecji gole.
x x x
   - Najbardziej pamiętne spotkanie? - zastanawia się Kazik. - Wiesz, tyle ich było, że trudno wskazać na to jedno jedyne. Ale nie, czekaj. Zdarzył się taki mecz. To był chyba rok 1974, tuż przed moim pierwszym odejściem do Limanovii. Mieliśmy grać ze Skawą Wadowice. Pamiętam, jak by to było dzisiaj. Przeciwnikowi zagrażał spadek i żeby myśleć o uniknięciu degradacji, musiał z nami wygrać. A my byliśmy akurat w dużym gazie. O zwycięstwie na boisku wadowiczanie nie mieli prawa nawet myśleć. No to pomyśleli o czymś innym. Przed meczem odwiedziła nas delegacja rywali, prosząc o łagodne potraktowanie. Obiecywali przy tym, że się zrewanżują. Nie poszliśmy na układ - kibice chyba by nas zjedli. Wygraliśmy 5-0, a ja zdobyłem cztery bramki. A propos tych bramek. Kiedy zaczynałem swą karierę w Sandecji, występował w niej jeszcze Zygmunt Żabecki. Byliśmy do siebie podobni: mniej więcej ten sam wzrost, blondwłose czupryny, zbliżony, żeby nie powiedzieć - bliźniaczy styl gry. Często więc mylono nas ze sobą. Dziennikarze gole strzelane przeze mnie przypisywali Żabie, albo odwrotnie. Bawiło nas to, jeśli błąd popełniany był w spotkaniach wyjazdowych. Kiedy jednak po meczu w Sączu czytałem w "Tempie", że bramkę zdobył Zygmunt, podczas gdy to przecież ja o mało nie przedziurawiłem siatki, to szlag mnie trafiał. Miejscowi żurnaliści powinni przecież odróżniać Kaima od Żabeckiego.
x x x
   Po raz ostatni w kostiumie w biało-czarne pasy Kazimierz Kaim wybiegł na murawę w roku 1979. Idąc śladem swych poprzedników, butów piłkarskich na kołku ot, tak sobie, przecież nie zawiesił. Nie chciał rozstawać się z boiskiem nagle, jak za cięciem noża. Wolał tę przykrą świadomość odchodzenia młodości stopniowo wyciszać. Ból wówczas staje się jak gdyby mniejszy. Przeniósł się zatem do Korzennej, gdzie w miejscowym LKS tworzył się zespół na kształt nowosądeckiego Kosmosu. Młodszym kibicom należy się wyjaśnienie: Kosmos to nowojorski klub piłkarski, w którym przed 20. laty występowali sławni piłkarze, dożywający w nim sportowej emerytury. Otóż ten Kosmos z Korzennej, prowadzony i finansowany przez Kazimierza Podobińskiego, znanego z futbolowej pasji tamtejszego działacza, skupił w swych szeregach graczy o znanych kiedyś, nie tylko w regionie, nazwiskach. Jedną z takich blednących nieco gwiazd był właśnie Kazik. Barw elkaesu bronił jeszcze przez szereg sezonów. I to ze skutkiem co najmniej przyzwoitym. Na definitywne rozstanie z futbolową murawą zdecydował się w 1986 roku. Niemal w przededniu swych 39. urodzin.
x x x
   Sportowy portret Kazimierza Kaima nie byłby pełny, gdyby pominąć jeszcze jeden epizod z jego biografii. Otóż po rezygnacji z gry w Sandecji, nie wyniósł się on tak całkiem ze stadionu przy ul. Kilińskiego. Jako pracownik patronujących klubowi Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, oddelegowany został na "służbę" właśnie na wspomnianym obiekcie. Został jego gospodarzem.
   - Start miałem niełatwy, bo też niełatwo było zastąpić człowieka, który przez całe lata utożsamiany był z Sandecją - przyznaje Kabel. - Zająłem miejsce Michała Litwińskiego, przez zawodników pieszczotliwie nazywanego Panem Misiem. Długo trwało wkupywanie się w łaski piłkarzy. Pan Misiu to był Pan Misiu i basta. Jakoś jednak przemogłem ten opór materii i proszę sobie wyobrazić, że kiedy w 1982 roku wracałem do swych dawnych obowiązków na kolei, to i za mną niektórzy uronili łezkę.
x x x
   Kaim przebywający od dłuższego już czasu na emeryturze nie ma obecnie bliższych kontaktów z sądeckim futbolem. Nie bardzo podoba mu się obowiązujący dzisiaj sport wyrachowany, skierowany na marketing, przeliczony na złotówki czy euro. Ogranicza się zatem do przestudiowania cotygodniowej tabeli w gazecie, do obejrzenia ciekawszej transmisji telewizyjnej. Nie stara się przy tym udzielać nauk wstępującym w dorosłość ludziom. Wychodzi z założenia, że czasów nie zmieni, że na mentalność nastolatka wpływu żadnego mieć nie może. Żyje spokojnie, bez wielkich uniesień. Tylko od czasu do czasu żywiej zareaguje na prasową wzmiankę. Tak zdarzyło się ostatnio. Wyczytał bowiem o dobrych dniach klubów, z którymi związał się na dobre i złe. Limanovia awansowała do klasy A, zaś Sandecja utrzymała się w III lidze...
x x x
   Kazimierz Kaim ma młodszego brata. Maciek zapowiadał się na znakomitego piłkarza. Jako rozgrywający imponował świetnym wyczuciem dystansu, długimi, mierzonymi podaniami, umiejętnością oddania soczystego strzału z dystansu. Talentem chyba przerastał Kazika. Kariery, choćby takiej, jaka stała się udziałem brata, jednak nie zrobił. Zabrakło mu czegoś trudnego do określenia, czegoś, co z kolei "starszy" miał w nadmiarze. To owo "coś" powszechnie nazywane jest charyzmą.
   Daniel Weimer
   
   

Kazimierz

Kaim

ur. 1 listopada 1947 r. w Limanowej. Napastnik, skrzydŁowy. Boiskowy przydomek: Kabel. Wychowanek Limanovii. W Sandecji w latach 1968-79. W jej barwach rozegraŁ blisko 300 mistrzowskich spotkań, strzelajĄc ok. 60 bramek.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie