Kapłani nauki i terroryści

Redakcja
Strona tytułowa rozprawy de Graafa przedstawiająca trzy sposoby badań medycznych: obserwacja chorego, sekcja zwłok i doświadczenia na zwierzętach - pies z naczyniem na brzuchu i anatomia zwierząt, owca, gęś i rybaWydawane w początkach XIX stulecia w Warszawie czasopismo "Izys Polska" zamieściło w jednym z numerów opis "pewnego kunsztu" do tuczenia gęsi: "obszywają w grube płótno, zostawiając wolno tylko szyję, nogi i kuper, zawieszają rzędem na sznurkach w ciemnej komorze w takiej wysokości, aby przy napychaniu łatwo je było wziąć na kolana; poczem przystępują do napychania". Napycha się najczęściej kluskami z kukurydzy, słodu jęczmiennego i mąki ceglanej zagniecionymi z wodą i potem ususzonymi. "Z początku wpycha się po 9 klusek, drugiego dnia pomnaża się liczbę klusek do 12 i w tym stosunku codziennie, tak iż 12 dnia 30 klusek naraz wepchnąć należy. W ostatnich dniach gęsi już dobrze utuczone zwykły karm wyrzucać, przy czym łatwo mogą się udusić; postrzegłszy to, zaraz je trzeba zarżnąć. Niewielką bywa osobliwością, że tym sposobem tuczone gęsi ważą po 18 funtów, wątroby ich do nadzwyczajnej rozrastają się wielkości".

   W roku 1821, gdy ukazał się numer "Izys Polskiej" z powyższym opisem ten barbarzyński sposób traktowania gęsi dla zachcianek wyrafinowanego podniebienia był rzeczywiście "niewielką osobliwością". Zresztą, dlaczego miałoby być inaczej. Kto użalać miałby się nad losem zwierząt w czasach, w których życie ludzkie było niewiele więcej warte, a ból i cierpienie wszechobecne. Los zwierzęcia w rzeźni nieraz bywał lepszy niż żołnierza na polu bitwy. Upłynie jeszcze kilka dziesiątków lat, nim ludzkość doświadczy dobrodziejstwa pierwszych środków znieczulających i przeciwbólowych.
   Stało się to za sprawą niezwykłego w ciągu XIX stulecia rozwoju nauk przyrodniczych i medycznych. Ale postęp tej wiedzy możliwy był tylko dzięki budzącym sprzeciw badaniom i eksperymentom na zwierzętach.
   Pierwszym uczonym, który eksperymentował na żywych organizmach, był grecki lekarz Galen żyjący w III w. n.e. Jedno z opisanych przez niego doświadczeń miało dowieść, iż w tętnicach zwierzęcia i człowieka płynie krew, a nie... powietrze. Nam wydaje się to oczywiste, ale aż do epoki Galena oczywiste nie było. Wiedziano, że tętnice pulsują, ale co w nich pulsuje, nie wiedziano, gdyż po śmierci organizmu tętnice kurczą się, przez co opróżniają się z krwi, która pozostaje tylko w żyłach. By wykazać, że krew wypełnia tętnicę zwierzęcia, Galen podwiązał ją w dwóch miejscach, robiąc otwór pomiędzy nimi. Taki eksperyment można przeprowadzić tylko na żywym organizmie. Zasługą Galena jest też wykazanie z pomocą demonstracji na żywym stworzeniu, iż niesłuszne było dotychczasowe mniemanie oparte na autorytecie Hipokratesa, iż "w lewej komorze serca mieści się inteligencja ludzka". Galen przecięciem nerwu w szyi zwierzęcia, które unieruchomiło jego krtań, wykazał, że to mózg, a nie serce, kontroluje ruchy ciała.
   Przełomowym wydarzeniem w medycynie było odkrycie naczyń limfatycznych w roku 1622 w czasie wiwisekcji psa przez włoskiego chirurga i anatoma Asellego, który rozciąwszy jego brzuch, chciał obserwować proces trawienia. W 1662 r. Holender de Graaf, wszywając psu rurkę zakończoną szklaną kolbą, uzyskiwał wydzielinę trzustkową i żółć, poszerzając wiedzę współczesnej medycyny o tych substancjach. W 1667 roku członek angielskiego Royal Society dokonał pierwszej transfuzji krwi z jednego psa do drugiego. W tym samym czasie angielski fizyk Boyle eksperymentował ze zwierzętami i pompą próżniową. Mówiąc wprost i brutalnie, dusił je, pozbawiając powietrza; ale był to milowy krok w kierunku zrozumienia istoty oddychania i jego znaczenia dla żywych stworzeń. Oddychanie embrionu z pomocą techniki wiwisekcyjnej u cielnej owcy wykazał w 1820 roku Johannes Müller, medyk z uniwersytetu w Bonn. Praktykom wiwisekcyjnym w XIX stuleciu oddawał się z pasją jeden z najwybitniejszych fizjologów w historii medycyny Francuz Claude Bernard. Miał z tego powodu liczne zatargi, także z policją, gdy na stół w jego laboratorium trafił zabłąkany pies jednego z komisarzy policji paryskiej. Organizm psa Neptuna, któremu dawkowano substancje toksyczne, pozwolił w roku 1902 francuskiemu fizjologowi Richetowi zaobserwować, zrozumieć i opisać istotę wstrząsu anafilaktycznego, nadwrażliwości, zapoczątkowując badania nad alergiami. Współczesny nam Brytyjczyk, sir Henry Dale, prowadząc eksperymenty z psami i alkaloidami sporyszu, trującego grzyba pasożytującego na zbożu, odkrył histaminę, mediatora reakcji alergicznych, otwierając nowe horyzonty - badania immunologiczne.
   Można mnożyć podobne przykłady. Wynika z nich ponad wątpliwość, że we wszystkich tych odkryciach, jak już zaznaczyliśmy, zwierzęta odegrały pierwszoplanową rolę. Jako ofiary.
Tak to właśnie odczuto. W tym samym czasie, gdy okazało się, że człowiek nie musi być bezradny wobec chorób, bólu i cierpienia, upomniano się o takie same prawa wobec naszych "braci mniejszych". Ale paradoksalnie, pierwsze próby uchwalenia ustaw o ochronie zwierząt przechodziły w parlamentach europejskich bez echa, wspominany wyżej tucz gęsi został ostatecznie zakazany dopiero kilka lat temu, a największy gniew obrońców zwierząt najpierw obrócił się przeciwko tym, którzy przeprowadzają na zwierzętach eksperymenty nad nowymi metodami leczenia.
   Istniejące dziś w prawie wszystkich krajach świata rozmaite stowarzyszenia działające na rzecz praw zwierząt biorą swój początek z ruchu antywiwisekcyjnego, który narodził się w latach 70. XIX stulecia w reakcji na doniesienia o eksperymentach medycznych na żywych stworzeniach i sposobie ich prowadzenia. W roku 1824 powstało w Londynie pierwsze Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt. W 1875 r. niejaka pani Smithies założyła Grupę Miłosierdzia na rzecz Szerzenia Dobroci dla Zwierząt, w tym samym roku powołano królewską komisję do spraw doświadczeń na zwierzętach. Badaczom postawiono pytania o etyczne granice ich działań; jak daleko można posunąć się w zadawaniu cierpienia zwierzętom, by usprawiedliwione było ono uzyskanymi rezultatami. Stosunkowo nieskomplikowany stan ówczesnej wiedzy pozwalał wówczas jeszcze na merytoryczną dyskusję i rzeczową wymianę argumentów. W pewnych sytuacjach pseudonaukowość niektórych eksperymentów nie podlegała dyskusji, jak przykładowo opisany przez wybitnego polskiego lingwistę Baudouina de Courtenay przypadek z początku XX stulecia badań profesora Paszutina, rektora akademii medycznej w Petersburgu. Ów profesor opowiadał autorowi, jak postanowił zbadać eksperymentalnie duszę psa. W tym celu kupił go, obłaskawił, pies przywiązał się do niego i lizał mu ręce. Wtedy Paszutin oblał do wrzątkiem, z psa zlazła skóra, ale nadal lizał ręce swego oprawcy. Profesor oblał go wtedy ukropem ponownie, pomimo męczarni pies nie przestawał lizać ręki "kapłana nauki". Oblano go raz jeszcze, nie wytrzymał i wyzionął ducha.
   Takie przykłady bezmyślnego sadyzmu, oburzające okrucieństwem i zdumiewające głupotą, dawały przeciwnikom wiwisekcji potężny oręż. Ale skrajne przypadki nadużyć nie mogą deprecjonować wszystkich doświadczeń, których istotą jest poza tym niepewność wyników. Badacz musi mieć prawo do błędu.
   Na dzisiejszym etapie rozwoju nauk przyrodniczych i medycznych, przy coraz węższych specjalizacjach, kiedy nawet naukowcy z pokrewnych gałęzi nauk mają kłopoty ze znalezieniem wspólnego języka, ocena ze strony laików, gdzie przebiega granica między rzetelnością badacza a szalbierstwem pseudonaukowca, jest czystą iluzją. Wydawać by się mogło, iż w tej sytuacji przeciwnicy badań naukowych na zwierzętach skapitulują.
   Stało się odwrotnie. Miejsce oponentów dysponujących argumentami zajęli ludzie o osobowości określanej przez socjologów jako "fanatycy jednej idei". W latach 70. XX w. pojawili się nowi aktywiści na rzecz praw zwierząt gotowi wystąpić zdecydowanie i czynnie w ich obronie. Początkowo protestowali przeciwko polowaniom, zyskując sympatię społeczeństwa. Kolejny krok to ataki na producentów, sprzedawców futer i oblewanie farbą osób, które je noszą. Potem dobrali się do naukowców. W 1968 r. wypuścili z klatek w pracowni uniwersytetu w Cambridge egzotyczne ptaki, nad których śpiewem prowadzono tam badania. Egzotyczni przybysze odzyskali wolność, nazajutrz znaleziono je zadziobane przez miejscowe kawki. W 1973 r. ugrupowanie występujące pod zawłaszczonym szyldem wspomnianej wyżej Grupy Miłosierdzia na rzecz Szerzenia Dobroci dla Zwierząt dokonało napadu na laboratoria firmy farmaceutycznej Hoechst, podpalając je. W pozostawionej na miejscu kartce informowali, iż "była to próba przeciwdziałania torturom i mordowaniu naszych sióstr i braci zwierząt w nikczemnych eksperymentach". Jak na ironię, owe "nikczemne eksperymenty" to największy w świecie udział w produkcji szczepionek przeciwko chorobom zwierzęcym. Atakowano hodowców i dostawców zwierząt. Podpalano zabudowania, niszczono samochody. W 1975 r. przywódców Grupy postawiono przed sądem i skazano.
   Wówczas na scenie pojawiło się nowe, jeszcze bardziej radykalne ugrupowanie - Front Wyzwolenia Zwierząt (ALF). Choć oficjalnie odżegnywali się od stosowania przemocy, podobnie jak ich poprzednicy podpalali, oblewali farbą, przecinali opony. Rychło repertuar "akcji bezpośrednich" wzbogacili kradzieżami zwierząt (którymi zresztą nie zajmowali się, zostawiając na łasce losu), rzucaniem dymnych granatów, zaklejaniem zamków, niszczeniem instalacji, napadami na biura i niszczeniem dokumentacji, nękaniem groźbami listownie i telefonicznie. Pod adres pewnego naukowca i jego żony spodziewającej się dziecka skierowali życzenia, by ich dziecko urodziło się ślepe. Podpalili też budynek szkoły medycznej.
   W 1982 r. nastąpił w tych akcjach dramatyczny przełom, kolejne ugrupowanie - Milicja Praw Zwierząt (ARM) zaczęła wysyłać listy z bombami. Pierwszymi ofiarami byli czołowi politycy, ministrowie, pracownicy uczelni medycznych i weterynaryjnych. Naukowcom pracującym ze zwierzętami ARM groził pobiciem i łamaniem rąk, "by nie mogli dalej torturować". Organizacja ALF rozprowadzała broszurę zawierającą domowe sposoby produkcji bomb i instrukcje rozmaitych sposobów nękania naukowców. Jako obiekty ataków wskazano handlarzy zwierząt, kurze fermy, sklepy mięsne, rzeźnie, laboratoria rolnicze i weterynaryjne, działy mrożonek w supermarketach i wypychaczy zwierząt. Sprawcy działali grupowo. W pewnym napadzie na laboratorium wzięło udział kilka dziesiątków ludzi. Właściciela ogłuszono ciosem w głowę tępym narzędziem, jego żonę, syna i synową związano sznurami, również na szyi, porzucając ich w tym stanie. W czasie napadu na laboratorium epidemiologiczne potłuczono pojemniki z kulturami bakterii groźnych chorób zakaźnych. W innym wypuszczono na wolność małpy przechodzące kwarantannę na wściekliznę. Skutkiem rzekomo proekologicznych działań ALF było zatrucie wód powierzchniowych ropą z wysadzonego w powietrze zbiornika i kwasem fluorowodorowym, który skradziono, by wytrawiać nim protestacyjne slogany na witrynach sklepowych. Zdarzył się nawet napad na ośrodek dla upośledzonych dzieci w celu uwolnienia "gnębionych" tam w celach terapeutycznych królików i kacząt. Na jednym z boisk piłkarskich rozsypano tłuczone szkło przed meczem ligowym, po tym jak menedżer klubu pojawił się na ekranie telewizora jako myśliwy. Nękano też wędkarzy, ale stosunkowo krótko i niemrawo, gdyż okazało się to niewskazane ze względów polityczno-propagandowych. Jest ich bardzo wielu i stanowią istotną grupę wyborczą.
   W 1894 r. aktywiści sięgnęli po nową broń - groźbę skażeń produktów sprzedawanych przez sklepy, które budziły ich dezaprobatę: dodawanie narkotyków do oliwki dla niemowląt, wprowadzanie rtęci do drobiu, zatruwanie batonów, dodawanie chlorowych wybielaczy do szamponu, podrzucanie strzykawek z trucizną na szczury.
W latach 1987-88 wielu aktywistów tych radykalnych ruchów stanęło przed sądami i zostało skazanych na 4 - 10 lat więzienia. Przy okazji niejako wyszło na jaw, iż fundusze na swoją działalność te radykalne ugrupowania czerpią z prania "brudnych pieniędzy". W odpowiedzi na aresztowania ALF przeprowadził zamach bombowy w lutym 1989 roku w Bristolu. 2-kilogramowy ładunek zniszczył piętro tamtejszego uniwersytetu. Ofiar nie było, eksplozja nastąpiła o północy, ustalono jednak, iż tylko dlatego, że konstruktor bomby popełnił 12-godzinny błąd w określaniu czasu wybuchu. 2 miesiące potem aktywiści ALF w Londynie sterroryzowali bronią palną pracowników sklepu futrzarskiego, zdemolowali pomieszczenia i zniszczyli towar. W czerwcu 1990 roku umieszczono bombę w samochodzie pracowniczki instytucji rządowej, zatrudnionej tam jako doradca weterynaryjny. Wybuch nastąpił w momencie uruchomienia samochodu, na szczęście ofiara doznała tylko lekkich obrażeń. Kilka dni potem podłożono bombę pod samochód naukowca z uniwersytetu bristolskiego. Kierowca został ranny, drugą ofiarą, przypadkową, było znajdujące się w pobliżu dziecko, straciło palce, a odłamek metalu utkwił mu niebezpiecznie w okolicy kręgosłupa.
   Terror w walce z prawdziwymi czy urojonymi gnębicielami zwierząt ustał tak nagle, jak się pojawił, nie rozwiązując żadnego z problemów wzajemnych relacji ludzi i zwierząt. Wątpliwe zresztą, czy radykalnych obrońców zwierząt naprawdę obchodzi ich los, czy motywem ich działania są ideały św. Franciszka. Co więc nimi powoduje? Być może ten sam stan frustracji, który dziś każe antyglobalistom demolować centra wielkich miast i urządzać bijatyki z policją, by w ten sposób zlikwidować problem głodu. Ale to już inny temat i nie do rubryki kryminalnej.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie