Kariera sztuki ludowej w czasach PRL, czyli o fenomenie Cepelii

Paweł Stachnik
Styl cepeliowski - ludowy, ale wygładzony. Wiejski, lecz po miastowemu wysmakowany
Styl cepeliowski - ludowy, ale wygładzony. Wiejski, lecz po miastowemu wysmakowany Adam Wojnar
Udostępnij:
HISTORIA. Wszędzie w Polsce odbywały się konkursy twórców ludowych, a muzea hurtowo kupowały ich dzieła. Na meblach w mieszkaniach ustawiano świątki, a na ścianach wieszano kilimy. W latach 70. wśród inteligentów zapanowała moda na twórczość ludową

21 czerwca 1949 r. na wniosek Ministerstwa Kultury i Sztuki powołano w Polsce Centralę Przemysłu Ludowego i Artystycznego (czyli Cepelię). Instytucja miała scentralizować artystyczną i rzemieślniczą twórczość ludową, a także objąć ją i jej twórców opieką państwa. Po roku istnienia Cepelia zrzeszała 208 spółdzielni i 105 zakładów przemysłu artystycznego, które zatrudniały łącznie 28 tys. osób, a swoje produkty sprzedawała w 60 sklepach.

Tak zaczął się okres rozkwitu w Polsce kultury ludowej. Trwał trzy dekady i mimo że była to kultura ludowa swoiście pojmowana, instytucjonalnie nadzorowana i wykorzystywana propagandowo, to bilans tego przedsięwzięcia wydaje się pozytywny. Tak przynajmniej sądzi autor książki poświęconej temu zagadnieniu.

Ludowa, czyli rodzima

O dziejach ludowej twórczości w PRL pisze w swojej najnowszej publikacji zatytułowanej „Wesołego Alleluja Polsko Ludowa” Antoni Kroh, nowosądecki pisarz, etnograf i historyk kultury, znany czytelnikom ze świetnych książek „O Szwejku i o nas”, „Sklep potrzeb kulturalnych” i „Starorzecza”. Na naszych „Dziennikowych” łamach pojawiał się często jako uczestnik, organizator czy animator licznych imprez etnograficznych (i nie tylko etnograficznych) odbywających się w regionie.

Tym razem na pisarski warsztat pan Antoni wziął zjawisko nazywane u nas twórczością ludową. Zjawisko to, ważne w polskiej kulturze od XIX w., od czasów romantyzmu, uznawane było zawsze za rodzime, wolne od zapożyczeń i obcych wpływów i przez to wartościowe.

Określano je jako emanację ducha narodu, krynicę polskości i odbicie naszego charakteru narodowego. Twórcy młodopolscy - Wyspiański, Tetmajer, Witkiewicz, Mehoffer i inni - fascynowali się kulturą ludową i wykorzystywali ją w swojej twórczości. Niektórzy (np. wspomniany Witkiewicz) starali się nawet na jej bazie stworzyć polski styl narodowy.

W sukurs szły im inicjatywy takie jak założone w 1913 roku Stowarzyszenie Warsztaty Krakowskie - grupa artystów, rzemieślników i architektów wzorujących się w swojej twórczości na motywach ludowych, sięgających po oryginalne materiały, metody produkcji i narzędzia. Były też inne tego typu organizacje i instytucje: Polska Sztuka Stosowana, Komitet Popierania Przemysłu Ludowego, Instytut Propagandy Sztuki, powojenny Instytut Wzornictwa Przemysłowego.

Wśród wspomnianych na kartach książki zasłużonych dla opieki nad kulturą ludową postaci - Aleksandra Rybickiego, Aleksandra Jackowskiego, Józefa Grabowskiego, Ludwiga Zimmerera - pojawia się też prof. Roman Reinfuss, miłośnik wiejskiej twórczości, etnograf, badacz i muzealnik, a z wykształcenia prawnik.

Reinfuss za młodu wędrował po Beskidzie Niskim, a relacje z wycieczek zamieszczał w krakowskim „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”. Kiedyś zwrócił się do dyrektora i założyciela Muzeum Etnograficznego w Krakowie, Seweryna Udzieli, o informacje potrzebne do artykułów.

Dyrektor, widząc fascynację młodego człowieka kulturą ludową, namówił go do studiowania etnografii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W ten sposób, niejako przypadkiem, polska nauka zyskała wybitnego etnografa, a polska sztuka ludowa zaangażowanego badacza, zbieracza i obrońcę.

Roman Reinfuss został potem kustoszem krakowskiego Muzeum Etnograficznego, organizatorem katedry etnografii na Uniwersytecie Wrocławskim i wykładowcą polskiej sztuki ludowej w Katedrze Etnografii Słowian Uniwersytetu Jagiellońskiego. Był mocno związany z okolicami Krakowa, zwłaszcza z Myślenicami (napisał monografię powiatu myślenickiego).

Dziś województwo małopolskie przyznaje co roku nagrodę jego imienia za działalność na rzecz ochrony i zachowania lokalnej tożsamości kulturowej w regionie.

A tak postać profesora wspominał przed laty na łamach naszej gazety Henryk Banaś, społeczny opiekun Izby Regionalnej w Bibicach: - Gdy izbę zwiedzał kiedyś historyk i etnograf prof. Roman Reinfuss z żoną, wypytywał mnie bardzo dokładnie, skąd pochodzi każdy eksponat, kto był jego właścicielem. Na koniec dał mi przykazanie, któremu jestem do dziś wierny: do izby mają trafiać eksponaty tylko z tej wsi. Dzięki temu zbiory dokumentują życie materialne i kulturalne Bibic.

Cepelia w Nowym Jorku

Wróćmy jednak do dziejów sztuki ludowej w czasach nam bliskich. W sposób szczególny zainteresowały się nią władze Polski Ludowej, państwa w końcu robotniczo-chłopskiego. W 1949 r. powstała Cepelia, która zgromadziła kadrę specjalistów z przedwojennego Ministerstwa Przemysłu i Handlu. Cepelia była - jak stwierdza autor - jedyną tego rodzaju firmą w demoludach. Kulturotwórczą, prestiżową, a zarazem przynoszącą państwu niemałe zyski.

„Wypracowano styl cepeliowski - ludowy, ale wygładzony. Wiejski, lecz po miastowemu wysmakowany. Zorganizowano zbyt, o jakim przed wojną można było tylko pomarzyć. Na twórców zaś wywierano nacisk najskuteczniejszy z możliwych, bo finansowy” - czytamy w książce. Objęta nadzorem i mecenatem państwa ludowa twórczość rozkwitła i zinstytucjonalizowała się.

Jak podaje autor - a wie, co pisze, bo w kulturze ludowej „robił” całe życie - wszędzie w Polsce odbywały się konkursy twórców ludowych, muzea kupowały ich dzieła, gazety opisywały, radio nagrywało, a telewizja pokazywała. W latach 70. wśród inteligentów powstała moda na twórczość ludową.

W mieszkaniach z wielkiej płyty i w domach jednorodzinnych na meblach ustawiano świątki, a na ścianach wieszano kilimy, obrazy na szkle i malowane talerze. W miastach organizowano wystawy, cepeliady, a niezliczone zespoły ludowe produkowały się na scenie i na ekranie.

Wokół twórców wykształciła się cała grupa zawodowa: badaczy, etnografów, muzealników, animatorów, opisujących, ukierunkowujących i podtrzymujących zjawisko kultury ludowej (autor uczciwie pisze, że sam do nich należał i żył ze sztuki ludowej).

Z czasem jednak doszło do przesytu, twórczość ludowa stała się przedmiotem żartów i kpin (czego przykłady również znajdziemy w książce), a gusty publiczności zwróciły się w inną stronę.

Kie nie bedzie dotacyje

Jednak zdaniem Antoniego Kroha, państwowy mecenat nad ludowymi twórcami miał swoje dobre strony. Biedni w większości wiejscy rzeźbiarze i malarze dostawali pieniądze (całkiem nieraz niezłe) za swoje dzieła, a praca artystyczna pozwalała uzyskać emeryturę.

Nie bez znaczenia było też zainteresowanie i szacunek, jaki ich spotykały, często pierwszy raz w życiu (pewien twórca z Pienin westchnął: „Najlepiej to było za Gierka i za Kroha”).

Centralny nadzór nad twórczością, prócz tego, że owocował takimi tematami, jak „X lat PRL” czy „Wojsko Polskie w sztuce ludowej”, to zapewniał też dobry poziom prac, zwłaszcza tych zamawianych przez Cepelię. Dość powiedzieć, że sklepy Cepelii w Brukseli i Nowym Jorku pracowały na pełnych obrotach.

Sporo w opowieści pana Antoniego smakowitych anegdot. Gdy organizatorzy święta góralskiej poezji nie mogli się doprosić o środki finansowe na kolejną edycję, ułożyli taki oto wierszyk: „Kie nie bedzie dotacyje, to nie bedzie poezyje”.

Jeden z iwonickich pamiątkarzy na propozycję autora wzięcia udziału w konkursie rzeźby karpackiej, odparł: „Panie, ależ ja nie jestem żaden twórca ludowy. Ja jestem kulturalny człowiek”. Pewien góralski rzeźbiarz od lat robiący seryjnie płaskorzeźby ukazujące spotkanie św. Izydora z oraczem, został zaproszony do udziału w konkursie pod hasłem „Przyjaźń polsko-radziecka w sztuce ludowej”. Przerobił więc nieco św. Izydora (dodał bródkę, a sutannę zmienił w tużurek) i płaskorzeźba „Rozmowa Lenina z miejscową ludnością” była gotowa…

Kroh - bystry i uszczypliwy obserwator rzeczywistości i jej zmian - pokazuje też, jak dziś wyglądają artystyczne gusty ludu polskiego. To widoczne na zrobionych przezeń w okolicach Nowego Sącza zdjęciach koszmarne kapliczki, kiczowate pomniki papieża, dziwaczne wiejskie domy z basztami, gipsowe figurki w ogródkach. Na usta ciśnie się pytanie: czy to jest sztuka ludowa naszych czasów?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie