Kariera za, albo przed nimi

Redakcja
W pierwszej części cyklu bohaterami byli młodzi zawodnicy, którzy swoją przygodę ze speedway’em rozpoczynali mniej więcej dziesięć lat temu. Z tamtego grona obecnie tylko pięciu nie pożegnało się z żużlowym torem i nadal ściga się w lidze. Teraz kolej przypomnieć sylwetki jeźdźców, którym marzyła się wielka kariera, a z różnych względów - czy to kontuzje, czy też tzw. obiektywne czynniki pozasportowe - przeżyli rozczarowania. Na zakończenie będzie także parę słów o zawodnikach-nadziejach rzeszowskiego speedway’a, obecnych kadrowiczach Jasolu.

Rzeszowska młodzież - cz. II

O nich słuch zaginął...

   Krzysztof Ciepiela - poszedł w ślady ojca. Zaczynał pod koniec lat osiemdziesiątych, bardzo zresztą pechowo, bowiem na jednym z treningów złamał nogę. W lidze więc dane mu było zadebiutować dopiero w 1999 roku w pamiętnym meczu z gorzowską Stalą (wygranym przez rzeszowian 45,5-44,5). Był jedną z wielkich nadziei rzeszowskiego czarnego sportu i z żużlem wiązał swoją przyszłość. Niestety, znów przyszło mu - zamiast z przeciwnikami na torze - stanąć twarzą twarz z kontuzjami. Tę walkę przegrał i w 1991 roku ostatecznie zadecydował, iż już więcej nie usiądzie na żużlowej maszynie. Szkoda, gdyż zapowiadał się naprawdę na zawodnika dużego formatu.
   Krzysztof Bober - o lepszych wynikach mógł tylko pomarzyć. Startował przede wszystkim w rozgrywkach młodzieżowych, praktycznie tylko tam miał okazję do częstszych startów. W Rzeszowie nie miał szans na znalezienie miejsca w podstawowym składzie, dlatego też obrał kierunek na Kraków. Tam też wiele nie zwojował i rozstał się z czynnym uprawianiem sportu.
   Jarosław Ślęzak - podobnie jak i Krzysztof Bober, miał spore trudności z przebiciem się wśród kolegów. Razem z nim zakotwiczył w Krakowie, gdzie wprawdzie asem nie był, potrafił jednak walczyć i dawał z siebie wszystko. W Rzeszowie najłatwiej było go spotkać... w czasie derbowego meczu piłki nożnej pomiędzy Stalą a Resovią. "Długi" dowodził młynem szalikowców z ul. Wyspiańskiego.
   Mariusz Szyszka - w żużlowej szkółce zapowiadał się na asa czarnego sportu. Później rzeczywistość nie była już tak różowa. Szczególnie wiele obiecywał sobie po sezonie 1998, do którego starannie się przygotowywał, zwłaszcza że wiek juniora ukończyli wtedy już Winiarz i Trojanowski - ostatni z paczki Petrova. Tymczasem stała się rzecz zaskakująca: zawodnik zrezygnował z jazdy i zniknął kibicom z pola widzenia.
   Maciej Pietraszek - prawdziwy pechowiec. Gdyby nie kontuzje, kto wie czy dziś nie byłby jednym z czołowych żużlowców w Rzeszowie. Piętno na jego karierze odcisnął wypadek z Torunia, po którym leczył złamaną łopatkę. Do sprawności fizycznej powrócił, lecz jako zawodnik był już skończony. Zablokował się psychicznie, jeździł - jak mówił - z diabełkiem na ramieniu. Obecnie pomaga jako mechanik Karolowi Baranowi, wcześniej pomagał Maćkowi Kuciapie.
   Klaudiusz Kłos - zaczynał w Rzeszowie, kończył w Krośnie. Początkowo uważany był za wielki talent, który jednak nie eksplodował. Czas płynął nieubłaganie, a niezłego żużlowca w Rzeszowie nie można się było doczekać. Jak to zwykle bywa, nadzieje przerzucono na innych. Kiedy i w Krośnie powoli stawał się zbędny, postanowił skończyć tę zabawę i dał sobie spokój z żużlem.
   Artur Bereś - na torze wytrzymał tylko rok. Pojechał w kilku młodzieżowych turniejach w 2000 roku i praktycznie na tym skończyła się jego kariera. Zimą nie pojawiał się w klubie, nie przedłużył kontraktu. Najwyraźniej dyscyplina mu nie odpowiadała.
   Waldemar Bednarski - postrach rywali w roku 1998. To dlatego, że trener Marek Cieślak szachował nim przeciwników. Jego nazwisko niemal zawsze widniało w składzie, a potem jechał kto inny. Licencję uzyskał w sezonie 1997, później leczył kontuzję ręki. Ostatecznie nie poszalał wiele na torze. Postanowił jednak pozostać przy żużlu - wiadomo, ciągnie wilka do lasu - i pomaga Piotrowi Winiarzowi.
   Grzegorz Bednarski - kuzyn W. Bednarskiego. Jego też pokonała kontuzja. Kiedy doszedł do wcześniejszej sprawności, raz jeszcze postanowił spróbować swych sił. Bez skutku; brak wyników zmusił go do rezygnacji. Dziś z rzadka można go spotkać na trybunach stadionu.
   Paweł Elder - wielki duchem, niewielki wzrostem. Lubiany przez fanki w... Bydgoszczy. Rozpoczął i zakończył romans z żużlem w 1997 roku. Jak mówi dzisiaj, żałuje bardzo, że jego droga tak się potoczyła. Czuje głód jazdy, dziś już jest jednak za późno, by na nowo założyć plastron. Chyba żeby tylko przymierzyć...
   Krzysztof Domin - jeden z grupy wychowanków drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. W żużlu może i pozostałby dłużej, gdyby nie pechowa kontuzja odniesiona w Krośnie, gdzie złamał rękę. Po tym feralnym wydarzeniu zapowiedział, że jego noga więcej na torze nie postanie. Słowa dotrzymał...
   Sławomir Czarnik - potrafił skutecznie ścigać się zarówno w I, jak i II lidze. Powoli wyrastał na klasowego juniora, kiedy nagle świat stanął mu na głowie. Ucierpiała na tym i drużyna. Chodzi oczywiście o pamiętny wyjazd do USA początkiem 2000 roku. Po powrocie zza wielkiej wody szybko zjawił się na stadionie, tyle że w roli obserwatora. Tak obserwuje do dziś. A szkoda, bo miał zadatki za dobrego zawodnika.
   Andrzej Rybka - w 2000 roku zasłynął z "ucieczki" do Ameryki. Krzywdę zrobił przede wszystkim sobie. Miał ambicje, lecz po tym fakcie nie mógł ich realizować. Owszem, wystartował praktycznie bez przygotowania w indywidualnym turnieju, lecz, jak się okazało, był to początek końca jego kariery. Zaczynał starty w 1997 roku i szybko okrzyknięto go następcą muszkieterów Aleksandra Petrova. Zapewne tak by się stało, gdyby nie dwie kontuzje nogi. Mimo wszystko "Ryba" się nie załamał. Dopiero wiosenny wyczyn roku 2000 w głównej mierze zadecydował o kresie jego zawodniczej kariery.
   Marian Micał - w Łodzi miał się uczyć, by za rok stać się podstawowym juniorem w Rzeszowie. Tymczasem ani widu, ani słychu, by zdobywał punkty. Czyżby kolejna niespełniona nadzieja? Wypada mieć nadzieję, że jednak nie, że ten talent się nie zmarnuje.
   Jest jeszcze jedna postać, o której słuch nie zaginie nigdy. Choćby ze względu na pamięć. To Wojciech Kiełbasa. Miły, sympatyczny i koleżeński. Zaczynał swoją przygodę z żużlem właśnie w Rzeszowie. Ambitny; kiedy nie znalazł miejsca w zespole rzeszowskim, szczęścia szukał w Krośnie. Chętny do jazdy, waleczny. Niestety, śmierć znalazł na torze. Nie w jakimś strasznym karambolu; na zwykłym treningu miał wypadek, po którym przegrał walkę o rzecz najcenniejszą - o życie.

O nich jeszcze usłyszymy

   Karol Baran z powodzeniem zdobywa ligowe punkty i jest naprawdę solidną podporą Jasolu. To dobrze, że Rzeszów doczekał się klasowego juniora. Szkoda tylko, że to jest już ostatni rok startów Karola w gronie młodzieżowców. Do obecnej formy dochodził latami wytężonej pracy. Jednak widać było czynione przez niego postępy. Z meczu na mecz radził sobie coraz lepiej, dziś bywa postrachem dla najlepszych pierwszoligowców. O ogromnym pechu mówić może Łukasz Golonka - niektórzy mówią, że makabrycznie wyglądający upadek Łukasza definitywnie wyleczył go z żużla. Lecz on zapowiada, że jeszcze o nim usłyszymy... Znając go, można wierzyć, że nie blefuje. Równie poważnej kontuzji nabawił się w Ostrowie i co? Jeździł nadal. Pewnie teraz inaczej nie będzie. Kolejni zawodnicy: Piotr Prucnal, Robert Suszczyński, Tomasz Kliś i Paweł Miesiąc. Licencje uzyskali w zeszłym sezonie i mają już za sobą starty nawet w pierwszym zespole. To praktycznie tyle można o nich powiedzieć. Jeżeli chcą coś osiągnąć, muszą jeszcze sporo się nauczyć. Z tej czwórki na pierwszy plan wysuwa się siedemnastoletni Paweł Miesiąc, który już zaczyna punktować nawet w lidze. Cieszy oko jego płynna jazda i serce do walki.

Dziś już są gdzie indziej

   Marcin Rempała - mimo że obowiązuje przepis nakazujący świeżo upieczonemu juniorowi dwuletni okres startów w macierzystym klubie, wiadomo było, że gdzie Grzesiek Rempała, tam i jego brat Marcin. To ewenement na skalę światową, by czterech braci obrało karierę na czarnym torze. Wracając zaś do sprawy Marcina, umowa została tak skonstruowana, że najmłodszy z klanu miał wolną rękę po sezonie. Powędrował oczywiście za starszym bratem. Szkoda straty takiego juniora. Teraz wiadomo, że Unia będzie miała z niego wiele pociechy.
   Dawid Stachyra - marzeniem Janusza Stachyry była jazda w parze z własnym synem, tak jak uczynił to Roman Jankowski. Sen ojca ziścił się, tyle że w barwach lubelskiego TŻ-u. W tej drużynie Dawid doskonali swe umiejętności, naturalnie pod okiem ojca. Kiedy wróci nad Wisłok (a przydałby się tutaj niedługo), będzie kontynuował tradycje ojca, wieloletniego lidera rzeszowskiej drużyny.
   Widać więc, że przez rzeszowski klub przewinęło się sporo młodych zawodników. Nie z każdej mąki będzie chleb - to w sporcie wiadomo. Selekcja jest nieodzowna. W Rzeszowie - można zaryzykować takie stwierdzenie - z różnych powodów zmarnowało się kilka talentów. Czasu się już nie wróci, więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Warto natomiast pomyśleć o przyszłości i o młodzieży. Niech ma warunki do szkolenia. To taniej niźli kupować zawodników po całej Polsce. JCZ
Zdjęcia: Jacek Czochara

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.