Katalończyk, z którego książek przebija pisarska niepewność

Rozmawiał Agaton Koziński
Jaume Cabré to dziś jeden z najbardziej znanych pisarzy
Jaume Cabré to dziś jeden z najbardziej znanych pisarzy Anna Kaczmarz
Rozmowa. Pisarz Jaume Cabré mówi o swojej książce „Cień eunucha” i bólu twórczym.

- Przygotowując się do rozmowy przeczytałem kilkanaście wywiadów z Panem i mam wrażenie, że nikt nie zadał jednego istotnego pytania. Jest Pan kibicem FC Barcelony? Skoro jest Pan Katalończykiem, to chyba Pan musi być?

- Rzeczywiście, jestem kibicem Barcelony i to bardzo zagorzałym. Uważnie śledzę wszystkie mecze, czasami mam wrażenie, że poświęcam na to zbyt wiele czasu i energii. Ale u mnie to rodzinne. Już moi dziadkowie ze strony mamy mocno kibicowali Barcelonie. Chodziłem na mecze jeszcze jako dziecko. Były rozgrywane na starym stadionie, wtedy nie było jeszcze Nou Camp [stadion zbudowano w 1957 r. - przyp. red.]. Na nowy stadion chodziłem od chwili, gdy powstał. Ale nie tylko kibicuję. Jestem także socios, to znaczy płacę składki klubowe.

- I dzięki temu ma Pan prawo głosować w wyborach prezesa klubu.

- Tak. Na tym polega specyfika Barcelony, ten klub jest zależny od kibiców. A ja interesuję się nie tylko piłką nożną, także koszykówką i piłką ręczną. Barcelona w tych dyscyplinach również ma drużyny należące do europejskiej czołówki.

- Chciałbym zapytać o książkę „Cień eunucha”, która właśnie ukazała się w Polsce. Czytając ją czułem ducha „Wyznaję”. Obie są przesiąknięte wątpliwościami, rozdarciem, słabościami. Czy Pana bohaterów należy traktować jak typowych Katalończyków, którzy zmagają się z trudną historią?

- Nie patrzyłem na to w ten sposób, nie przyszło mi do głowy, że można porównać losy moich bohaterów do historii Katalonii.

- Nadinterpretuję?

- Tak. Gdy tworzę swojego bohatera, nigdy nie zastanawiam się, czy on może nieść ze sobą jakieś symboliczne znaczenie. Raczej zależy mi na tym, by stworzyć pełnokrwistego bohatera z bogatym życiem wewnętrznym i wpisaniu go w historię, która autentycznie wciągnie czytelników. Zależy mi, by kreowany przeze mnie świat kręcił się wokół mojego bohatera. Sam fakt, że tworzę właśnie tak skonstruowaną rzeczywistość w książkach, jest dla mnie ogromnym wysiłkiem, dlatego nawet nie próbuję dodawać do tego symboliki. Rozumiem, że czytelnicy mogą sobie zadawać pytania o sens symboliczny poszczególnych osób czy scen, ale ja takich pytań sobie nie zadaję.

- W Pana książkach postacie są zwykle rozdarte, kręcą się w kółko targane wątpliwościami. Czy w ten sposób myśli typowy Katalończyk?

- Nie. Moi bohaterowie nie odzwierciedlają Katalończyków. Odzwierciedlają natomiast mnie. To moje wątpliwości, moja niepewność przebija z kart moich książek. I nie należy tego łączyć z narodowością. Ja taki po prostu jestem. Unikałbym w tym przypadku stereotypów, prób przypisywania konkretnych cech do poszczególnych nacji.

- Zapytałem w ten sposób, bo trzy lata temu rozmawiałem z innym pisarzem z Barcelony - Eduardem Mendozą i on podobnie jak Pan był kłębkiem wątpliwości, mimo że jego książki różnią się od Pańskich.

- Dalej nie uważam, że są podstawy do tego, by uogólniać. Wszystko zależy od cech poszczególnych osób, a także od motywacji, które popychają do pisania.

- Mówi Pan, że pisanie kolejnej książki pozwala Panu odpocząć po pisaniu powieści.

- Te książki pozwalają mi się wyłączyć. To moja metoda na odpoczynek po tworzeniu fikcji literackiej. Piszę refleksję o tym, jak się fikcję pisze. Proszę zwrócić uwagę na zasadniczą różnicę - pisząc o fikcji, piszę o czymś, co naprawdę miało miejsce. To jest właśnie główna różnica między tą refleksją a pracą nad powieścią.

- Często Pan opowiada o bólu twórczym, jaki Pan przeżywa przy pisaniu. O tym, jak pisząc widzi tylko chaos, nie umie się Pan uwolnić od swoich bohaterów, nawet jak Pan mdleje po zakończeniu pracy nad powieścią...

- Wszystko się zgadza, ale nie nazwałbym tego bólem twórczym. To raczej forma autodyscypliny, którą sobie narzuciłem.

- Swoje powieści pisze Pan bardzo długo. Jak Pan nad nimi pracuje? Pisze Pan zrywami czy też czeka na natchnienie? Czy stawia Pan na regularność, a może siada codziennie przy biurku na kilka godzin i pisze z góry założoną liczbę wierszy?

- Nie podchodzę do pisania jak do zawodu. Pisanie jest dla mnie procesem życiowym.

- Jak to rozumieć?

- Dosłownie. Nigdy na początku nie wiem, o czym będzie nowa książka. Po prostu zaczynam pisać i czekam, aż temat książki, jej bohater sam się narodzi. Gdy go znajdę, zadaję sobie pytanie: czy z tą postacią będę w stanie wytrzymać przez kolejnych kilka lat? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, zaczynam pracować nad powieścią, obrabiać mego bohatera. Ale nigdy nie wiem, jaki cel chcę osiągnąć, nie zakładam też, ile czasu zajmie mi napisanie całości.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie