Kiedyś był lepszy od Ronaldo

Hubert Zdankiewicz
Euzebiusz Smolarek rozegrał w reprezentacji Polski 47 spotkań, strzelił w nich 20 bramek. Dziewięć w pamiętnych eliminacjach Euro 2008, w których biało-czerwoni pokonali m.in. Portugalię.
Euzebiusz Smolarek rozegrał w reprezentacji Polski 47 spotkań, strzelił w nich 20 bramek. Dziewięć w pamiętnych eliminacjach Euro 2008, w których biało-czerwoni pokonali m.in. Portugalię. ARKADIUSZ GOLA
Osiągnął niemało, choć mógł dużo więcej - kariera bliskiego sportowej emerytury Euzebiusza Smolarka pełna była wzlotów i upadków.

Według najnowszych doniesień 33-letni były reprezentant Polski nie wiesza jeszcze butów na kołku (w ubiegłym tygodniu sam to ogłosił na łamach "Przeglądu Sportowego"), bo trenuje z beniaminkiem maltańskiej ekstraklasy Zebbug Rangers. Dla piłkarza mającego w dorobku grę w Borussii Dortmund i Feyenoordzie Rotterdam to jednak tylko odwlekanie tego, co nieuniknione. Poważnego klubu nie ma od roku, odkąd rozstał się z Jagiellonią Białystok. Ostatniej zimy testowało go Torpedo Moskwa, ale Rosjanie nie zdecydowali się na transfer.

W ogóle ostatnie sześć lat kariery Euzebiusza Smolarka to równia pochyła. Trudna do zrozumienia, tym bardziej że kiedyś był autentyczną gwiazdą. Nie tylko reprezentacji Polski, którą wprowadził do finałów Euro 2008. Nie ma w tym przesady, bo w tamtych eliminacjach strzelił dziewięć bramek. W tym dwie w pamiętnym spotkaniu z Portugalią w Chorzowie (2:1), w którym przyćmił słynnego Cristiano Ronaldo.

- Dziękuję - powiedział mu Leo Beenhakker, gdy schodził z boiska w trakcie decydującego o awansie meczu z Belgią (zwycięstwo 2:0 po jego dwóch trafieniach). - Nie spodziewałeś się trenerze, że będę tak dobrze dla ciebie grał - odpowiedział Smolarek, nawiązując do tego, że to właśnie Holender zaprosił go przed laty na treningi z pierwszym zespołem Feyenoordu.

Bierzemy cię na mundial
Nigdy później nie grał już tak dobrze. Wcześniej też różnie z tym bywało, choć zapowiadał się fantastycznie. - Fajnie grasz, młody, zabieramy cię na mundial - usłyszał w lutym 2002 roku od Piotra Świerczewskiego po swoim debiucie w reprezentacji Polski w towarzyskim meczu z Irlandią Płn. I nie była to tylko kurtuazja wobec młodszego kolegi.

Całkiem zresztą prawdopodobne, że w Korei Południowej Ebi byłby nawet podstawowym zawodnikiem kadry Jerzego Engela, bo Tomasz Iwan był bez formy (nie znalazł się w kadrze na mundial), a na dodatek kontuzji doznał Bartosz Karwan - i na prawym skrzydle reprezentacji (czyli na pozycji, na której Smolarek najczęściej wówczas grywał w klubie) zrobiło się nagle wolne miejsce.

Niestety, Ebi również doznał kontuzji (kolana), która wyeliminowała go z gry na 15 miesięcy.

Z trybun oglądał, jak jego koledzy z Feyenoordu świętują zdobycie Pucharu UEFA (obecna Liga Europy). W dodatku, w międzyczasie został zdyskwalifikowany na pół roku przez UEFA za palenie marihuany. Winy co prawda nigdy mu nie udowodniono, ale długo nie mógł się uwolnić od etykietki balangowicza. Gdy kilka lat później trafił do Borussii, niemieckie media nadały mu przydomek Hash Bomber.

- Dużo nauczyłem się w tym okresie. Zobaczyłem wtedy, jak ważna jest dla mnie piłka. Zobaczyłem, że życie jest ciężkie. Tylko wskoczyłem do góry, awansowałem do pierwszej drużyny, a tu nagle taki cios. Zawsze może być tak, że w pewnym momencie poczujesz ból i już nigdy na boisko nie wyjdziesz. Po tych moich doświadczeniach naprawdę czuję się szczęśliwy, że jestem piłkarzem - wspominał po latach.

Wrócił na boisko, ale trochę potrwało, zanim wrócił do dawnej formy. Tak naprawdę odzyskał ją dopiero w Dortmundzie, dokąd ściągnął go trener Bert van Marwijk. Ten sam, który wcześniej dał mu szansę w Rotterdamie. Przekwalifikowany na napastnika Polak szybko zaczął spłacać kredyt zaufania, a po ciężkiej kontuzji Czecha Jana Kollera został nawet w sezonie 2005/2006 najlepszym strzelcem BVB (13 goli).

Kto wie, co by było, gdyby Van Marwijk został dłużej w Borussii. Trener został jednak zwolniony, a Smolarek uznał, że pora zmienić klimat. Latem 2007 roku trafił za 4,8 mln euro do Racingu Santander.

U Leo też miał problemy
Zanim to nastąpiło, w sezonie 2006/07 nie trafiał już tak często do siatki. Ale nadal był ulubieńcem kibiców Borussii. Gdy wiosną 2007 r. strzelił bramkę Schalke 04 - i w efekcie tytuł mistrza Niemiec trafił do Stuttgartu zamiast do Gelsenkirchen - fani dosłownie oszaleli na punkcie Ebiego (Schalke to rywal znienawidzony przez dortmundczyków). Przerobili nawet na jego cześć utwór Boney M "Brown girl in the ring".

Później zaczęły się jednak problemy. Polak nie sprawdził się ani w Santander, ani w angielskim Boltonie. Ani nawet w słabej greckiej Kavali.
Pomyłką okazał się również jego transfer do Polonii Warszawa. Przy Konwiktorskiej Smolarek zaczął co prawda z wysokiego C, bo strzelił Legii bramkę w derbach stolicy. Skończył za to w tzw. Klubie Kokosa, wynalazku ówczesnego właściciela "Czarnych Koszul" Józefa Wojciechowskiego (odsunięci od pierwszego składu piłkarze byli zmuszani do treningów polegających głównie na bieganiu po schodach). Później był katarski Al-Khor, holenderskie Den Haag...

- Sam jestem zdziwiony, że tak się to wszystko potoczyło. Być może w pewnym momencie zadowolił się tym, co ma, a może świat wielkiej piłki zwyczajnie go przerósł. Być może to kwestia charakteru - zastanawia się Dariusz Dziekanowski, były reprezentant Polski, a później asystent kadrze Beenhakkera. - Leo też na początku miał z nim problemy. Trudno nam było się z nim porozumieć - wszystko było na nie, wszystko nie tak.

Naprawdę niewiele brakowało, żeby po pierwszym meczu eliminacyjnym z Finlandią został odstrzelony z kadry, razem z Szymkowiakiem, Dudkiem i Frankowskim - mówi. W następnym meczu eliminacyjnym, z Serbią, Smolarek nie zagrał, a w kolejnym, z Kazachstanem, pojawił się na boisku, bo kontuzji doznał Jacek Krzynówek. Wykorzystał jednak tę szansę, strzelił zwycięskiego gola i... (patrz wyżej).

- Miał nosa do bramek. Grając na skrzydle bardzo dobrze schodził do środka. Dobrze przewidywał, gdzie znajdzie się piłka, był szybki, dobrze wyszkolony technicznie - wylicza Dziekanowski. - To nie był może piłkarz na miarę Realu Madryt czy Barcelony, ale spokojnie mógł grać przez wiele lat w Borussii, albo w dobrym klubie w Anglii lub Hiszpanii. Lepszym, niż Bolton czy Racing - podkreśla.

Jedna z teorii głosi, że ostatecznie pogubił się po śmierci ojca (marzec 2012), przed laty wybitnego piłkarza, wielokrotnego reprezentanta Polski. Nieoficjalnie mówiło się, że ich relacje nie zawsze były idealne, niemniej w kwestiach sportowych Włodzimierz Smolarek zawsze był dla syna mentorem i przewodnikiem.

- Moja gra w reprezentacji Polski jest hołdem dla ojca. Nigdy tego nie ukrywałem. Miałem oferty gry w młodzieżówce holenderskiej, ale ze względu na tatę nie miałem wyjścia - przyznawał Ebi. Trudno jednak przesądzać czy ta strata miała jakiś wpływ na jego karierę. Równia pochyła zaczęła się przecież dużo wcześniej, poza tym...

Dorównać sławnemu tacie
- Ojciec piłkarz pomaga, ale tylko na samym początku - powiedział kiedyś Jan Tomaszewski. - Bo trenerzy, którzy wprowadzają młodego chłopaka do drużyny, to najczęściej koledzy taty. Bo patrzą na takiego juniora inaczej, bardziej przychylnie. Ale potem to już nie pomaga - dodał nasz były reprezentacyjny bramkarz... A kariery choćby Jordiego Cruyffa czy Stefana Beckenbauera aż nadto wyraźnie pokazują, że ma rację.

Pierwszy zdołał co prawda zagrać z reprezentacją Holandii na Euro 96, a potem trafił do Manchesteru United (gdzie kariery już nie zrobił), w sezonie 2000/01 dotarł również z Deportivo Alaves do finału Pucharu UEFA. Na tle ojca - wicemistrza świata i trzykrotnego laureata Złotej Piłki France Football - jego dokonania wyglądają jednak blado.

Jeszcze gorzej wyglądają dokonania Beckenbauera juniora, który przez całą karierę musiał wysłuchiwać od rywali uszczypliwych uwag w stylu: "Niczego nie nauczyłeś się od ojca". Próbował swoich sił w Bayernie Monachium, ale bez powodzenia. Nie poradził sobie też w TSV 1860. Z konieczności kopał więc piłkę w przeciętnych Kickers Offenbach czy 1. FC Saarbruecken. Takie historie nie są oczywiście regułą, co pokazują choćby przykłady Paolo Maldiniego czy Wojciecha
Szczęsnego, ale...

Ebi ojcu również nie dorównał. Nie ma w dorobku medalu mistrzostw świata, nigdy nie zagrał też w półfinale Pucharu Europy. 20 bramek w 47 występach dla reprezentacji Polski to jednak dorobek, którego absolutnie wstydzić się nie musi (Włodzimierz strzelił 13 w 60 meczach). Czemu nie osiągnął więcej? Na to pytanie odpowiedź zna chyba tylko on sam.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie