Kir na żaglu

Redakcja
Kir na żaglu

ADAM MOLENDA

ADAM MOLENDA

Kir na żaglu

Zniknięcia jachtów mają również wątek krakowski

Janosik wyszedł z Gdyni 6 września 1975 roku, mając na pokładzie siedem osób, w większości studentów. Jednostka była nowa, zbudowana trzy lata wcześniej i jak na owe czasy znakomicie wyposażona. Nosiła na maszcie, co ważne - reflektor radarowy, rzadkie jeszcze podówczas na polskich jachtach urządzenie, dzięki któremu nawet tak mały obiekt pływający powinien być widoczny w radarach innych statków oraz nadbrzeżnych stacji radionawigacyjnych.
 Rejs pod dowództwem czterdziestoletniego, doświadczonego kapitana przebiegał beztrosko, o czym świadczyła radosna treść listów i kartek pocztowych, które były, jak się wkrótce okazało, ostatnią oznaką życia pięciu mężczyzn i dwóch kobiet.
 - Janosik _opuścił Oslo i ślad po nim zaginął - wspomina Lech Wiśniewski, wiceprezes Polskiego Związku Żeglarskiego ds. morskich. - Jakby rozpłynął się w powietrzu, i to w Cieśninach Duńskich, gdzie ruch jest przez całą dobę jak o piętnastej na Marszałkowskiej.
 Dopiero dwa lata później norwescy rybacy, stawiający sieci denne w cieśninie Kattegat, wyłowili koło ratunkowe opatrzone napisem _Janosik.

 Jeszcze niedawno to zdarzenie sprzed ćwierć wieku uznawane było za

największą tragedię

w dziejach polskiego jachtingu. Do 10 września bieżącego roku, kiedy to na Morzu Północnym tankowiec staranował jacht Bieszczady. Do kolizji doszło nocą, a z ośmioosobowej załogi ocalała jedynie dziewiętnastoletnia dziewczyna. Prokuratura wszczęła śledztwo, rozstrzyganiem winy z punktu widzenia sztuki nawigowania zajmuje się Izba Morska, zaś dramat rozpętał kolejną dyskusję nad problemami bezpieczeństwa jachtowej żeglugi.
 - Obawiam się, że casus Bieszczad _może dać jakieś bezsensowne argumenty decydentom, specjalizującym się w mnożeniu zakazów, co utrąci rozwój naszego żeglarstwa morskiego
- twierdzi Jerzy Kuliński, jachtowy kapitan z Gdańska, autor książkowego bestselleru pt. "_Praktyka bałtycka na małym jachcie".
- Oby nie wymyślono jakiegoś nowego papierka, który trzeba byłoby zdobywać latami, zanim pozwolą wyjść w morze.
 Kapitan Kuliński nazywany jest przez żeglarzy "profesorem Bałtyku" i od lat promuje używanie na szerokich wodach niewielkich żaglówek, które zresztą u brzegów krajów prawdziwe morskich używane są od niepamiętnych czasów. Uważa się go również za człowieka, który doprowadził do liberalizacji regulaminu stopni żeglarskich, umożliwiających samodzielne prowadzenie jachtów po słonej wodzie.
 Mimo panującego przez kilka tysiącleci przekonania, że im większy statek, tym bardziej bezpieczny, nikt nigdy racjonalnie tej tezy nie uzasadnił. Tonęły nawet niezniszczalne, zdawałoby się kolosy, jak choćby Titanic - wskutek kolizji, co dla podstawowego wątku naszych rozważań ma istotne znaczenie.
 Począwszy od XIX w. coraz

więcej śmiałków

wybierało się na oceany łodziami o długości kajaka, które zresztą radziły sobie całkiem nieźle.
 Kanadyjczyk John Clauss Voss przez kilkadziesiąt lat był zawodowym kapitanem wielkich żaglowców. W 1897 roku, dowiedziawszy się o osławionym, peruwiańskim skarbie ukrytym rzekomo na Wyspie Kokosowej, wybrał się tam z dwoma przyjaciółmi na małym jachcie. Kilka lat później przerobił na żaglową łódź... indiańską pirogę i przepłynął na niej wszystkie oceany. Jeszcze później dał się namówić na wyprawę dookoła Japonii na około siedmiometrowej długości jachciku, który wkrótce ogarnął tajfun. Pod koniec życia Voss napisał książkę pt. "Łodzią żaglową przez oceany", _w której udowadnia wręcz wyższość takich łupinek nad dużymi jednostkami pływającymi!
 Poczytajmy: "_Słyszałem od wielu kapitanów, że jeśli żaglowiec dostanie się w oko tajfunu, nigdy już z niego nie wyjdzie. (...) Duży statek przy tak wzburzonym morzu, bez najmniejszego nawet podmuchu wiatru, może rozlecieć się od uderzeń fal i zwariowanej chwiejby. Mała "Królowa Mórz" stała zaś na jednej fali i po prostu podskakiwała, i opadała z nią jak korek
". _Wspominając czasy, kiedy przez lata dowodził statkami łowców fok, dzielny kapitan dzieli się takimi oto refleksjami: "_Na pokładzie stało sześć do dziewięciu łodzi łowieckich, każda o długości od 6 do 7 m. Były one zbudowane z tak lekkiego i delikatnego materiału, że klepki ich można by rozbić silnym uderzeniem pięści. A jednak na łodziach tych pływałem podczas najgorszych sztormów, które druzgotały potężne statki (...), nie miałem nigdy wypadku, aby fale rozbiły łódź lub spowodowały jakieś straty".
 Do prawdziwej miniaturyzacji doszło jednak w drugiej połowie mijającego stulecia. Niejaki Hugh Vihlen przepłynął Atlantyk na żaglówce o długości 1,8 m, tylko dlatego tak... dużej, że chciał sypiać z wyprostowanymi nogami. Anglik nazwiskiem Tom Mc Nally, który w 1993 roku pokonał dystans z Liverpoolu na Florydę, lubił drzemać zwinięty w kłębek, dlatego zbudował łódkę o długości 168 cm.
 Nawigowanie stało się łatwiejsze od czasu, gdy jachty żaglowe otrzymały alternatywne źródło napędu w postaci silników pomocniczych. Największe

tajemnice żeglarstwa

odczarowała jednak elektronika. Na pokładach i brzegach pojawiły się radary i ekrany radarowe, a także radiostacje pozwalające na informacyjny kontakt z lądem oraz bardziej precyzyjne ustalenie położenia statku na morzu. Sekstanty, od wielu stuleci symbol magicznej wiedzy kapitanów, wyrzucano systematycznie od kilkunastu lat. Dziś tradycyjną nawigację prowadzą już tylko hobbyści. Nowocześni, rozleniwieni sternicy rzucają okiem na GPS niczym na zegarek i w ułamku sekundy wiedzą, gdzie są.
 Na współczesnych żeglarzy nie czyhają już potwory z głębin, lecz... mechaniczne mastodonty stworzone przez ludzi.
 - Do czasów Janosika, _z punktu widzenia bezpieczeństwa, najpoważniejszym problemem była stała kontrola pozycji jachtu - mówi kpt. Kuliński.
- Dziś, kiedy w każdej chwili wiemy gdzie jesteśmy, i to z dokładnością do 15 metrów,
najważniejszym zadaniem skippera jest unikanie kolizji ze statkami, zwłaszcza najszybszymi
i... zautomatyzowanymi. Tym bardziej że pojawiło się wiele jednostek tanich bander, z niskokwalifikowanymi i mało sumiennymi załogami, rekrutowanymi w krajach Trzeciego Świata. Zdarzało mi się kiedyś kilkakrotnie zmieniać kurs, ponieważ sterujący statkiem takiej bandery zabawiał się "_poganianiem mi kota
".
 Nikt nie może dokładnie policzyć, ile jachtów przepadło w odmętach na skutek zderzenia z jednostkami znacznie większymi od siebie. Domysły takie budzą "od zawsze" nagłe zniknięcia jachtu i załogi.
 Jesienią 1909 roku na nabrzeżu portu Bristol zgromadził się tłum dziennikarzy oraz gapiów, żegnających Joshuę Slocuma, wypływającego na jachcie Spray w kolejną podróż przez ocean. Sternik był znanym w całym świecie prekursorem samotnej żeglugi, zaś jego łódź cechowały doskonałe właściwości nautyczne. _Spray _i Slocum

przepadli bez śladu,

a ponieważ trasa rejsu pokrywała się ze szlakiem parowców, podejrzewano kolizję.
 Podobnych przypadków w historii światowego żeglarstwa było wiele. Dramat Krzysztofa Grabowskiego, który zdarzył się w 1964 roku, sensacyjnie opisywała prasa po obu stronach Atlantyku. Polskie media milczały, może zresztą nie tylko z powodu "żelaznej kurtyny", ale i niewiedzy. Grabowski był w Polsce inżynierem, podczas wojny pilotem RAF w Wielkiej Brytanii, zaś po przeprowadzce do Stanów Zjednoczonych profesjonalnie zajął się żeglarstwem morskim, zyskując międzynarodową sławę.
 Na ostatnią, samotną wyprawę wypłynął z Charleston. Kiedy znalazł się w Trójkącie Bermudzkim, obsługa jednej z radiostacji odebrała pojedynczy komunikat, od którego wiało grozą. Brzmiał nadzwyczaj lapidarnie: "Jacht się otwiera". _Nie wiadomo nawet, czy informował właśnie kpt. Grabowski, a jeśli jacht się rozpadał, to na skutek czego? Niewytłumaczalnych sił działających w Trójkącie, czy też zderzenia z innym statkiem?
 W 1968 roku przepadł na Pacyfiku wraz ze swoim pływającym _curiosum _amerykański konstruktor Arthur Priver. Był prekursorem w projektowaniu oceanicznych trójkadłubowców i jego zaginięcie wykorzystało natychmiast lobby producentów jachtów tradycyjnych ogłaszając, że trimaran Amerykanina nie wytrzymał energii wiatru i fal. A przecież inny jego multihull, długości zaledwie 7,3 m, przetrwał bez szkody tajfun o prędkości 45 m na sekundę. Dlatego komentatorzy zaginięcia Privera też podejrzewali kolizję.
 Rok później w okolicach przylądka Horn przepadła maleńka, siedmiometrowa _Polonia
. Droga do własnych żagli, którą przeszli Piotr i Mieczysław Ejsmontowie, bracia z miasteczka Węgorzewo na Mazurach, była tak romantyczna i pełna brawurowych przygód, że doczekała się licznych opisów. Swego czasu zabrali ze Szczecina pewną krypę, nazwijmy to ładnie "w celu krótkotrwałego użycia" i przepłynęli nią do Ronne. Praca na polskich statkach nie dawała im satysfakcji, więc prysnęli do Danii. Dzięki harówce w fabrykach kupli sobie skromny jacht i ruszyli dookoła świata. Podróż trwała kilka... dni, bowiem tuż po wyjściu z Kanału Kilońskiego staranował ich jakiś statek. Bracia wyszli cało, lecz ich łódź nadawała się tylko na śmietnik. Była jednak nieźle ubezpieczona, zaś wypadek został przez zachodnie media tak nagłośniony, że Polonia też sypnęła "zielonymi". Ejsmontowie ogłosili

w licznych wywiadach,

że wybierali się w zasadzie do USA, na grób prezydenta Kennedy’ego, by złożyć hołd bojownikowi o demokrację i dlatego ich jacht nazwali tak, a nie inaczej. W efekcie datki spłynęły tak obficie, że w kwietniu 1968 roku bracia stali się właścicielami Johna II, który miał wprawdzie tylko 6,5 m długości, ale był znakomicie wyposażony. W USA czekał już na nich specjalnie stworzony komitet powitalny i ciotka, która kupiła im nową łódź, ochrzczoną Polonia. To na niej Ejsmontowie postanowili okrążyć Horn tak zwaną "Drogą Niemożliwą", czyli z zachodu na wschód. O możliwość wzięcia udziału w wyprawie uprosił ich także student geologii Wojciech Dąbrowski. Eskapada była tak głośna, iż rząd argentyński roztoczył nad nią dyskretną opiekę swojego lotnictwa. Relacje meteorologiczne z tamtych dni nie odnotowały szczególnego pogorszenia się pogody... Mimo to Polonia przepadła.
 Polskie zniknięcia jachtów mają również wątek krakowski, a to za sprawą Wojtka Białego, studenta prawa UJ. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych ów energiczny chłopak namówił grupę kolegów do budowy morskiego jachtu. Nie mieli dużej gotówki, więc sprowadzili pod Wawel szalupę okrętową o długości przekraczającej nieco 8 metrów i przebudowali ją na miniżaglowiec. "Szkutnicy" wiedzieli, że ich samoróbka jest bez szans na uzyskanie Karty Bezpieczeństwa, między innymi dlatego, że nawet nie miała balastu! Stopniami żeglarskimi studenci też nie bardzo się przejmowali. Na Bałtyk nie wypuściłby ich bosman żadnego portu, o WOP-istach nie mówiąc, łódź pojechała więc pociągiem do Jugosławii.
 Nazywała się _Rozumek _i może dlatego Wojtek miał tyle rozsądku, by na początek powierzyć dowództwo żeglarzowi, który był już na morzu. Pomińmy opis perturbacji związanych ze zmianą załóg, w każdym razie Biały już samodzielnie przeprowadził jacht do Rio de Janeiro, a stamtąd do Kapsztadu. Musiał po tych doświadczeniach legitymować się niezłymi kwalifikacjami, skoro większą część czasu z trzech lat pobytu w RPA pracował na jednym z tamtejszych statków jako oficer. Kiedy w 1972 roku
odmówiono mu przedłużenia wizy, wyremontował Rozumka
i 18 grudnia wypłynął do Rio. Zaprzyjaźnieni z nim Polonusi zgodnie twierdzą, że łódź wyglądała solidnie, ale Wojtka nigdy już nikt nie zobaczył.
 W przypadku zagadkowych zniknięć jachtów zakłada się jeszcze jedną

przyczynę zagłady

 - pożar. O wielkim szczęściu może mówić załoga Daru Bielska, który pięć lat temu zatonął na redzie Mombasy. Jacht zapalił się od silnika i kiedy zdawało się, że pierwsze próby gaszenia dały rezultat, płomienie buchnęły tak gwałtownie, iż załoga, ewakuując się do tratwy ratunkowej, nie zdążyła nawet zabrać swoich rzeczy.
 - W takich przypadkach trudno mówić o czyjejkolwiek winie - mówi Norbert Szymała, komandor Yacht Klubu Polskiego z Bielska-Białej, będącego właścicielem jednostki. - Stało się i dobrze, że ludzie wyszli z tego cało.
 Kazimierz "Kuba" Jaworski, jeden z najsłynniejszych polskich kapitanów jachtowych, pytany w jednym z wywiadów, co jest najlepszym gwarantem bezpiecznej żeglugi, odpowiedział:
 - Sądzę, że solidność. Szczególnie w przygotowaniu jachtu do rejsu. Jestem zwolennikiem skrajnej opinii, że statki mogą zatonąć, bo pudełko z zapałkami nie leżało na swoim miejscu.
 Jak było z Bieszczadami, tego do końca nie dowiemy się nigdy. Czy sprawny był silnik
- na polskich jachtach, niestety, dość często kapryszący element wyposażenia? Czy ekran radarowy działał właściwie? Niesolidnie z pewnością pełniono wachtę, skoro tankowiec zauważony został w ostatniej chwili. Całe szczęście, że otwarła się tratwa ratunkowa, do której zdążyła wskoczyć Małgorzata, bo to urządzenie, zwłaszcza wiekowe, także bywa zawodne.
 - Wydaje mi się, że Izba Morska orzeknie winę obustronną
- twierdzi kpt. Kuliński. - Na tankowcu też zaniedbano uważnej obserwacji, choć o 5.30 rano było już jasno. Z pokładu wysokości czwartego piętra można było łódź zobaczyć gołym okiem.
 Prawidło 18/a/4 _Prawa Drogi _mówi, że statek o napędzie mechanicznym jest zobowiązany ustąpić z drogi statkowi żaglowemu. Ale z kolei prawidło 17/a/2 podkreśla, że skipper żaglowca jest zobowiązany do ustąpienia z drogi, jeśli statek o napędzie mechanicznym nie podejmuje działania zapobiegającego zderzeniu. Oba te przepisy w zestawieniu z sobą brzmią idiotycznie i wynika z nich jedna zasada: jacht, jako jednostka nie mająca żadnych szans przetrwania w kolizji, powinien na widok dużego statku natychmiast uciekać, choćby w kierunku przeciwnym swemu docelowemu kursowi.
 Tyle tylko, że pędzący okręt trzeba odpowiednio wcześnie zobaczyć, a na _Bieszczadach _się z tym spóźniono.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie