Klątwa Zbigniewa Święcha

PONI
Zbigniew Święch 44 lata temu (rok 1968). - Znajomi mówili na niego "beautiful" - wspomina jego przyjaciel Leszek Mazan. Fot. Adam Karaś
Zbigniew Święch 44 lata temu (rok 1968). - Znajomi mówili na niego "beautiful" - wspomina jego przyjaciel Leszek Mazan. Fot. Adam Karaś
Udostępnij:
Dziennik Polski: Katarzyna PonikowskaTego dnia obudził mnie kolega, który poszedł rano do kiosku po fajki. Było około godziny 9 rano. - Stary, nie wiedziałem, że jesteś dziennikarzem... - krzyczał kolega od progu, który oprócz papierosów kupił sobie gazetę na poranną prasówkę.

Zbigniew Święch 44 lata temu (rok 1968). - Znajomi mówili na niego "beautiful" - wspomina jego przyjaciel Leszek Mazan. Fot. Adam Karaś

SYLWETKI. Zasłynął m.in. trylogią "Klątwy, mikroby i uczeni" oraz książkami o czakramie wawelskim. Ze Zbigniewem Święchem i jego żoną Romą Habowską spotkaliśmy się w 50-lecie jego debiutu na łamach "Dziennika Polskiego".

- Bo nie jestem - wycedziłem zaspany. - Jak to nie? Stary, zobacz, co napisali! - kontynuował, wciskając mi do ręki "Dziennik Polski". Rzeczywiście, na jednej z czołówek zobaczyłem swój pierwszy artykuł.

Do redakcji wszedł prosto z ulicy

Zbigniew Święch do tej pory pamięta ten dzień, choć było to 50 lat temu. 4 kwietnia 1962 roku został dziennikarzem!

Jak twierdzi, trochę z przypadku. Tak przynajmniej powstał tekst "Żółty głos". Pan Zbigniew już dziś nie wie, jak trafił na ten temat. Jedno jest pewne, postanowił pomóc podopiecznym Państwowego Zakładu Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych przy ul. Józefińskiej. Poszedł, obejrzał warunki, w jakich się uczą i mieszkają, napisał tekst.

Z ulicy wszedł do redakcji "Dziennika Polskiego" i po prostu zostawił artykuł.

- Pomyślałem: wydrukują, to dobrze. Nie wydrukują - trudno - wspomina. Wydrukowali, a on tematu nie odpuścił. Był uparty, spotykał się z urzędnikami, przekonywał. Kilka lat później niewidomym dzieciom wybudowano nowy gmach przy ul. Tynieckiej.

- To człowiek wielkich pasji, który nigdy nie odpuszcza wytyczonego przez siebie celu - podkreśla Roma Habowska, żona Zbigniewa.

Potem poszło już łatwiej. Młodego chłopaka całkowicie pochłonęło dziennikarstwo. W "Dzienniku Polskim" współtworzył "Kolumnę Studencką", a w 1964 dostał pracę jako reporter i publicysta w "Echu Krakowa". Po sześciu latach przeniósł się do Telewizji Kraków. W międzyczasie współpracował z "DP", "Gazetą Krakowską", "Przekrojem" czy "Polityką".

Prowadził audycje telewizyjne i robił filmy dokumentalne m.in. o historii sztuki (z okazji 50-lecia co niedzielę w TV Kraków o godz. 17.25 można oglądać filmy Święcha sprzed 33 lat).

Jako dziennikarz przepracował 40 lat. Ale przełomem w jego życiu był film "Requiem dla króla", który realizował na Wawelu wspólnie z Adamem Bujakiem. Uczestniczył między innymi w powtórnym pochówku Kazimierza Jagiellończyka.

Kiedy badacze otwartego grobu zaczęli umierać, Święch rozpoczął zbieranie materiałów do książki. Tak powstała trylogia "Klątwy, mikroby i uczeni".

- Dzięki tym książkom o Kazimierzu Jagiellończyku pisała prasa całego świata. Wzrosła ilość turystów na Wawelu. Powinno mu się za to postawić pomnik. Tymczasem zabroniono mu wstępu na Wawel, oskarżając go, że jego książki to tania sensacja i szarganie świętości - zauważa Leszek Mazan, przyjaciel Święcha, starszy od niego o rok. - A nic tak nie ożywia historii jak anegdota, a Święch kocha angdotę - dodaje.

Połączyła ich whisky i wspólna praca

W trakcie zbierania materiałów do trylogii "Klątwy, mikroby i uczeni" pisarza niezwykle zainteresowała postać Królowej Jadwigi. To doprowadziło do kolejnej publikacji "Budzenie Wawelskiej Pani Królowej Jadwigi".

Postać świętej wpłynęła na całe życie Święcha. I nadal wpływa...

Jak podkreśla Mazan, Święch zaczynał karierę w Tarnowie. - W liceum rywalizował z Jerzym Piekarczykiem (późniejszym redaktorem "Przekroju") o rolę Wacława w "Zemście". Obaj byli przystojnymi chłopcami. Ostatecznie Święch wygryzł Piekarczyka - opowiada krakauerolog.
Potem Święch studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim polonistykę. Jego o trzy lata starszym kolegą był Franciszek Ziejka.

- W Żaczku wszyscy mówili na niego "beautiful". Był kobieciarzem, przyciągał do siebie damy - wspomina Mazan, który poznał Zbigniewa właśnie w akademiku.

Do dziś pamięta miłość Święcha do Ewy Demarczyk: - Kiedy rozwaliła się samochodem i trafiła do szpitala, Zbyszek chciał jej dać znać, że ją kocha, ale nie wiedział, w którym szpitalu leży. Wysłał telegram. Adres: "Do Ewy Demarczyk. Bóg wie gdzie". Po jakimś czasie dostał odpowiedź od Ewy: "Bóg wiedział".

Sam Zbigniew Święch przyznaje, że trochę kobiet przewinęło się przez jego życie. Ale to Roma jest tą jedyną. - To genialna baba. Po co były mi te wszystkie inne kobiety - zastanawia się.

Z Romą Habowską poznali się w noc sylwestrową 1988/89 na przyjęciu w Piwnicy Pod Baranami.

- Czy pani lubi whisky? - usłyszała. Lubiła. Od tej chwili są nierozłączną parą. Kilka miesięcy po pierwszym spotkaniu dostała propozycję zostania dyrektorem autorskiego Wydawnictwa im. Warneńczyka Zbigniewa Święcha.

Mieli po 60 lat, kiedy się pobrali. Wesele odbyło się w gronie najbliższych osób w Hotelu Francuskim.

Bolesna diagnoza: udar mózgu

Połączyła ich między innymi praca. Ona - historyk sztuki, pracowała w archiwach, przy dokumentacji jego książek. Organizowała spotkania autorskie i wyjazdy. On - dziennikarz i pisarz, zajmował się pisaniem i prelekcjami. Wygłosił ponad 200 wykładów w Polsce i za granicą, między innymi w Argentynie czy Nowym Jorku. Nigdy nie miał ani jednej ściągi. Zawsze wszystko mówił z pamięci piękną polszczyzną.

Czasem spędzali w trasie nawet 2-3 tygodnie.

- Zbyszek jest ciepłym człowiekiem. Potrafił zdjąć ze mnie masę kompleksów, które nosiłam, jak się poznaliśmy. Pozwolił mi uwierzyć we własne siły i możliwości - zdradza Roma Habowska.

Wspólną pracę brutalnie przerwała choroba. Oboje doskonale pamiętają ten dzień. 4 marca 2010 roku. Byli akurat w Ośrodku Pracy Twórczej Ministerstwa Kultury i Sztuki w Radziejowicach, trzy godziny po wykładzie w Pruszkowie. - Poczułem, że nie mogę się ruszać, ani w prawo, ani w lewo. Upadłem na ziemię i straciłem przytomność - wspomina pan Zbigniew.

Trafił do szpitala w Grodzisku Mazowieckim. Jego stan był bardzo ciężki. Diagnoza: udar mózgu.

Roma: - Lekarze powiedzieli, że jeżeli mąż przeżyje, to do końca życia grozi mu całkowity paraliż. Powiedzieli, że mają lek, który albo mu pomoże, albo przyspieszy zgon. Dali mi trzy minuty, żeby podpisać oświadczenie. Podpisałam. Uznałam, że to jedyna szansa dla człowieka, który tak czynnie żył i brał udział w tylu programach. Bałam się okropnie. Trzymałam czyjeś życie w rękach i musiałam o nim zadecydować. Nie wiem, jakie byłoby moje życie, gdyby się nie udało. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie męża w łóżku, podłączonego do aparatury.

Organizatorka spotkań została wykładowcą

 

Choroba sprawiła, że przez rok praktycznie nie pracowali. Wydrukowane wcześniej książki leżały i czekały. Nie miał ich kto promować.

W końcu żona Zbyszka Święcha postanowiła się przełamać i sama zaczęła prowadzić spotkania, mimo iż nigdy wcześniej tego nie robiła.

- To było dla mnie ogromne wyzwanie. Przeżywałam to strasznie, ale to była jedyna szansa na umożliwienie mężowi powrotu do kontaktów z ludźmi i pomoc w sprzedaży książek - nie ukrywa.

Żyje dzięki wstawiennictwu?

Zbigniew Święch długo w ogóle nie mówił. Na szczęście pomogła terapia.

Od trzech miesięcy jest dużo lepiej. Wierzy, że żyje dzięki wstawiennictwu św. Jadwigi. - To zdumiewające, ale czuję, że ona się mną opiekuje. Zawsze kiedy zwracam się do niej w trudnych sytuacjach, ona mi pomaga - mówi. Nie dba o to, że niektórzy twierdzą, że to dziwactwo.

Również przyjaciele nie uważają go za dziwaka. - Dobrze jest mieć za sobą świętego, który pilnuje naszych interesów w niebie - podkreśla Mazan.

Mimo że Święchowi nadal brakuje słów i wciąż ma spore trudności z czytaniem i pisaniem, wierzy, że za pół roku będzie jeszcze lepiej.

- Zbyszek ma cechę, która pozwala mu żyć, szczególnie teraz podczas tej ciężkiej choroby. To nieprawdopodobny optymizm, którego każdy może mu pozazdrościć - mówi Roma.

Katarzyna Ponikowska

[email protected]

ZBIGNIEW ŚWIĘCH - pisarz i dziennikarz.

Urodził się 9 lutego 1943 roku w Tarnowie. W 1966 skończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim, a kilka lat później reżyserię na PWSTiF w Łodzi. Pracował jako dziennikarz prasowy i telewizyjny. W 1982 zaczął pracę w Kierownictwie Odnowienia Zamku Królewskiego na Wawelu. Autor takich książek jak trylogia "Klątwy, mikroby i uczeni" (t. I "W ciszy otwieranych grobów", 1989; t. II "Wileńska klątwa Jagiellończyka", 1993; t. III "Ostatni krzyżowiec Europy. Oddychający sarkofag Warneńczyka", 1995), "Budzenie wawelskiej pani Królowej Jadwigi", "Czakram wawelski, największa tajemnica wzgórza" czy "Dlaczego Fleming przewraca się w grobie". Święch jest laureatem kilkudziesięciu nagród i wyróżnień. W 1999 został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

(PONI)

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

54321
W 2000 i ostatnia najzimniejsza Wigilia pojawiła się 2002 roku, kiedy to w ciągu dnia na wschodzie Polski temperatura wzrosła maksymalnie do minus 13 stopni, a o poranku spadła do aż minus 23 stopni. Niebo było jednak błękitne, a na ziemi leżało dosyć sporo śniegu, zwłaszcza na Mazurach i Podlasiu.

Dzwon nie odezwał się na Wielkanoc 1939 roku. Istniał taki zwyczaj, że najpierw bił dzwon, potem śpiewano Te Deum Laudamus, następnie ponownie rozlegał się dzwon. A wtedy Zygmunt zadzwonił tylko raz, a w dodatku nie odśpiewano Te Deum... Mówił mi o tym ks. prałat Kazimierz Figlewicz: nie wiadomo, dlaczego tak się wydarzyło, natomiast wiadomo, co nastąpiło za kilka miesięcy!
Jedna z wawelskich legend mówi, że w noc wigilijną - po usłyszeniu dzwonu - zbierają się w kryptach nasi królowie na naradę o stanie państwa. Ponieważ stan państwa naszego przy końcu roku 2000 był fatalny i trwały “swary piekielne” tłumaczyłem publicznie, że fakt milczenia dzwonu ma związek z nędzą życia polityczno - gospodarczego. Zygmunt przestrzega Polskę - mówiłem. Zygmunt żąda, abyśmy się zastanowili i opamiętali! Ale co naprawdę chciał nam przekazać, zapewne niebawem się dowiemy.
Nerwowo mijały dni i nadeszła Noc Sylwestrowa 2000/2001. Podczas wielkiej zabawy na Rynku Krakowskim wystąpił jasnowidz Michał Kaszowski. Zapytany, co czeka świat w 2001 roku odrzekł:
- We wrześniu zacznie się wojna od zburzenia dwóch wież, znacznie wyższych niż te z Mariackiego Kościoła. Usłyszały to tysiące podchmielonych ludzi. Zachowała się taśma. Potem życie wróciło do normy... Ale 11 września 2001 roku spełniło się proroctwo Michała Kaszowskiego. Świat zamarł z przerażenia...
Dodaj ogłoszenie