Klęska demokratów

Nowy Jork
W tegorocznych wyborach demokraci znowu ponieśli dotkliwą klęskę. Przegrali nie tylko rywalizację o Biały Dom, ale także o to, która z partii będzie kontrolować Kongres.

   George W. Bush został prezydentem na następną kadencję, a jego partia zachowa - wszystko na to wskazuje - większość w Senacie i Izbie Reprezentantów. Oznacza to, że republikanie w dalszym ciągu dominować będą w życiu politycznym Stanów Zjednoczonych.
   Podobnie jak przed czterema laty, także obecnie wybory prezydenta USA nie były pozbawione dramatyzmu. Mocno podzielone społeczeństwo, i skomplikowany system elektorski sprawiły, że Amerykanie nie od razu dowiedzieli się, kto będzie ich przywódcą na następne cztery lata.
   Jakkolwiek inaczej niż cztery lata temu, tym razem George W. Bush znów zdobył większe niż kandydat demokratów John Kerry poparcie społeczeństwa. Wczoraj rano brakowało mu jeszcze 16 z niezbędnych 270 głosów elektorskich, by odtrąbić zwycięstwo. Nie od razu rozstrzygnięta rozgrywka w Ohio spowodowana była liczeniem tzw. warunkowych kart obywateli uprawnionych do głosowania, którzy z różnych względów nie znaleźli się na listach wyborczych. Po początkowych wahaniach i zapowiedziach obozu Johna Kerry'ego o walkę o głosy - demokratyczny kandydat ostatecznie ustąpił.
   Prezydent Bush, mimo kłopotów w Iraku, niezakończonej walki z terroryzmem, a także kulejącej gospodarki znaczonej ogromnym deficytem i kurczącą się liczbą miejsc pracy, potrafił zapewnić sobie poparcie. "Zdobył więcej głosów - jak stwierdził szef personelu Białego Domu Andrew Card - aniżeli jakikolwiek kandydat na prezydenta w historii naszego kraju". Jeśli to stwierdzenie jest prawdziwe, było to możliwe także dzięki dużej frekwencji wyborczej, przekraczającej 60 proc. uprawnionych do głosowania. Widocznie po awanturze wyborczej w roku 2000 na Florydzie Amerykanie chcieli być tym razem pewni, że wybór nowego przywódcy rzeczywiście odzwierciedli wolę narodu, tak licznie podążyli do głosowania.
   Tak duża frekwencja była również rezultatem agresywnej agitacji obydwu partii. Zwłaszcza demokraci chwalili się zmobilizowaniem dużej liczby Amerykanów, którzy wcześniej nie kwapili się z pójściem do głosowania. Jak się jednak okazuje, republikanie także nie zasypiali gruszek w popiele. Ich zdaniem na jednego nowego wyborcę demokratycznego przypadał jeden republikański. Prezydent i jego ekipa przyciągnęli znowu konserwatywnych wyborców twardym stanowiskiem wobec małżeństw homoseksualistów i aborcji.
   Wydaje się, że republikanie zdołali przekonać nie tylko swoich konserwatywnych zwolenników, ale też większość elektoratu, zapewnieniem, iż bardziej niż ich rywale pielęgnować będą ważne dla wielu wyborców amerykańskich wartości moralne.
   Swoje zwycięstwo Bush niewątpliwie zawdzięcza również ciągłemu podkreślaniu, że jest "prezydentem czasów wojny". Po tragicznych wydarzeniach z 11 września 2001 roku w Stanach Zjednoczonych nie ustały obawy przed zagrożeniem terrorystycznym. Republikanom udało się połączyć ataki terrorystyczne na nowojorskie World Trade Center i Pentagon z inwazją na Irak. Potrafili skutecznie przekonać społeczeństwo, że to właśnie ludzie obecnego prezydenta - a nie demokratyczni rywale - są tymi, którzy obronią naród. Przestrzegali, że "podczas przekraczania rzeki nie zmienia się koni". Zneutralizowali zarzuty o nieuzasadnione wszczęcie interwencji w Iraku, chociaż nieprawdziwy okazały się jej główny powód: dysponowanie przez Saddama Husjana bronią masowego rażenia. Umiejętnie wykorzystywali także wyrwane nieraz z kontekstu wypowiedzi Kerry'ego, sugerując, że jest politykiem chwiejnym, często zmienia zdanie i gotów jest przystać na to, aby o bezpieczeństwie Amerykanów decydowali zagraniczni przywódcy.
   Kerry, który przecież w odróżnieniu od Busha brał udział w wojnie w Wietnamie i wywiązał się ze służby z honorem, nie całkiem zdołał zdjąć z siebie narzuconej przez politycznych rywali odmy człowieka słabego. Z drugiej zaś strony, nie licząc retoryki, nie potrafił dotrzeć do szerokich mas z programem posunięć gwarantujących poprawę gospodarki, a co za tym idzie życia Amerykanów. Kosztowało go to prezydenturę.
ANDRZEJ DOBROWOLSKI (Nowy Jork)

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3