reklama

Kłódka na szkolnej bramie

RedakcjaZaktualizowano 
Nakłady na edukację w Polsce lokują nas na końcu wśród państw europejskich. Zwolennicy oszczędzania na wynędzniałej polskiej edukacji winni się zastanowić, co robią.

JERZY LACKOWSKI

JERZY LACKOWSKI

Nakłady na edukację w Polsce lokują nas na końcu wśród państw europejskich.

Zwolennicy oszczędzania na wynędzniałej polskiej edukacji winni się zastanowić, co robią.

   Mała Szafarnia na Kujawach stała się wręcz klasycznym przykładem ostrego konfliktu społecznego związanego z likwidacją szkoły. Cała batalia rodziców ilustruje, jak bardzo polska szkoła jest instytucją zdominowaną przez administrację. U progu trzeciej niepodległości jednym z głównych zadań, jakie należało przeprowadzić w polskiej oświacie, było odebranie szkoły państwowej biurokracji i przekazanie jej obywatelom. Dzisiaj można stwierdzić, że to zadanie w dużej mierze ciągle jest przed nami.
   W Szafarni od prawie dwóch lat trwa konflikt wynikający z podjętej przez władze gminy decyzji o likwidacji niewielkiej, liczącej ok. 30 uczniów, szkoły podstawowej. Z tą decyzją nigdy nie pogodzili się rodzice uczniów. Przez jakiś czas szkoła działała nielegalnie, nauczyciele prowadzili zajęcia społecznie, na zakończenie roku szkolnego dzieci zdawały przed kuratoryjną komisją egzaminy klasyfikacyjne. Zakończyły się one dla nich dużym sukcesem, w ich trakcie okazało się, iż wychowankowie "nielegalnej" szkoły bardzo dobrze opanowali wynikającą z podstawy programowej wiedzę i umiejętności. Jeszcze raz potwierdziła się teza, iż nie tyle ważna jest szkolna instytucja, ile nauczyciel mądrze wykonujący swoje zadania.
   Na początku bieżącego roku szkolnego zalegalizowano działanie szafarskiej placówki. Jednak radość lokalnej społeczności trwała krótko, gdy nastał sezon likwidacji szkół (styczeń - luty każdego roku). Decyzja gminnych władz spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem mieszkańców Szafarni, którzy rozpoczęli okupację szkolnego budynku, a ich dzieci przestały uczestniczyć w zajęciach. Równocześnie wystąpili do wójta gminy z propozycją uruchomienia w miejsce likwidowanej szkoły placówki prowadzonej przez założone przez nich stowarzyszenie.
   Wójt zdecydowanie odrzucił możliwość nieodpłatnego użyczenia stowarzyszeniu obiektu oświatowego. Natomiast konflikt z rodzicami postanowił rozwiązać przy pomocy policji, która zmusiła ich do opuszczenia szkolnego budynku, co jeszcze bardziej zaogniło sytuację. W tej chwili najbardziej poszkodowane są dzieci, które nie uczęszczają na zajęcia.
   Warto zauważyć, że obie strony konfliktu nieustannie stwierdzają, że wszystkie ich działania służą dobru dziecka. Każdy obserwator szafarskich wydarzeń musi jednak odnieść wrażenie, iż edukacja dzieci już dawno w tym konflikcie zeszła na dalszy plan.

Zaniedbania

ministra edukacji

   U podstaw podejmowanych przez lokalne władze decyzji likwidacyjnych leżą problemy finansowe samorządów oraz wzrastające wraz ze spadkiem liczby uczniów koszty działania szkół. Dodatkowo sytuację komplikuje brak precyzyjnych zasad organizacji szkół, do przygotowania których zobligowany jest minister edukacji. Owe zasady winny określić, w jakim zakresie samorządy mogą liczyć na pomoc z budżetu państwa na realizowane przez siebie zadania oświatowe. Minister zobowiązany jest do ustalenia średniej liczby uczniów w klasie (oddzielnie dla szkół miejskich i wiejskich).
   Projekty odpowiednich rozporządzeń kilkakrotnie były przygotowywane, nigdy nie wychodząc poza obszar projektów. Najczęściej proponowano, aby średnia liczba uczniów w szkole miejskiej wynosiła 26, a wiejskiej 18. Wprowadzenie standardów organizacyjnych zobowiązywałoby autorów subwencji oświatowej do skorelowania jej z nimi. W gminach, w których oświata zorganizowana byłaby zgodnie z nimi, subwencja winna w pełni zabezpieczać jej funkcjonowanie. Można stwierdzić, że standardy organizacyjne wyznaczałyby zakres odpowiedzialności państwa za edukację jego najmłodszych obywateli.
   Oczywiście należało podjąć rzetelną dyskusję na temat średniej liczby uczniów w klasach, jak również rozważyć, czy w terenach górskich nie powinna być wprowadzona niższa, np. wynosząca 12 średnia liczba uczniów w klasie. Jednak zamiast trudu dyskusji i następnie opracowania zasad organizacji pracy szkół ludzie odpowiedzialni aktualnie za polską edukację postanowili wystąpić z propozycją nowelizacji prawa oświatowego znoszącą ten obowiązek ministra. W ten oto sposób aktualna minister edukacji uchyla się od realizacji swoich zadań, nie wyznaczając bardzo ważnych elementów wpływających na politykę edukacyjną państwa.
   W efekcie tego zabiegu samorządy pozostawione są bez precyzyjnych zasad, na których mogłyby oprzeć swoją politykę oświatową, jak również pozbawione istotnego argumentu w dramatycznych sporach o kształt gminnej sieci szkolnej. Równocześnie broniący szkół rodzice całą winą za likwidacyjne decyzje obarczają lokalne władze. Natomiast władze oświatowe pozostają w tle, zachowując się najczęściej biernie. Tymczasem większość problemów gminnej oświaty generowana jest w zaciszu rządowych gabinetów, a działający w imieniu rządu kuratorzy oświaty, wyposażeni w możliwość sprzeciwu wobec decyzji likwidacji szkół i placówek oświatowych, nie potrafią właściwie korzystać z posiadanych kompetencji.

Czy można

uniknąć likwidacji?

   Można zrozumieć, że próbujące poprawić trudną sytuację finansową gmin władze samorządowe szukają możliwości oszczędzania. Szkoda jednak, że bardzo często owe poszukiwania zaczynają się i kończą na edukacji. Zdecydowanie rzadziej dotykają np. rozmaitych struktur lokalnej administracji. Równocześnie działania władz samorządowych, związane z likwidacją szkół, często mają charakter dyktatu w stosunku do szkolnej społeczności. Nie są to decyzje poprzedzone rzetelną próbą przekonania ludzi bezpośrednio szkołą zainteresowanych do ich konieczności.
   Podejmując decyzje likwidacyjne, władze samorządowe powinny zapewnić szkole, do której mają trafić dzieci z placówki likwidowanej, lepszą ofertę edukacyjną, dobrze zorganizowany, bezpieczny dowóz do nowej dla dzieci szkoły, jak również możliwość ciekawego spędzania przez uczniów czasu pozalekcyjnego w trakcie oczekiwania na odjazd szkolnego autobusu czy też na rozpoczęcie lekcji. To zawsze podstawowy pakiet warunków, od spełnienia których winien uzależniać swą zgodę na likwidację placówki kurator oświaty.
   Również mający zaufanie do lokalnej władzy rodzice są skłonni do akceptacji takich decyzji, gdy owe warunki są spełniane. Fundamentalnym warunkiem zgody rodziców jest wiarygodność rządzących i ich umiejętność uczciwej dyskusji z obywatelami. Jest w Polsce wiele gmin, które przeszły przez trudną operację reorganizacji szkolnej sieci bez dramatycznych społecznych konfliktów. W każdej z nich pamiętano jednak o poważnym traktowaniu obywateli. Natomiast tam, gdzie lokalne władze traktują obywateli jak dzieci, mamy do czynienia z przypadkami przypominającymi w mniejszym lub większym zakresie konflikt w Szafarni.
   Najlepszym rozwiązaniem problemów związanych z likwidacją szkół jest ich przejmowanie przez obywatelskie stowarzyszenia, tworzone najczęściej przez rodziców i nauczycieli. Zjawisko to znane jako Ruch Małych Szkół objęło całą Polskę, budując nie tylko nową jakość oświatową, ale również znakomicie wpływając na powstawanie społeczeństwa obywatelskiego.
   Od 1999 roku powstało w Polsce kilkaset takich szkół i poza kilkoma przypadkami stały się one przykładami autentycznych sukcesów oświatowych. Najczęściej są to placówki zajmujące się pierwszymi fazami dziecięcej edukacji. Małe szkoły powoływane na bazie likwidowanej szkoły samorządowej działają w oparciu o otrzymywane z budżetu państwa za pośrednictwem gminy pieniądze, będące iloczynem liczby uczniów szkoły oraz wynikającej z subwencji oświatowej kwoty przypadającej na kształcenie pojedynczego ucznia w danego typu szkole. Mieszczą się w użyczanych bezpłatnie przez gminy stowarzyszeniom obiektach likwidowanych szkół.
   Tajemnica ich tańszego niż w przypadku szkoły samorządowej działania tkwi w innym sposobie organizacji pracy. Otóż działają one zgodnie z regułami szkół niepublicznych, nie stosując np. większości rozwiązań wynikających z Karty Nauczyciela. W przeciwieństwie do klasycznych szkół niepublicznych zapewniają swoim uczniom bezpłatną ofertę edukacyjną. Ich przykład pokazuje, że odchodząc od sztywnych zasad działania oświaty publicznej, można zapewnić dzieciom równie dobrą, a często lepszą ofertę edukacyjną za mniejsze pieniądze.
   W czasie, gdy konieczność racjonalizacji wydatków publicznych staje się jednym z podstawowych polskich problemów, warto z uznaniem zauważyć mądrą pracę ludzi tworzących rzeczywistość owych placówek. Trzeba podkreślić jedną rzecz; otóż małe szkoły są przykładem innego niż wcześniej podejścia do problemów oświatowych, zamiast rozważać problem działania instytucji zwanej szkołą publiczną, ich twórcy koncentrują swoją uwagę na zapewnieniu dzieciom nauczania, dopasowując formułę, w jakiej to się odbywa, do możliwości finansowych. Warto także zauważyć, że właśnie małe szkoły są prawdziwym przykładem uspołeczniania polskiej oświaty.
   Dotychczas zdecydowana większość propozycji poprowadzenia szkoły przez obywatelskie stowarzyszenia spotykała się z akceptacją lokalnych władz. Niestety, Szafarnia pokazuje, że może być inaczej i wówczas rodzice zaczynają być praktycznie bezradni.

Prawa rodziców

   Warto wreszcie zdać sobie sprawę, że rodzice w Polsce mają niewielki wpływ na miejsce nauki dziecka w publicznej szkole podstawowej i gimnazjum. Decydujące znaczenie ma miejsce zamieszkania dziecka i związany z nim szkolny obwód. Równocześnie po likwidacji szkoły to urzędnicy wyznaczają dzieciom nowe miejsca do nauki. Ruch Małych Szkół jest nie tylko sprzeciwem rodziców wobec likwidacji szkół, ale również przejęciem z rąk administracji prawa decydowania o miejscu nauki dziecka.
   Trzeba uświadomić wszystkim, że ustalana corocznie w subwencji oświatowej kwota wyznaczająca średnie koszty kształcenia ucznia w danym typie szkoły to pieniądze, o sposobie wykorzystania których (oczywiście na edukację swoich dzieci) winni decydować rodzice. Stąd też, jeżeli zakładają oni stowarzyszenie i chcą zorganizować szkołę w oparciu o te kwoty, to obowiązkiem ludzi sprawujących władzę jest im w tym nie przeszkadzać, albowiem owe pieniądze nie są pieniędzmi gminy, ale jej obywateli.
   Również obiekt szkolny nie stanowi własności gminnej władzy, ale jest własnością mieszkańców gminy. Dlatego nie można akceptować sytuacji, w której przedstawiciele władzy odmawiają rodzicom prawa do zorganizowania szkoły. Tak właśnie dzieje się w Szafarni; tamtejszy wójt próbuje pozbawić rodziców ich praw. Działający podobnie jak on przedstawiciele władzy w dalszym ciągu nie rozumieją prawa obywateli do decydowania o sposobie wydawania pieniędzy pochodzących z ich podatków.
   Tymczasem trzeba powtórzyć prawdę o fundamentalnym charakterze: gdy gmina nie może dokładać z lokalnego budżetu do kosztów funkcjonowania szkoły, a obywatele potrafią zorganizować jej pracę bez dodatkowych kosztów w oparciu o pieniądze pochodzące z subwencji, to należy im w tym pomóc, a nie przeszkadzać.
   Na marginesie warto zauważyć, że w systemie, w którym szkoły byłyby prowadzone przez lokalne stowarzyszenia, zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja związana z ewentualną likwidacją szkół. O ich losie decydowaliby ludzie bezpośrednio z nimi związani, a nie często nie rozumiejący ich problemów urzędnicy. Z całą pewnością ich decyzje byłyby bardziej akceptowane przez szkolne społeczności. W takim systemie rolą władz oświatowych byłoby czuwanie nad poziomem pracy szkoły i jej funkcjonowania, gdyby nie spełniała określonych wymagań jakości.
   W krańcowych sytuacjach zagrażających edukacyjnemu rozwojowi uczniów szkoła mogłaby być na pewien czas, związany z realizacją programu naprawczego, przejęta przez kuratora. Czyli normą byłaby szkoła prowadzona przez lokalne stowarzyszenia oświatowe, stanowiące autentyczne rady szkół, a sytuacją wyjątkową szkoła prowadzona przez strukturę administracyjną. Dzisiaj w Polsce jest dokładnie odwrotnie.
   Zdaję sobie sprawę, że taki model oświaty, realizowany zresztą m.in. w Stanach Zjednoczonych, jest odległy od naszej tradycji oświatowej, ale równocześnie obserwując problemy zarządzanego przez administrację szkolnictwa i skuteczne funkcjonowanie takich systemów na świecie warto podjąć trud jego wprowadzenia również w Polsce. Wówczas rzeczywiście państwo odgrywać będzie rolę pomocniczą i przyjazną dla obywatela, nie roszcząc sobie praw do decydowania o większości jego spraw.
   Chcąc określić przypadające na jednego ucznia koszty, musimy znać zasady organizacji pracy naszych szkół i wokół nich powinna toczyć się corocznie ożywiona dyskusja, gdyż ich ustalenie byłoby podstawą do prowadzonej w kraju polityki oświatowej. Z nich również wynikałyby kwoty na edukację pojedynczego ucznia zapewniane przez budżet państwa. Za politykę oświatową państwa odpowiada minister edukacji, który jednak tego problemu stara się nie zauważać. Równocześnie prowadzona w Polsce polityka oświatowa zakłada jedynie iluzoryczny wpływ rodziców na losy szkoły; m.in. dlatego tak dramatycznie wyglądają wybuchające wokół zamiarów likwidacji szkół konflikty. Nie mający realnego wpływu na te decyzje, rodzice podejmują bardzo spektakularne akty protestu.

Likwidacje szkół nie uratują gminnych budżetów

   Muszę ze smutkiem stwierdzić, iż obserwując polską rzeczywistość lokalną, można odnieść wrażenie, że oświata stanowi ogromny kamień, który wciąga samorządy w topiel finansowej katastrofy. Nieustannie słychać głosy o możliwości oszczędzania na niej, gdyż przecież mamy niż demograficzny.
   Tymczasem nakłady na edukację w Polsce lokują nas na końcu wśród państw europejskich. Zwolennicy oszczędzania na wynędzniałej polskiej edukacji winni zastanowić się nad amerykańskim przykładem. Otóż w latach 80. liczba dzieci w amerykańskich szkołach publicznych zmniejszyła się o 7 proc., a nakłady na edukację publiczną wzrosły w tym okresie w USA o 396 proc. Oczywiście Polska to nie Stany Zjednoczone, ale może warto zachować trochę rozsądku w nawoływaniu do likwidacji kolejnych szkół.
   Równocześnie prawdziwe, nie ograniczające oferty edukacyjnej dla dzieci oszczędności można znaleźć zmieniając zasady organizacji pracy naszych szkół. Sądzę, że to właśnie winien być kluczowy dla przyszłości polskiej oświaty kierunek działań.
   
Autor był wieloletnim
kuratorem oświaty w Krakowie.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3