reklama

Kobieta fatalna

RedakcjaZaktualizowano 
Ziąb przenikliwy, pochmurno, zimowo. Za oknem świat w stanie permanentnego kryzysu; jednym słowem - depresja. Zmieńmy więc klimat i epokę. Przenieśmy się do Wenecji sprzed stu laty, w czasy "la belle epoque", do najbardziej niezwykłego z niezwykłych miast, w którym karnawał zdaje się trwać cały rok, do którego ściągają arystokratyczne i finansowe elity niemal z całego świata. Wmieszajmy się na moment w ten próżniaczy i pozornie beztroski tłum wytwornych panów i eleganckich dam spacerujących na Lido, sławnej nadmorskiej promenadzie Wenecji. Przyjrzyjmy się niektórym z nich; niebawem będziemy świadkami wydarzeń - nawet jak na przywykłą do towarzyskich skandali Wenecję - niezwyczajnych.

   Oto bohaterowie naszego dramatu. Mieszkający samotnie na stałe w Wenecji, we własnym pałacu, hrabia Kamarowski, Rosjanin, 42-letni właściciel wielkich dóbr ziemskich, od kilku tygodni wdowiec. Spacerami po Lido skraca czas oczekiwania na swoją kochankę, hrabinę Tarnawską, która spieszy ku niemu, przez Wiedeń, z Kijowa. Oto przystojny, dwudziestokilkuletni oficer rosyjski, Naumow. Mieszka od kilku dni nieopodal promenady, w hotelu Danieli, zapisany w księdze gości jako książę Prodowski. Krok w krok podąża za nimi, w towarzystwie dwóch tajniaków wynajętych w wiedeńskim biurze detektywistycznym, 40-letni postawny mężczyzna. Mieszka w apartamencie sąsiadującym z pokojem Naumowa, również w hotelu Danieli, gdzie przedstawił się jako finansista Zelfer z Wiednia. W rzeczywistości nazywa się Prilukow; jest, a właściwie był jeszcze przed kilku laty gwiazdą moskiewskiej palestry.
   Tych trzech mężczyzn łączy namiętna miłość do głównej postaci naszej opowieści, hrabiny Tarnawskiej, "la femme fatale". Urodziwa, blisko 30-letnia, ale wciąż jeszcze bardzo ponętna, Maria Mikołajewna, primo voto Tarnawska, urodziła i wychowała się w Rosji, ale pochodzi ze starej irlandzkiej rodziny O’Rourke; jej przodkowie na przełomie XVIII i XIX stulecia osiedli na rosyjskiej ziemi. Natura nie poskąpiła jej wdzięków - podtrzymywanych fortelami toalety i kokieterii - oraz temperamentu, oszczędzając jednak na cnotach charakteru. Maria Mikołajewna zmienia kochanków jak rękawiczki, pieniądze - cudze - wydaje z gestem szerokim jak carska Rosja. W końcu hrabia Tarnawski rozwiódł się z nią, wcześniej zastrzeliwszy kolejnego jej kochanka. Wolna już od małżeńskich więzów Maria Mikołajewna bez skrupułów zaczęła używać życia, polując na swe ofiary w salonach Moskwy i Petersburga. Związała się z Prilukowem, wziętym i dobrze zarabiającym moskiewskim adwokatem, który z miłości dla niej porzucił rodzinę, okradł swoich klientów i włóczył się z nią po szerokim świecie, od Paryża, po Monte Carlo, Berlina, Londynu, Wiednia, Wenecji... Gdy skończyły się pieniądze Prilukowa, wystygło i jej uczucie; w roli kochanka zastąpił go młody oficer Naumow; mecenas pozostał jako powiernik, zaufany doradca i inspirator kolejnych awantur.

   Roztrwoniwszy fundusze Prilukowa, hrabina zarzuciła sieci na kolejną ofiarę, hrabiego Kamarowskiego. Dojrzały już mężczyzna, żonaty, łatwo stracił dla niej głowę. Porzucił żonę i już nie odstępował zazdrośnie Tarnawskiej na krok, spełniając wszystkie jej zachcianki. Z czasem zapisał jej cały swój ruchomy majątek, ubezpieczył się też za jej namową na wypadek utraty życia na kwotę pół miliona koron w wiedeńskim towarzystwie asekuracyjnym "Anker". Tę firmę ubezpieczeniową wyszukał Prilukow, a wybrał dlatego, iż wypłacała odszkodowanie także w wypadku zamordowania ubezpieczonego.
   Latem 1907 roku Kamarowski po śmierci żony przeniósł się do Wenecji. Postanowił związać się ponownie, na stałe z Tarnawską. Śle więc tęskne wezwania do swej wybranki, do Kijowa. Hrabina obiecuje przyjechać do Wenecji z początkiem września; ale nie dotrzymuje słowa. Jeszcze za życia Kamarowskiego dotarła najdalej do Wiednia. Przed nią ruszają do naddunajskiej stolicy Prilukow i Naumow. Prilukow pierwsze kroki kieruje do Goldbergera, szefa znanej wiedeńskiej agencji detektywistycznej. Próbuje nakłonić go, by przyjął nietypowe zlecenie - włamanie do mieszkania pewnego arystokraty rosyjskiego w Wenecji. Rzekomo chce odzyskać kompromitujące kogoś dokumenty. W cichości liczy, iż podczas tej akcji uda się jemu lub Naumowowi zamordować Kamarowskiego, a trop śledztwa skierować na rzekomych rabusiów. Ale, mimo iż Prilukow proponuje wygórowane honorarium, przezorny, doświadczony Goldberger odmawia. Nie chce też słyszeć o wariancie awaryjnym, który przedstawia namolny klient - by agenci jego firmy uśpili owego arystokratę za pomocą narkotyzowanego papierosa.
   Ostatecznie Prilukow wynajmuje dwóch ludzi w innym podrzędnym biurze detektywistycznym i wraz z nimi i Naumowem rusza do Wenecji. Agenci śledzą każdy krok Kamarowskiego. Prilukow wysyła depeszę do Kijowa; odpowiedź, szczyt cynizmu i kokieterii, którą potem w rzeczach mecenasa znajdzie policja, nadchodzi bezzwłocznie: "Wszystko, co uczynisz, będzie dobre". Tymczasem Naumow szykuje się do zbrodni. Jest nieprzytomnie zazdrosny o Marię Mikołajewnę; ta utrzymuje go w przekonaniu, iż tylko dla pieniędzy - co akurat jest prawdą - darzy względami podstarzałego zalotnika, a kocha tylko jego Naumowa - co prawdą, jak się domyślamy, już nie jest. Hrabina kocha tylko siebie i pieniądze, ale Naumow jest, jak każdy zakochany, beznadziejnie naiwny. I porywczy - gotów więc zabić rywala, by zatrzymać kochankę na wyłączność dla siebie.
   Wczesnym rankiem 17 września opuszcza hotel. W kieszeni płaszcza kurczowo zaciska palce na rękojeści 5-strzałowego rewolweru. Za chwilę wtargnie do pałacu hrabiego, do jego sypialni. Ręka drży z emocji, oczy zachodzą mgłą, strzały są mało celne. Ale ranią hrabiego, śmiertelnie. Skonał kilka dni potem w szpitalu. Wcześniej każe wysłać telegram do Marii Mikołajewnej, która jest już w Wiedniu: "Przyjeżdżaj natychmiast". Ale hrabina najpierw kontaktuje się z Prilukowem - który pod nazwiskiem Nerson mieszka teraz w hotelu Monaco - i czeka na jego instrukcje. Prilukow zawiadamia, iż Naumow został zatrzymany przez karabinierów w Weronie i odstawiony do weneckiego więzienia, położonego obok pałacu Dożów, z którym łączy go najsławniejszy z weneckich mostów - Ponte dei Sospiri, Most Westchnień. Przez niego wiodła przed stuleciami ostatnia droga skazańców.
   Załamany nerwowo Naumow rozpłakał się na wiadomość o śmierci swej ofiary. Zaczyna zeznawać. Nazajutrz hrabina nie otrzymała już meldunku od Prilukowa, on także został aresztowany. Kilka dni potem policja wiedeńska zapukała do apartamentów Tarnawskiej. W drodze był już wniosek władz włoskich o jej ekstradycję. Ojciec hrabiny, wezwany niezwłocznie z Moskwy, wraz z adwokatami czynili starania, by temu zapobiec i domagali się odesłania sprawców zbrodni do Rosji. Liczyli, iż tam, dzięki koneksjom, sąd będzie bardziej łaskawy, a może nawet uda się sprawie ukręcić łeb. Te nadzieje spełzły jednak na niczym. Z początkiem listopada hrabina wsiadła na wiedeńskim Südbahnhofie do udającego się do Wenecji pociągu. Wymogła tylko tyle, iż podróżowała II klasą, w asyście ubranych po cywilnemu funkcjonariuszy policji, a nie pod strażą żandarmów; zgodzono się też, by towarzyszyła jej guwernantka Francuzka, panna Perrier. Wenecka ława przysięgłych uznała ją winną współudziału w zbrodni i skazała na dożywotnie więzienie.

   Kilka lat potem "la belle epoque" dobiegła swego kresu. W Europie zagrzmiały działa, przygasło weneckie Lido, blask kreacji sławnych paryskich i londyńskich krawców przyćmiła monotonia wojskowych mundurów. Dawne beztroskie życie zdawało się tak odległe... O hrabinie Tarnawskiej i jej procesie zapomniano. Bez echa przeszedł więc fakt, iż pewnego dnia opuściła więzienie. Niektóre źródła podają, iż miała z niego zbiec. Taka wersja bardziej pasuje do jej awanturniczej biografii, ale najprawdopodobniej odbyło się to mniej romantycznie. Została zwolniona warunkowo lub też objęła ją amnestia.
   Spotykamy ją znowu - w Paryżu. Jest wiosna roku 1920. Nad Sekwaną kwitną kasztany, hrabina, mimo piątego krzyżyka na karku, jest wciąż w formie, poluje. Pewnego dnia w jakiejś kawiarni zwróciła jej uwagę grupka cudzoziemców w mundurach, którzy dość hałaśliwie zachowywali się przy stoliku. Ich język brzmiał dziwnie znajomo, powróciły wspomnienia sprzed lat... Młodzi oficerowie mówili po polsku, sącząc wino śmiali się, dowcipkowali. Wyglądali na wyposzczonych nudą koszarowego życia, żądni światowych, paryskich doznań. Istotnie - jak wyznali, gdy hrabina zachwycona, że spotkała rzekomych rodaków, przysiadła się do nich - przyjechali na krótko, w służbowej delegacji, by eskortować pociągi z amunicją przeznaczoną dla walczącego kraju. Noc spędzili wesoło wszyscy razem w mieszkaniu hrabiny. Rankiem, z ciężkim kacem, dzielni ułani zameldowali się w oddziale i wyruszyli do Polski.
   Zabrakło tylko podporucznika Tadeusza Bielewicza, na którego hrabina Tarnowska specjalnie zagięła parol, używając wszystkich swych sztuczek. Nie bez znaczenia był fakt, iż był młody i przystojny, ale najważniejsze było to, iż jego pieczy powierzono kasę oddziału - 30 tysięcy franków. Oprzytomniał po tygodniu uniesień, gdy wszystko przepuścił. Przerażony pojechał do Londynu do polskiej ambasady z prośbą o ratunek. Ale zgorszony ambasador, książę Sapieha, nawet nie chciał o tym słuchać. Odmówił zdecydowanie. Nieszczęsny porucznik wrócił do Paryża, by tam w przypływie desperacji zaciągnąć się jako ochotnik do białej armii admirała Denikina. Nim zdążył wyjechać do Rosji, rozpoznał go jeden z kolegów i dał znać policji. Władze francuskie deportowały go do Polski, gdzie w sierpniu 1920 roku stanął przed sądem doraźnym. Skończyły się żarty; trwała wojna, rozprawy były krótkie, wyrok tylko jeden. Codzienne prasa donosiła o rozstrzelaniu kolejnych dezerterów i defraudantów. Nasz porucznik miał jednak więcej szczęścia niż rozumu. Elokwencji swego adwokata zawdzięczał, iż sąd nakazał zbadanie porucznika przez psychiatrów i przeprowadzenie śledztwa od nowa. Tymczasem pod Warszawę nadciągał front, garnizonowe więzienie postanowiono więc ewakuować do Wadowic. Korzystając z zamieszania, na dworcu w Krakowie Bielewicz zdołał zbiec z eszelonu. Nie chciał się jednak ukrywać jako, okryty hańbą, dezerter. Zapewne czytywał za młodu "Trylogię", bo postanowił wzorem jednego z jej bohaterów dalej służyć ojczyźnie: "Jam nie Kmicic, jeno Babinicz". Pod przybranym nazwiskiem zgłosił się do wojska i walczył z bolszewikami, ale na froncie - jak pech, to pech - znów rozpoznał go jeden z kolegów. Stanął ponownie przed sądem; wyrok był jednoznaczny - rozstrzelanie.
   Ale - dla odmiany - znów łut szczęścia. Zażalenie do Sądu Najwyższego, wniesione przez obrońcę, choć bez większej wiary w jego powodzenie, poskutkowało. Wyrok uchylono. Ponowna rozprawa z udziałem licznych świadków i biegłych przyniosła naszemu szaławile, ofierze hrabiny, "kobiety fatalnej" i własnej głupoty nawet dość łagodny w jego sytuacji werdykt - 6 lat więzienia. Oprotestował go z kolei prokurator; bo ustawa "sierpniowa", z której Bielewicz był sądzony, nie znała okoliczności łagodzących a przewidywała tylko jedną karę, pluton egzekucyjny. Ostateczny wyrok zapadł już w spokojniejszym czasie, w roku 1922. Bielewicz wykpił się paroma latami więzienia.
   Co się działo dalej z hrabiną Tarnawską? Poznaliśmy ją już na tyle, by podejrzewać, że dawała sobie jakoś radę, do chwili, gdy bezlitosny upływ czasu, któregoś dnia, niepostrzeżenie pozbawił ją jej najskuteczniejszej broni. Chociaż, kto ją tam wie... Nie bez racji powiadają - w starym piecu diabeł pali.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3