Kocha Kraków. To tu usłyszała kiedyś: Ech, Seniuk to była...

Kocha Kraków. To tu usłyszała kiedyś: Ech, Seniuk to była bomba

Rozmawia Jolanta Ciosek

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

W szkole teatralnej postrzegano mnie jako osobę pozbawioną temperamentu. Kiedyś koledzy zajrzeli do notesu z uwagami pedagoga o studentach. O każdym sporo napisał, a o mnie tylko jedno zdanie: "Ciężka artyleria". I to nie z powodu wagi - wspomina Anna Seniuk
Uciekłam z Krakowa do stolicy, bo chciałam się st ąd wyrwać choć na jeden sezon. Zostałam na zawsze.

Uciekłam z Krakowa do stolicy, bo chciałam się st ąd wyrwać choć na jeden sezon. Zostałam na zawsze. ©Andrzej Banaś

- "Pragnie wiele i to natychmiast. Jeżeli nawet podporządkuje się poleceniom innych, to i tak zachowa własne zdanie. Lubi błyszczeć i olśniewać otoczenie. Żywa, pomysłowa i nieprzeciętnie ruchliwa. Ma chłonny i błyskotliwy umysł, namiętność, niemniej jednak powinna uważać na swoją porywczość. Nie przejmuje się porażkami, gdyż jej poczucie odpowiedzialności dostosowane jest do tego, co dla niej wygodne. Umie rozkazywać i wymuszać posłuszeństwo" - czy te słowa coś Pani mówią?

- To chyba nie o mnie??

- To charakterystyka osoby o imieniu Anna. I jeszcze muszę Panią zmartwić: ponoć Anny uwielbiają mataczyć. Zgadza się?

- "Wiele i natychmiast" - to nie ja.
A w pozostałych stwierdzeniach? Być może w każdym jest krztyna prawdy. Jeśli prowadzę swój statek, to odpowiedzialnie trzymam stery w rękach. Jeśli muszę, potrafię podejmować szybkie decyzje. Nie posiadam jednak w sobie cech przywódczych i nigdy nie miałam ambicji zasiadania na kierowniczych stanowiskach. Najlepiej czuję się jako szara eminencja.

A co do mataczenia? Powiem tak: jeśli zagmatwana sytuacja wymaga wywikłania się z niej, nie urażając jednocześnie nikogo,
to czasami używam nazwijmy to… dyplomacji. Nie znoszę awantur, histerii. Sama też nie jestem osobą gwałtowną czy nieopanowaną.

- Czyli: do rany przyłóż?

- Nie. Tak różowo to nie jest. Ale wizerunku rozbieganej, energicznej, dynamicznej kobiety też nie lubię. W szkole teatralnej byłam wręcz postrzegana jako osoba pozbawiona temperamentu. Kiedyś koledzy zajrzeli do notesu z uwagami pedagoga o studentach. O każdym coś tam było, a o mnie jedno zdanie: "Ciężka artyleria". I to nie z powodu wagi, bo wówczas byłam szczupłą, wiotką blondynką, pełną zawstydzenia.

(Jak ja się w tej szkole w ogóle znalazłam?!) Żywiołowe najczęściej są moje postaci sceniczne, które niesłusznie widzowie utożsamiają ze mną prywatnie. W życiu zrobiłam zaledwie jedną awanturę na forum publicznym, a temperament sceniczny to tak naprawdę odkryłam w sobie dopiero w Starym Teatrze, gdzie dostałam angaż po studiach.

- Szkoła Teatralna, Stary Teatr, Jama Michalika, Kabaret Literacki - te początki to były dla Pani szczęśliwe krakowskie lata?

- Bardzo. Choć minęło już prawie 50 lat od ukończenia studiów, to z wieloma kolegami przyjaźnimy się do dziś. Pomagamy sobie. Tak naprawdę to nigdy nie rozstałam się z Krakowem. Jak można nie pamiętać miasta młodości i koronowania na królową juwenaliów? To były szalone dni. Roztańczone Planty, spotkania w ciemnych zaułkach, grzane wino w Pasiece, najpopularniejszej wówczas winiarni na Małym Rynku, Piwnica pod Baranami… Kraków to moje "przyszywane" rodzinne miasto.

- Podobno ktoś wybił szyby w gablotach przed Starym Teatrem, by ukraść z nich Pani zdjęcie?

- To prawda. Nawet poznałam tego człowieka.

- Ale ten najpiękniejszy ze światów ujrzała Pani w Stanisławowie?

- Stanisławowa - miasta, gdzie przyszłam na świat - nie pamiętam. Jestem pozbawiona tych wspomnień. Jako miejsce urodzenia mam wpisywane przez władze kolejne państwa: najpierw Polskę, potem Związek Radziecki, teraz Ukrainę. Byłam małą dziewczynką, gdy wraz z dziadkami, rodzicami i siostrą pod koniec wojny zostawiliśmy wszystko i bydlęcym wagonem wyjechaliśmy na zachód. Zapamiętałam kilka obrazów.

To takie przebłyski. Płonący ogień w piecyku na środku wagonu, sterty koszy, pierzyn i poduszek, na których siedzieli dziadkowie. Wyglądali jak ci starzy ludzie z opowieści Brunona Schulza.

Zatrzymaliśmy się najpierw w Jawiszowicach, później w Zatorze pod Oświęcimiem, w pałacu Potockich, gdzie mieściła się szkoła rolnicza, której ojciec był dyrektorem. Były jeszcze Krzeszowice, aż wreszcie dotarliśmy do Krakowa. Te ciągłe zmiany miejsca, inne pokoje, mieszkania, ciągła zmiana szkół - to był koszmar. A Kraków? To był czas stabilizacji, westchnień i pierwszych miłości.

- Którzy mistrzowie z krakowskiej PWST mieli wpływ na Pani teatralny rozwój?

- Eugeniusz Fulde - wybitny pedagog, Marek Walczewski - jego asystent, który był gwiazdą Konrada Swinarskiego i bardzo interesującą osobowością. Dawał nam jakiś kolor szaleństwa, wyobraźni. Uczył nas także Jerzy Nowak, wielki erudyta i artysta. Zajęcia z piosenki i prozy prowadziła profesor Marta Stebnicka. To ona zaprotegowała mnie do Kabaretu w Jamie Michalikowej, co wówczas stanowiło w Krakowie ogromne wyróżnienie.

- Dlaczego Warszawa musiała nam Panią porwać?
1 3 »

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo