18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Kochane białe niedźwiedzie

Redakcja
Nasze alkoholowe hobby rodzi przeróżne implikacje rodzinne. Im wyższy procent używanego trunku na przykład, tym procentowo wyższa niechęć teściowej. Im większa częstotliwość naszych "szklanych" potyczek, tym wyższa podejrzliwość małżonki. Nie ma wyjścia, chcąc łagodzić sytuacje trudne, nabywamy zwykle dwie butelki, jedną dla nas i drugą (na ogół słodką jak nasze uczucia) dla mamusi lub najwspanialszej z żon. Podraża to, niestety, koszty naszej pasji. Kłopoty miewamy też z dziećmi. Bo choć godzinami mogą stać przed sklepem z zabawkami, to przed stoiskiem monopolowym się nudzą. Zapewne dlatego w większości sklepów z alkoholem na ladzie czeka spory wybór lizaków i, o zgrozo, "jajek niespodzianek". Hm... nasza wątroba z trudem nasze zainteresowania toleruje, ale dzieciom od lizaków zęby się psują. A przecież kochamy nasze dzieci nie mniej niż osobiste żony i teściowe. Może więc... zainteresujmy dzieci butelczanymi etykietami! Będą wtedy ciut bardziej wyrozumiałe.

Notatnik oberżyświata

   Przed laty mój wówczas kompletnie małoletni syn przerwał moje dumanie w sklepie monopolowym kwestią: - Kup tę z konikiem! Chodziło mu o poczciwego krakusa. Cztery lata miał pędrak, a już umiał wybrać, choć przecież nie kierował się smakiem. Więc gdy z latami drobiazgu mi przybywało, coraz większą uwagę przykładałem do etykiet na butelkach. Łatwiej było dzieciom uzasadnić moje organoleptyczne zainteresowania. I dzięki temu odkryłem kilka zadziwiających trunków, obok których przeszedłbym obojętnie, gdybym na dzieci pracować nie musiał.
   Ostatnio w Australii - destylują tam przednie rumy - z obrzydzeniem patrzyłem na młodzież pijającą z puszek różne mieszaniny kolorowych napojów z odrobiną alkoholu. W wielu krajach - również w Skandynawii - durni urzędnicy myślą, że dekretami zmniejszą spożycie wody życia, wprowadzają procentowe progi dostępności. Na przykład do 3,5 proc. alkoholu można sprzedawać drinki w australiskich sklepach spożywczych, mocniejsze rzeczy tylko w specjalistycznych placówkach. Producenci oczywiście nie zamierzali biernie czekać i zalali praktycznie cały świat "napojami mieszanymi". Dzięki temu młodzież od rana może chodzić podchmielona! Dociera ta moda i do nas. Moją największą niechęć w Australii - wręcz obrzydzenie - wzbudziło połączenie piwa imbirowego z rumem. Dwa zabijające się nawzajem smaki! I wtedy przypomniałem sobie, że przecież takimi dziwolągami raczyli się australijscy żołnierze na frontach II wojny światowej. Mało tego, również wtedy zaczęto dla armii na Pacyfiku butelkować rum z colą. I choć praktyki takie (rozcieńczania rumu) stosuje też brytyjska Royal Navy od 250 lat, skutek był i jest mizerny. Marynarze i tak się ledwo trzymali na nogach, a o urzędnikach myśleli to samo, co my o polskich politykach.
   Ma jednak australijski rum z Bundaberg cechę szczególną - jego symbolem jest biały polarny niedźwiadek. A to moim polskim dzieciom musi się spodobać! No, jak nie wzruszyć się na widok białego misia. W kraju, w którym o białym misiu śpiewa się ckliwe piosenki! Przywiozłem więc na ojczyzny łono kilka butelczyn z misiem. Dzieci były choć raz uśmiechnięte. I mogłem im opowiedzieć wzruszającą historię. Otóż na wybrzeżu Queesland, nad Pacyfikiem, świetnie udaje się uprawa trzciny cukrowej. Może nawet przydaje się do produkcji lizaków. Lecz odpadkiem przy rafinacji cukru jest melasa, brązowa, gęsta, słodka ciecz. Zostają jej miliony litrów! Co z cukru wychodzi najlepiej, to my, Polacy, od czasu bitwy pod Grunwaldem (1410) wiemy najlepiej. Ale brytyjska Korona dbała o to, by produkty spirytusowe powstawały w Albionie. Melasę więc sprowadzano głównie z Karaibów, bo było najbliżej. W 1888 roku w centrum uprawy australijskiej trzciny cukrowej, w Bundaberg, grupa przemysłowców zbuntowała się. Wprawdzie nie wylali do morza zapasów melasy - tak z herbatą zrobiły chłopaki w Bostonie i konsekwencje były wiekopomne. Bundaberczycy zaczęli destylować z melasy rum. Jak pokazały późniejsze wypadki, przemysłowcy owi mieli niezłe dojścia do polityków, gdyż kamieniami milowymi w rozwoju ich biznesu były... wojny. Pierwszy gwałtowny rozwój produkcji rumu firmy Bundaberg Ltd. datuje się na lata wojny burskiej. Armia korony popijała aż miło. Być może Winston Churchill, który po pijanemu dostał się do burskiej niewoli, zanietrzeźwił się właśnie australijskim rumem! Gdy już było bardzo dobrze, pech, firma z Bundaberg spłonęła w wielkim pożarze (1907). Ale ledwo ją odbudowano, wybuchła I wojna światowa. A na wojnie potrzebne są nie tylko karabiny. I znów było pięknie, wojna się co prawda skończyła, ale wojenne opowieści najlepiej snuć przy szklaneczce rumu. Niestety, w 1936 zakład znów się spalił! Niewątpliwie zwiastowało to rychłą wojnę. Zakłady odbudowano więc jeszcze potężniejsze. I wojna znów wybuchła wtedy kiedy powinna. Rum Bundaberg kołysał do snu żołnierzy sprzymierzonych na Pacyfiku, w Azji i Afryce. Aż się generałowie przestraszyli, że żołnierze nie będą chcieli wojny prędko kończyć. Zaproponowali więc, by już w Bundaberg mieszać rum z colą. Widać, żołnierzom już tak Bundaberg Rum nie smakował bo wojnę szybko i zwycięsko skończyli.
   Mijały lata. Pożaru w firmie nie było. W 1961 roku jej szef postanowił zintensyfikować marketing. Może dowiedział się, że na świat właśnie przyszedł był Oberżyświat? I obok rozwijania nowinek technologicznych, obok wprowadzania nowych szlachetniejszych marek postanowił, że znakiem firmowym rumu z Bundaberg będzie polarny miś. Za cholerę nie wiadomo czemu, skoro w okolicach Queesland można spotkać wieloryby i żółwie, ale białych misiów nie ma tam na pewno. Jednak absurdalny pozornie koncept chwycił i prostokątne butelki z niedźwiadkiem są ulubionym trunkiem Australijczyków. Przy destylarni w Bundaberg zbudowano nawet muzeum. I dbając o dobry wizerunek firmy i jej przyszłość, dzieci do muzeum są wpuszczane za darmo! Tacy pomysłowi są Australijczycy. Wyobrażacie sobie Państwo wycieczki szkolne w Polmosie białostockim? Tego nawet Janusz Palikot nie załatwi.
   Ponieważ statystyczny Czytelnik "Dziennika Polskiego" - podobnie jak Szanowna Redakcja - starzeje się i felietonów tych dzieci nie czytają, mogę też dodać, że Bundaberg Rum N° 3 to wódka wyjątkowa. Trójka oznacza, że rum był trzykrotnie filtrowany. Proces fermentacji melasy staranny i po australijsku szybki (36 godzin). Destylacja dwukrotna, a między nimi dalsze skomplikowane procesy dodające ducha rumowi. Wreszcie Bundaberg Rum trafia na co najmniej dwa lata do beczek z australijskiego białego dębu. Dopiero potem do butelek. No cóż, domyślacie się Państwo, że to musi smakować nie gorzej od koniaków i starek.
   A dzieciom pilnie opowiadajcie bajki o białych misiach. I równie pilnie baczcie, czy w Queesland, a szczególnie w miasteczku Bundaberg nie wybuchnie pożar. Bo to może zapowiadać konflikt światowy. I dalszy świetny rozwój firmy rumem stojącej.
PRZEMYSŁAW OSUCHOWSKI
OBERŻYŚWIAT

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie