Komu zdrowie, komu doping

Redakcja
Przez tysiące lat naturalnym kierunkiem ewolucji ludzkiego ciała nie było bynajmniej przystosowanie ludzkiej anatomii i fizjologii do uprawiania wyczynowego sportu. Dziś nad ukształtowaniem mistrza pracują sztaby sportowych medyków, wybierając uprzednio tego jednego z setek kandydatów.

Dlaczego sportowcy sięgają po niedozwolone środki?

 W dobie skomercjalizowanego, profesjonalnego sportu, gdy idee barona Pierre’a de Coubertin, apelującego na przełomie wieków o czyste współzawodnictwo pozostają tylko pobożnym życzeniem, a srebro i złoto dzielą setne części sekundy i centymetry, kiedy stawką są niebagatelne kwoty pieniężne, nie ma miejsca na amatorstwo. Bezpowrotnie odeszły czasy sportowych omnibusów, takich jak Wacław Kuchar, który z sukcesami uprawiał jednocześnie piłkę nożną, łyżwiarstwo, lekkoatletykę, tenis ziemny, stołowy, pływanie, hokej na lodzie, narciarstwo, a w 1926 roku był pierwszym laureatem plebiscytu na najlepszego sportowca Polski "Przeglądu Sportowego".
 Perfekcyjnego zawodnika kreują liczne czynniki, począwszy od psychologicznych, kulturowych, finansowych i wreszcie genetycznych. Dziś najlepsi z najlepszych to szczęśliwe wybryki natury.

Mięśnie

 Włókna większości mięśni szkieletowych człowieka dzielą się w miarę równo, po połowie na włókna białe i czerwone. Te pierwsze odpowiadają za szybkie, gwałtowne i bardzo silne skurcze, drugie kurczą się wolniej, za to dużo wydajniej. Ciężarowiec i sprinter trenuje tak, by w jego mięśniach zgromadziło się jak najwięcej włókien białych, by móc na chwilkę wyrwać nad głowę niebotyczny ciężar, czy w niecałe 10 sekund pokonać dystans 100 metrów. Maratończyk natomiast będzie dążył do nagromadzenia w swych mięśniach jak największej ilości włókien czerwonych, by te niosły go w ponaddwugodzinnym morderczym wysiłku. Elita sportowców w swych mięśniach ma aż 80-90 procent pożądanych włókien!

Wydolność tlenowa

 Współczynnik maksymalnej ilości tlenu (VO2), jaką zużywamy na minutę podczas treningu na granicach naszych możliwości, jest miernikiem naszej wydolności. O poziomie VO2 max arbitralnie przesądzają geny. Dzięki intensywnemu treningowi można nieznacznie podnieść wartość swej naturalnej wartości maksymalnej VO2. Jednak o wiele ważniejszym celem w cyklu treningowym jest przyzwyczajanie organizmu to owego maksymalnego progu. Rzecz w tym, że człowiekowi niewytrenowanemu organizm odmawia pracy już przy osiągnięciu ledwie 60 proc. swych wydolnościowych możliwości, wyczynowcy dochodzą do 75-80 proc. Wszystkiemu winne są

mleczany.

 Mleczany to uboczny produkt procesu metabolicznego. Pojawiają się w wyniku beztlenowego procesu i krótką chwilę po rozpoczęciu ruchu (wysiłku) dostarczają mięśniom energii. Wkrótce potem organizm przestawia się na tlenowe ścieżki energetyczne, a zbyteczny już mleczan organizm próbuje z mięśni usunąć. Podczas niezbyt intensywnego wysiłku tętnice dostarczają do mięśni wystarczającą ilość tlenu, a naczynia żylne usuwają z nich nadmiar mleczanów, zapobiegając tym samych ich gromadzeniu się. Problem pojawia się podczas apogeum wysiłku. System usuwania mleczanów staje się niewydolny i mleczany zalegają w mięśniach. Wzrasta jednocześnie kwasowość płynów komórkowych, a to zakłóca proces kurczenia się mięśni - i już czujemy się zmęczeni, choć do naszego tlenowego progu wydolnościowego jeszcze daleko. Trening natomiast zwiększa wydolność serca w pompowaniu krwi, wydłuża sieć połączeń krwionośnych. Udrożnione w ten sposób krążenie dostarcza więcej tlenu i usuwa więcej mleczanów, dlatego mięśnie zdolne są do dłuższej i bardziej wytężonej pracy.

Pokusa

 Gdy stawką imprez sportowych nie jest jedynie wieniec laurowy, a również, a może przede wszystkim, pokaźny plik banknotów, pojawia się nieodparta pokusa wspomożenia treningu lekami. Choć organizatorzy zawodów przeprowadzają testy, a na przyłapanych na dopingu czekają kary dyskwalifikacji, sportowcy podejmują ryzyko. W świecie farmakologii trwa istny wyścig między konstruktorami środków dopingujących a lekarzami stojącymi na straży czystości sportu. Celem tych pierwszych jest stworzenie takiego wspomagania, którego koledzy z drugiej strony barykady choć przez chwilę nie będą mogli wykryć. Drudzy obmyślają najbardziej skuteczne testy kontrolne. Niestety, dwa spośród środków najczęściej stosowanych przez sportowców są trudne do wykrycia. Hormon wzrostu i erytropoetyna (EPO), bo o nich właśnie mowa, występują w organizmie w sposób naturalny. Ich sztucznie zawyżony poziom wyolbrzymia jednak skutki ich oddziaływania. Sterydy anaboliczno-maksymalizujące budują nienaturalną masę mięśniową i zwiększają siłę. EPO odpowiada za poziom produkcji czerwonych ciałek krwi, a więc składnika, który przenosi tlen. EPO uwalniana jest naturalnie z nerek na dużych wysokościach, stąd wielu sportowców ceni sobie treningi w górach. Dopóki sportowiec systematycznie trenuje w górach, dopóty ma wyższą od przeciętnej zawartość we krwi hemoglobiny. Tymczasem dużo łatwiej i, co ważniejsze, szybciej można mieć więcej czerwonych ciałek krwi (i ich składnika odpowiadającego za transport tlenu - hemoglobiny) dzięki zastrzykowi niż rocznemu treningowi na wysokości 2500 metrów.

Konsekwencje

 Formalne konsekwencje przyjmowania wspomagania farmakologicznego w najgorszym przypadku kończą się dożywotnią dyskwalifikacją. Cóż, na sporcie świat się nie kończy... Jednak konsekwencje zdrowotne są o wiele poważniejsze. W wielu przypadkach uszczerbek na zdrowiu jest nieodwracalny. Paleta potencjalnych chorób "koksiarzy" jest niezwykle szeroka: poczynając od artretyzmu, udarów, po choroby sercowe, wieńcowe i wątroby. Mimo powszechnie głoszonych gróźb, sportowcy świadomie stosują doping. Najbardziej spektakularną wpadką w dziejach sportu olimpijskiego był przypadek Bena Johnsona, kanadyjskiego sprintera, który na mistrzostwach świata w Rzymie 1987 roku i olimpiadzie w Seulu rok później ustanawiał fenomenalne rekordy świata na 100 metrów (9,83 i 9,79 s) pokonując na bieżni samego Carla Lewisa. Kilka godzin po finale olimpijskim świat dowiedział się, że Johnson stosował niedozwolone środki. Po odbyciu dwuletniej dyskwalifikacji Kanadyjczyk próbował powrócić do sportu, nie mógł obyć się jednak bez dopingu. Złapanemu po raz drugi, jako recydywiście, dożywotnio zakazano startów. A jak z problemem dopingu poradzą sobie organizatorzy w Sydney? Na razie brytyjskie czasopismo naukowe "Nature" donosi, iż testy antydopingowe, które są przygotowane na olimpiadę w Sydney, będą nieskuteczne! Zarzut ów dotyczy szczególnie wykrywania EPO i hormonu wzrostu. Mimo stanowczej i konsekwetnej nagonki MKOl na sportowców stosujących doping gazeta twierdzi, iż tylko niewielki odsetek "koksiarzy" musi obawiać się przyłapania na dopingu. W przypadku bowiem, kiedy sportowiec przestanie zażywać środki na kilka dni przed startem, do momentu występu jego organizm oczyści się z niedozwolonych związków i testy dadzą wynik negatywny. W Sydney test na obecność EPO będzie kombinacją badań krwi i moczu. Tymczasem "Nature" twierdzi, że poziom erytropoetyny po dwóch, trzech tygodniach od zaprzestania przyjmowania EPO jest tak śladowy, iż niemożliwy do wykrycia przez testy jakimi aktualnie dysponują światowe władze.

TOMASZ ZDEB

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie