Kościół potrzebuje świętych kapłanów

Kościół potrzebuje świętych kapłanów

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

Fot. Wacław Klag

Fot. Wacław Klag

- Wielki Czwartek to święto kapłanów. Księża w tym dniu powracają myślą do swoich święceń. Czy Ksiądz Kardynał pamięta ten dzień?
Fot. Wacław Klag

Fot. Wacław Klag

Fot. Wacław Klag

Rozmowa z kardynałem STANISŁAWEM DZIWISZEM, metropolitą krakowskim

 


- Tego dnia nigdy się nie zapomina. Sześcioletnie przygotowanie do kapłaństwa jest ukoronowane święceniami. Nasza duchowość, a równocześnie wykształcenie, które kleryk zdobywa w seminarium, jest ukierunkowane na to, aby odpowiednio przyjąć i przeżyć dar kapłaństwa, który jest darem Jezusa Chrystusa.
Kapłaństwo to sakrament ustanowiony w Wielki Czwartek. W związku z tym każdy Wielki Czwartek jest przypomnieniem święceń. Jeżeli data jest okrągła - w moim przypadku 50 lat - to jest to powód do dziękczynienia. Moje kapłaństwo było szczególne. Rozwijało się w cieniu wielkich pasterzy, było bogate w przeżycia. Wstępując w 1957 roku do seminarium duchownego nie spodziewałem się, że będę brał udział w najważniejszych wydarzeniach z życia Kościoła.


- Ksiądz Kardynał rzadko mówi o sobie. Może dzisiaj, z tej szczególnej okazji, złamie zasady i opowie, w którym momencie zrodziło się powołanie?


- Myśl o kapłaństwie nosiłem w sobie od młodych lat, kiedy byłem już ministrantem. Mieliśmy w mojej rodzinnej Rabie Wyżnej doskonałych księży wikariuszy, a także wybitnego proboszcza. Wspólnotę parafialną tworzyli ludzie głębokiej wiary. Wszystko to, począwszy oczywiście od atmosfery panującej w domu rodzinnym, spowodowało, że mogłem się rozwinąć duchowo, pójść do seminarium i zostać kapłanem. O tym, że idę do seminarium, moja rodzina dowiedziała się dopiero wtedy, gdy dostałem zgodę arcybiskupa Eugeniusza Baziaka na przyjęcie.


Przez całe kapłańskie życie miałem szczęście być przy boku niezwykłych duszpasterzy. Na początku tej drogi była parafia w Makowie Podhalańskim. Ksiądz Franciszek Dźwigoński, ówczesny makowski proboszcz, był wspaniałym człowiekiem. Rozległą wspólnotę parafialną podzielił na małe sektory, do których mianował osoby mające za zadanie informować proboszcza o ludziach potrzebujących pomocy, chorych, bezrobotnych, dzieciach pozbawionych opieki itd. Czy młodemu księdzu mogła przypaść w udziale lepsza praktyka?


- Kapłaństwo Księdza Kardynała upływało jednak przede wszystkim u boku jednego, wielkiego duszpasterza. Jak zaczęła się ta posługa?


- Ksiądz Karol Wojtyła był profesorem teologii moralnej w seminarium duchownym. Wywarł na mnie ogromne wrażenie wielką pobożnością, mądrością, wspaniałymi wykładami, ale także tym, że umiał nawiązać kontakt z każdym człowiekiem. Biednym i bogatym, wykształconym i niepiśmiennym. Ze starszym i dzieckiem. Po ukończeniu seminarium i święceniach, które odbyły się 23 czerwca 1963 r., byłem księdzem w Makowie Podhalańskim. Po dwóch latach zostałem wezwany do Krakowa, aby kontynuować naukę. Rozpocząłem przygotowania do doktoratu poświęconego zagadnieniom kultu św. Stanisława na terenie diecezji krakowskiej do czasów Soboru Trydenckiego. 8 października 1966 r. arcybiskup Karol Wojtyła niespodziewanie wezwał mnie do siebie. Ten dzień pamiętam w każdym szczególe. Kiedy przyszedłem, arcybiskup spojrzał na mnie uważnie i powiedział: "Przeniesiesz się tutaj. Będziesz mógł kontynuować studia i będziesz mi pomagał". Zapytałem: "Kiedy?". Odpowiedział: "Nawet dzisiaj". Odparłem: "Przyjdę jutro". Byłem bardzo przejęty. Kiedy wychodziłem, zauważyłem, że patrzy na mnie z uśmiechem.
1 »

Komentarze (1)

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

smutna prawda (gość)

Zgłoś naruszenie treści

Ty Stasiu nie masz szansy na świętość.

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo