Kraina wiecznego milczenia

Redakcja
Żyją po swojemu. Przynajmniej powietrze zdrowe. Nie ma trującego przemysłu. Są tylko oni i natura, a jak gość pod ich dach zawita, to i flaszka samogonu zawsze się znajdzie... Przyszli wygnańce na ziemię sybirską i obrawszy miejsce szerokie, zbudowali dom drewniany, aby zamieszkać w zgodzie i miłości braterskiej

ROMUALD KOPERSKI

ROMUALD KOPERSKI

Żyją po swojemu. Przynajmniej powietrze zdrowe. Nie ma trującego przemysłu. Są tylko oni i natura, a jak gość pod ich dach zawita, to i flaszka samogonu zawsze się znajdzie...

Przyszli wygnańce na ziemię sybirską i obrawszy miejsce szerokie, zbudowali dom drewniany, aby zamieszkać w zgodzie i miłości braterskiej

J. SŁOWACKI, ANHELLI

Na tych drogach konie boją się samochodów, a kierowcy boją się tych dróg. Konie kulą uszy i zwalają chłopów wraz z wozem do rowu, kierowcy zaś cały czas wsłuchują się, czy z trzaskiem nie pęka resor.
 Wzdłuż tych dróg stoją smutnie, wyciągając szyję, drewniane żurawie, stoją chałupki o oknach dotykających ziemi, jak starcy, którym wiek pomału przymyka powieki. Wzdłuż tych dróg siedzą przy wiadrach z kartoflami handlujący ludzie, ciągną się strzechy, bure, kostropate, nie przycięte jak nie ostrzyżone sztywne czupryny.
 Kierowca doskonale zna całą trasę, nigdzie tu nie ma dla niego tajemnicy, oto w tym miejscu, gdzie świeże kwiaty leżą przy małym prawosławnym krzyżu, zabił się pewien gość, którego motocykl wjechał na spacerującą świnię... Fatalne to było zdarzenie i świnią do dzisiaj, kiedy idzie, jakoś zarzuca, widać kręgosłup ma uszkodzony.
 Jedziemy i jedziemy, wokół pola, lasy, znów pola. Teren jest tu dość falisty, tak że chwilami las jak gdyby przelewał się przez drogę. Niekiedy od niej ucieka, innym razem znów podnosi się nagle i gwałtownie. Mijamy wioski wszystkie takie same i tylko czarne napisy na białych tablicach dowodzą, że jedziemy wciąż naprzód, a nie kręcimy się wkoło. Wieś Kudarejka za nami, wieś Paramonowka przed nami, wokół czerwonawa ziemia obrosła trawiskiem. Widzę dwóch staruszków przy drodze, stoją w bezruchu niczym kamienne posągi, kiedy podjeżdżam bliżej, widzę, że jeden z nich trzyma w ręku słoik ze śmietaną.
 I znów pięć starych chałup, tylko nazwa nie taka jak przy poprzednich. Każdy kilometr oddala mnie od Irkucka, a zbliża do ostatniej polskiej enklawy na Syberii, wsi Wierszyny, gdzie do dziś mieszka ponad pięciuset naszych rodaków.
\
 Okolice Wierszyny, rzucone na mapę konturem, przypominają nieco ogromną, rozdeptaną żabę. Dookoła niezbyt wysokie, ale za to zwarte masywy górskie, gdzieniegdzie tylko przerywane niebieskimi wstążkami rzek. Panorama ścieli się koliście pomiędzy widocznymi na horyzoncie wysokimi zalesionymi górami, bezkresem tajgi na północy i rzeki Angary na zachodzie. Prześliczna okolica. Nieco dalej wielki zbiornik wodny to Zalew Bracki. W bliskim sąsiedztwie wsi niemało ostępów o charakterze pierwotnym, nieprzebyte leśne bagna, prastare drzewostany.
 Z Tichonowki do Wierszyny prowadzi piaszczysta, wyboista droga. Droga, podobnie jak ziemia, ma odcień głębokiej czerwieni, po deszczu zdaje się jeszcze bardziej ciemna, prawie fioletowa.
 Zauważam człowieka idącego wzdłuż drogi. Zatrzymujemy się, pytam, ile do Wierszyny.
  Ot, tam niedaleko, wskazuje ręką, skąd przyszedł.
  Wy z Wierszyny? - pytam.
  Nie, tylko w gościach był...
- odpowiada człowiek wnikliwie mi się przypatrując. Po chwili dostrzega aparat fotograficzny, twarz mu jaśnieje, już wie, że rozmawia z jakimś korespondentem...
  Możecie wiele nie zrozumieć z tego, jak mówią tam ludzie, uśmiecha się chytrze mężczyzna. W tych stronach mówi się trochę innym językiem. To taka mieszanina rosyjskiego, polskiego i jeszcze jakiegoś innego polskiego, który tylko oni znają, trudno będzie się wam z nimi dogadać... - uprzedza.
 Oni zresztą sami też różnie mówią. Czasami na złość zwracają się do obcych po polsku, a czasami mówią po polsku do tych, których lubią... Na przykład kawaler wybierający się w niedzielę do dziewczyny będzie mówił po polsku, chcąc wydać się jak najbardziej eleganckim i bywałym. Tak też z jego polskim go przyjmą. Zresztą oni tak tu od zawsze mówią, skwitował, po czym uniósł rękę w pożegnalnym geście i ruszył w swoją stronę.
\

 Z daleka na pierwszy rzut oka wieś wydaje się niewielka, ot - tylko parę chałup, ale to złudzenie, gdyż dopiero za zakrętem zaczyna się właściwa wieś z prostą, szeroką ulicą. Ulice rzeczywiście były tu kiedyś proste i szerokie; w swoim czasie pilnowano bezwzględnie, aby chałupy budowane były wzdłuż wytyczonej linii. Ale na tym kończył się cały porządek; owe nie po wiejsku szerokie ulice rozjeżdżone były ciężkimi maszynami i przypominały jakiś nieziemski pejzaż.
 Każdej wiosny podczas roztopów ciężarówki i traktory z drewnem ubijały na nich błoto na czerwonoczarną, pienistą śmietanę, która ciężkimi falami rozlewała się na boki i potem falami zasychała, przekształcając się w kamienne grzędy, tworząc dla ludzi w podeszłym wieku nie do przebycia góry...
 Każdego roku Rada Wierszyny zbierała po kilkadziesiąt rubli od obejścia na drewniane chodniki, które każdego roku układano.
 Corocznie w porze wiosennej zwoziło się drewno z lasu, a wtedy po nowo ułożonych chodnikach pozostawały tylko szczapy, gdyż właśnie po nich najlepiej wlokło się kłody. Latem nikt nie miał czasu, by zrobić nowe chodniki, bowiem brygada trotuarowa według planu wychodziła do pracy przed zimą.
 I tak nowe chodniki, nie zdeptane niczyją stopą, leżały do wiosny pod grubą powłoką śniegu, a wiosną od nowa zwoziło się drewno - i znów bezmyślnie niszczono chodniki, jeżdżąc po nich traktorowymi gąsienicami, ciągnąc po nim nie pocięte kłody. I nie pomagały żadne zarządzenia ani nakazy - w dalszym ciągu jeżdżono po chodnikach, piłowano je i rąbano. Tak było kiedyś. Teraz w Wierszynie już nikt nie wycina lasu, nie kładzie się też żadnych chodników, a i droga jest nieco równiejsza...
 Na końcu wsi stoi drewniany kościółek postawiony gdzieś na początku stulecia; jego ujmująca skromność czy też sam kolor drewna delikatnie brązowy, przydał mu patyny wieków. Kościół ten tak naturalnie wrósł w krajobraz wsi i okoliczne krajobrazy, że wydaje się budowlą, która stała od zawsze, wcześniej niż zbudowano pierwsze domy... Kiedyś codziennie odprawiano tu msze, teraz tylko raz na dwa tygodnie przyjeżdża z Irkucka ojciec Ignacy Pawlus, salwatorianin.
 Małe wsie kojarzą się zwykle z obrazem senności i nudy. To trafne skojarzenie - tak jest w Wierszynie. Wszystko ma tu niewielkie rozmiary, nieproporcjonalnie do ludzkich tęsknot i pragnień. Małe konflikty rozdmuchane do wydarzeń, małe problemy będące tylko echem spraw dalekiego Irkucka czy nawet Czeremchowa. Pagórkowatymi dróżkami Wierszyny do dziś przechadza się smutek nigdy nie zrealizowanych marzeń o wielkim świecie - przecież miała tu być druga Polska... Puste są kolorowe ławeczki przed domami, młodzież włóczy się w pojedynkę lub przystaje przed sklepem. Co można tutaj robić?
 Młodzi uciekają ze wsi, w której nie widzą perspektyw. Zostali tylko najbardziej wytrwali. Kiedyś dojeżdżali do pracy do innych miejscowości, niektórzy pracowali nawet w odległym Irkucku - ale już od dawna ta droga uzyskania pracy została dla nich zamknięta, bowiem zarówno w Irkucku, jak w innych miejscowościach borykają się ze swoim bezrobociem. Nawet autobus, który kiedyś przyjeżdżał tu codziennie, teraz dojeżdża tylko w sobotę. Ludzie zwyczajnie się trudzą, walczą o byt, kłócą się, martwią, uśmiechają. Zwyczajne są te ich troski, nad miarę często dokuczliwe.
 Jest jednak coś, co wynagradza im tę sytuację - to tajga, góry i taki przepych natury, że dech z początku zapiera, a później, jak mawiają sami, na zawsze uszczęśliwia... Żyją po swojemu. Przynajmniej powietrze zdrowe. Nie ma trującego przemysłu. Są tylko oni i natura, a jak gość pod ich dach zawita, to i flaszka samogonu zawsze się znajdzie...
 Ogólnie już na pierwszy rzut oka widać, że ta polska wieś bardzo różni się od zazwyczaj widywanych na Syberii, jest po prostu inna. Wszędzie widać tu rękę gospodarza. Wkoło ład i porządek. Czasami odnosi się wrażenie, że to jakiś skansen, a nie syberyjska wioska oddalona tysiące kilometrów od Polski. Różnokolorowe, schludne domy, świeże firanki w oknach, porządek w obejściu, nawet psy są tu jakby bardziej kulturalne, bo nie za głośno ujadają... Jest coś wzruszającego w tym polskim zakątku położonym na końcu świata, w tej mozaice kolorowych domów jak z bajki, zieleni wzgórz i czerwieni pól...
\
 Syberia to trudno wyobrażalne przestrzenie, to miliony kilometrów kwadratowych tajgi, to jeziora, rzeki, stepy, pustynie i tundra. To miejsce, gdzie jeszcze sto lat temu odkrywano góry, porównywalne swą wielkością do Alp. Na Syberii są jeszcze miejsca, gdzie nie dopłynął żaden statek, gdzie nie stanęła ludzka stopa. Syberia jest w dalszym ciągu krainą wiecznego milczenia, śpiącą, tajemniczą ziemią.
 Od wieków wielu Polakom Syberia kojarzyła się zwykle ze śniegiem, bezmiarem tajgi, katorgą i zesłaniem. Dla wielu z nich stała się drugą ojczyzną, dla której poświęcili swoje najlepsze lata, a często życie. Katorga i zsyłka pozostawiały niezniszczalne ślady w umysłach i sercach ludzi. Sama myśl o nich przejmowała grozą. Łączono tę grozę z całą Syberią, z jej nazwą i z wszystkim, co jej dotyczyło. Do dziś martyrologia przesłania wszystko inne, dla wielu Syberia stała się wiecznym symbolem mąk i cierpień.
 Syberia splotła się z dziejami Polski i Polaków, zwłaszcza w półtorawiekowym okresie rozbiorów. Za caratu zsyłano tam do ciężkich robót i na tzw. osiedlenie. Pierwszą pisaną polską relacją o Syberii, był rękopis Adama Kamieńskiego, żołnierza, który w 1657 roku został wzięty do niewoli i zesłany do Jakucji. Był to pod względem literackim niewiele wart manuskrypt, coś w rodzaju pamiętnika, który został przypadkowo odnaleziony w jednej z poznańskich bibliotek na początku XIX wieku. Kolejny polski zapis, tym razem drukowany, pochodził z XVIII wieku. W 1707 roku dostał się do rosyjskiej niewoli Ludwik Siennicki. Zesłany do Tobolska, a później do Jakucka, spędził na Syberii wiele lat. Po powrocie do Polski, około roku 1722, opisał swoje przeżycia, które później zostały opublikowane w Wilnie. Obaj panowie w swych pracach szeroko opisywali życie i zwyczaje różnych ludów syberyjskich. Wynikało to z tego, że były to pojedyncze przypadki zsyłek, samych zesłanych nie traktowano brutalnie, a swe odosobnienie uważali za swoistą przymusową przygodę...
 Dopiero tragiczne skutki konfederacji barskiej zapoczątkowały serię masowych zsyłek, z których największą datuje się na rok 1863, kiedy to na katorgę zesłano na Syberię ponad 20 tysięcy Polaków. Wśród nich znaleźli się ludzie najrozmaitszych profesji, od rzemieślnika, architekta, lekarza po naukowca włącznie. Długa jest lista tych ostatnich, których życie w odosobnieniu zmusiło do poszukiwania nowych form bytu, nadających sens wygnańczej egzystencji. Postacie te otwierają znakomitości, jak: Benedykt Dybowski, Jan Czerski, Aleksander Czekanowski, Wacław Sieroszewski, Edward Piekarski i wielu, wielu innych ludzi nauki.
 Na początku XX wieku rozpoczynają się masowe przesiedlenia polskiej ludności z Lubelskiego, Małopolski i Zagłębia Dąbrowskiego, należących wówczas do monarchii rosyjskiej. Dalej, emigracja osadnicza, głównie ludności chłopskiej. Warunki na pierwszy rzut oka przedstawiały się nie najgorzej; można było otrzymać 15 dziesięcin ziemi, kwotę 100 rubli bezzwrotnej zapomogi, zwracano koszty biletów kolejowych. Fakt, że mało kto otrzymywał ziemię nadającą się natychmiast do uprawy, gdyż przeważnie był to przydział ziemi zalesionej, którą trzeba było najpierw wykarczować. W tym samym czasie wielu Polaków dobrowolnie przenosi się do miast syberyjskich, chcą robić szybkie, dobre interesy. Część rzeczywiście się bogaci, większość jednak, niestety, zamienia się w nędzarzy.
 Wśród zesłanych i przesiedlonych szybko postępuje zatrata czystości języka. Władze rosyjskie nie muszą się wiele trudzić, naród polski sam na własne życzenie zatracał swą mowę. Jednak nie wszędzie tak było...
\

 Wiejska szkoła jest jak główny dworzec wielkiego miasta; wszyscy mieszkańcy albo przez niego przeszli, albo przejdą. Wiejska szkoła to skarbnica wiedzy o historii, ludziach i zdarzeniach. Pytam więc o szkołę, a gdy uświadamiają mi, że są przecież wakacje, pytam o nauczyciela. W chwilę później goszczę już w najprawdziwszym polskim domu, domu, w którym mówi się najczystszą polszczyzną.
 Ludmiła Wierzentas z domu Figura jest miejscową nauczycielką. Choć Polka z krwi i kości, sama uważa się za Sybiraczkę. Ma męża i trójkę dzieci.
 Szkoła, w której uczy, jest jedyną szkołą na Syberii, gdzie wszystkie przedmioty naucza się w języku polskim. Mimo że szkoła oficjalnie jest szkołą rosyjską, język rosyjski traktuje się tu jako język dodatkowy... To swoisty precedens, że pomimo wieloletnich prób zrusyfikowania miejscowej ludności tak silnie przetrwała tu polskość. Wierszyna to ewenement na skalę światową, coś w rodzaju kolonii, bowiem w chwili obecnej jest jedyną miejscowością poza granicami Polski, gdzie wszyscy mieszkańcy do dziś mówią po polsku.
 Polacy z Wierszyny przyznają, że właściwie nie zostali zesłani, zostali przesiedleni. Kiedy tu przyjechali, nie było państwa polskiego, a tereny, gdzie wcześniej mieszkali, znalazły się pod zaborem rosyjskim. To Małopolska: Kraków, Błędowo, Czubrowice, a nawet Śląsk, gdyż niektórzy zostali tu przesiedleni z Sosnowca.
 Jednak zawsze byliśmy i czuliśmy się Polakami - powiadają. Rosjanom nigdy nie udało się nas wynarodowić, na dowód czego niech będzie ten dziwny, niezrozumiały dla nich język, nasza ojczysta mowa, a właściwie dialekt małopolski z niewielką naleciałością gwary śląskiej. Ten język jest naszym prawdziwym paszportem, częścią naszej Polski, jest czymś, czego nie można nam zabrać - mówią.
 Rodzinne strony. Komuż serce nie zabije żywiej na to wspomnienie? Przymknij oczy, a zobaczysz ulicę i uliczki, znane z wcześniejszych kroków. Tam był twój dom. Przypomnij uśmiech matki, godziny spędzone nad odrabianiem lekcji, pierwsze wagary i pierwszą miłość. Może park jeszcze szumi twoimi zwierzeniami. Pamiętasz? Ale czasem wszystko, o czym myślisz, jest tylko płochą grą wyobraźni, żalem, że tak właśnie nie było. Tę sceptyczną prawdę mieszkańcy Wierszyny genetycznie odczuwają najboleśniej i najdotkliwiej na sobie. Ich dziadkowie opuścili rodzinne strony zbyt wcześnie, aby je mogli pokochać. Nie zdążyli nawet zapamiętać swego miasta, głosów jego ulic, blasku jego gwiazd.
 Dla żyjących obecnie w Wierszynie rodzinne strony dziadów to tylko mały punkcik na mapie gdzieś na południowych krańcach Polski. Taka mała oaza sentymentalnych imaginacji i podnieta dla wyobraźni. Czasami wieczorami płyną pieśni jak wody Wisły, melodie jakże dobrze wszystkim Polakom na świecie znane. Umarli dziadowie, lecz nie umarła ich mowa, nie umarły ich pieśni w Wierszynie.
 Ludmiła jest wnuczką polskich zesłańców, którzy w ramach reformy carskiego premiera Piotra Stołypina zostali w 1910 roku przymusowo przesiedleni z Czubrowic koło Olkusza na Syberię. Urodziła się i wychowała w Wierszynie. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności w 1990 roku wyjechała na studia do Gdańska, które ukończyła w 1995 roku. Ma w Polsce wielu przyjaciół i znajomych.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie