Królik po amerykańsku

Redakcja
Fot. Fundacja Promocji Kina Film Polski
Fot. Fundacja Promocji Kina Film Polski
Rozmawiałem niedawno ze znajomym Niemcem, który po obejrzeniu "Królika po berlińsku" był zaskoczony ilością materiałów archiwalnych wykorzystanych w filmie. Nigdy wcześniej nie widział tych zdjęć.

Fot. Fundacja Promocji Kina Film Polski

Rozmowa z BARTKIEM KONOPKĄ, scenarzystą i reżyserem filmu "Królik po berlińsku".

- Bardzo dziwna sprawa. Przystępując do pracy nad dokumentem, byliśmy przekonani, że Niemcy ze swoją słynną skrupulatnością mają wszystko świetnie zresearcherowane, opracowane i skatalogowane. Było zupełnie inaczej. Króliki w murze berlińskim to tabu.

- To trochę zdumiewające, że nikt wcześniej nie wpadł na podobny pomysł. Przecież króliki w murze to historia jak z bajki. Z morałem.

- Może chodzi o wewnętrzną cenzurę? O ile w fabule Niemcy, co jakiś czas, próbują rozmiękczyć, obśmiać okres podziału - na przykład w "Good Bye, Lenin!" czy w "Słonecznej alei" - o tyle wszystkie dokumenty na ten temat są bardzo serio. Od redaktorów z niemieckiej telewizji słyszeliśmy wciąż: "Cieszymy się, że film robią Polacy, my nie potrafilibyśmy nabrać odpowiedniego dystansu".

- Jak film został odebrany w Niemczech?

- Dosyć dobrze, ale bez fajerwerków. Ponieważ otrzymaliśmy już kilkanaście prestiżowych nagród - m.in. "Złotego Lajkonika" w Krakowie, nagrody na festiwalach "Hotdocs" i "Planete Doc Review" - trudno było ten tytuł zignorować, ale mam wrażenie, że Niemcy przestraszyli się wymowy filmu, być może uznali, że jest trochę za wcześnie, żeby o murze berlińskim opowiadać w takiej tonacji.

- W Twoich dokumentach odnajduję poczucie humoru, które wydaje się efektem zadziwienia światem w całej jego rozmaitości. Bez tonu oskarżycielskiego, ale również bez sentymentalizmu.

- Cieszę się, że to zauważyłeś. Nie boję się uśmiechu, surrealistycznego poczucia humoru, który wynika pewnie z lektury Gombrowicza czy Witkacego, albo sięgając dalej, z tradycji polskich Sarmatów. Lubię także język aluzji. Taki model kina - i życia - jest mi bliski. Pochodzę z podkrakowskich Myślenic, jestem chłopakiem z prowincji. Bardzo długo nie byłem pewien, co chcę robić w życiu. Moja droga zawodowa była bardzo kręta. Skończyłem filmoznawstwo w Krakowie, pracowałem jako dziennikarz, mieszkałem w Łodzi, dopiero kilka lat temu przeniosłem się do Warszawy.

- Nie wiedziałem, że pracowałeś jako dziennikarz - pisałeś recenzje filmowe?

- Czasami. Byłem członkiem redakcji nieistniejącego od dawna, wydawanego w Krakowie branżowego magazynu "Film Pro". Przez jakiś czas współpracowałem z radiową "trójką", pisywałem do gazet regionalnych, w końcu podjąłem współpracę z telewizjami. Robiłem reportaże dla TVN-u, dla telewizji publicznej. Studia reżyserskie w Katowicach podjąłem jak gdyby z doskoku, cały czas pracując.

- A dlaczego dopiero teraz, po kilku dokumentach, po "Trójce do wzięcia", zaczynasz zdjęcia do fabularnego debiutu?

- Nie ułatwiałem sobie drogi, niespecjalnie walczyłem, przez cztery lata dłubałem w jednym filmie. Koledzy zaszli pewnie dalej ode mnie, ale w perspektywie życiowej nie ma to aż tak dużego znaczenia. Nie pchałem się do fabuły, bo nie miałem o czym opowiadać. Nie znalazłem swojej historii, a może nienależycie jej szukałem? Wiele osób namawiało mnie, żebym rozbudował scenariusz "Trójki do wzięcia" i wykroił z tego materiału pełnometrażowy debiut. Ale to chyba nie był dobry pomysł. Musiałem jeszcze trochę odczekać. Udało się. Właśnie zaczynam zdjęcia do "Lęku wysokości".
- To będzie film o relacjach ojca i syna, tak?

- Opowieść o synu marnotrawnym. Albo o ojcu, który porzuca swoje dziecko, zdradza. O trudnym powrocie do siebie dwojga ludzi.

- Poznałem Cię na początku tej dekady, na festiwalu w Koszalinie, gdzie - jeszcze jako student Szkoły Filmowej w Katowicach pokazywałeś swój film dyplomowy. Byłeś wtedy na samym początku drogi. Gdzie jesteś teraz?

- Nie wiem, nie chcę się nad tym zastanawiać. Życie spłatało mi niezłego psikusa. Kiedy się poznaliśmy, nie miałem planu, że będę robił filmy. Zależało mi na realizowaniu videoklipów, na muzyce. Potem wciągnął mnie telewizyjny reportaż, dokument. W końcu pojawiała się fabuła. Czuję się trochę jak Kandyd. Nie przestaję się dziwić...

Rozmawiał: Łukasz Maciejewski

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie