Krystian Ochman: Czuję się Polakiem i jestem z tego dumny

Paweł Gzyl
Paweł Gzyl
Krystian Ochman zwyciężył w ostatniej edycji "The Voice of Poland"
Krystian Ochman zwyciężył w ostatniej edycji "The Voice of Poland" Materiały prasowe
Krystian Ochman wygrał w grudniu ostatnią edycję „The Voice Of Poland”. Nam opowiada jak sobie radził w popularnym programie. Oraz o swej wyjątkowej więzi z dziadkiem – słynnym śpiewakiem operowym Wiesławem Ochmanem.

Od czasu zwycięstwa w „The Voice Of Poland” stałeś się powszechnie rozpoznawalną osobą w Polsce. Jak ci się podoba ta nowa sytuacja?
Jeszcze nie miałem kiedy się nad tym zastanowić. Wszystko dzieje się bowiem bardzo szybko. Akceptuję tę sytuację – bo przecież spełniam swoje marzenia. To dopiero początek, jeszcze wiele przede mną. Nie spodziewałem się, że tak się to wszystko potoczy.

Czujesz się już trochę gwiazdą?
W ogóle nie. Przede wszystkim czuję, że mam więcej obowiązków. Często jestem w ruchu, muszę jechać z Katowic do Warszawy i z powrotem. Poza tym – jestem tą samą osobą co przedtem.

Jak wspominasz finałowy odcinek „The Voice”?
Najbardziej zapamiętałem solowy występ Ani Byrcyn, jak zaśpiewała piosenkę Whitney Houston – „I Will Always Love You”. Zrobiła tym na mnie wielkie wrażenie. Nie pamiętam, kiedy miałem takie ciary, kiedy słuchałem czyjejś piosenki, jak właśnie wtedy. Spodobał mi się również jej autorski singiel – to super utwór z funkowym pulsem.

Ale telewidzowie wybrali nie Anię, tylko ciebie. Dlaczego?
Tak naprawdę wszyscy uczestnicy programu są na tym samym poziomie i zasłużyli na tę wygraną na równi ze mną. Ale chyba mój singiel był przez widzów najlepiej odebrany w półfinale. To mi pomogło – ponieważ zobaczyłem, że kiedy wykonałem w programie „Światłocienie”, moje zasięgi w mediach społecznościowych znacznie się poprawiły.

Wygrałeś kontrakt na debiutancką płytę. Jesteś już gotowy, by ją nagrać?
Ja kocham śpiewać. Gdybym miał szansę nagrać taką płytę 2-3 lata temu, też bym to zrobił. Oczywiście pewnie nie byłaby ona na takim poziomie, na jakim mogę to zrobić teraz. Wtedy nie miałem bowiem obecnego warsztatu, umiejętności i techniki. To się ciągle zmienia. I pewnie za 2-3 lata byłbym jeszcze bardziej gotowy na taki album. Ale przecież nie wybieramy, kiedy dostajemy takie szanse od życia. Ja dostałem ją teraz i muszę ją wykorzystać.

Wygrałeś też 50 tysięcy złotych. Masz już pomysł na co je przeznaczyć?
Szczerze mówiąc jeszcze nie. Na razie nic nie wydałem z tej kwoty, bo jeszcze jej nie dostałem. (śmiech) Jestem młody i jak się znam, to czasem, kiedy dostaję pieniądze, lubię je wydać na przyjemności. Tym razem to jednak większa kwota. Może zostawię ją w banku albo zainwestuję w coś? Niebawem będę miał dużo pracy w Warszawie. Może więc kupię sobie jakieś małe mieszkanie, żebym miał gdzie mieszkać? Chciałbym też kupić dla rodziny jakieś lepsze prezenty. Bo przed świętami nie miałem kiedy rozejrzeć się za czymś fajnym. Ja właściwie nic nie potrzebuję. No, może poza PS5. (śmiech) To jest nowa konsola do gier.

Jak to się stało, że w ogóle zdecydowałeś się wziąć udział w „The Voice”?
Sam w ogóle o tym nie myślałem. Mam jednak w Stanach bliskiego przyjaciela, który jest też Polakiem – Adama Bejnę. I jego mama, którą traktuję jak ciocię, wpadła na pomysł, abym się zgłosił do programu. To było niemal w ostatniej chwili – został już tylko tydzień na wysyłanie zgłoszeń. Akurat była kwarantanna i siedzieliśmy wszyscy w domach. Nie miałem co robić, więc pomyślałem, że mogę spróbować. Wysłałem nagranie i kilka tygodni później dostałem informację, że zostałem zakwalifikowany. W ogóle się tego nie spodziewałem, ponieważ ponoć było jakieś 12 tysięcy zgłoszeń.

Który etap programu był dla ciebie najtrudniejszy?
Każdy z uczestników pewnie inaczej odpowiedziałby na to pytanie. Dla mnie to było przesłuchanie w ciemno. Musiałem wtedy wyjść na zupełnie dla siebie nową scenę. Nieprzypadkowo wokaliści zawsze robią próbę przed występem. Nie po to, by sprawdzić czy się zna słowa piosenki na pamięć, ale po to, by poznać akustykę nowej sceny. Tymczasem my nie mieliśmy takiej próby. Dlatego, kiedy stanąłem przed trenerami, bardzo się stresowałem.

Ponoć wcześniej występowałeś w amerykańskiej wersji „The Voice”. To nie pomogło?
Miałem wtedy czternaście lat. To było zaraz jak zacząłem śpiewać. Pomyślałem, że tak po prostu spróbuję swych sił. Wiedziałem jednak, że dalej nie przejdę. W Polsce było inaczej. Co prawda nie widziałem twarzy trenerów, ale wiedziałem, że śpiewam przed wspaniałymi artystami. Nie było widowni – a ta zawsze mi pomagała. Musiałem więc dostosować się do nowej sytuacji. Potem już było tylko lepiej – z każdym występem czułem się coraz pewniej na scenie.

Masz jakiś sposób na radzenie sobie z tremą?
W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie mam za dużego wpływu na to, czy przed koncertem będę się stresował czy też nie. Staram się o tym nie myśleć – ale to i tak przychodzi. Kiedy znowu o tym myślę – to koncentruję się tylko na tym. Dlatego stwierdziłem, że muszę zaakceptować ten stres i traktować go jako coś drugorzędnego. On był i będzie – i ja nie mam na niego wpływu. Mam natomiast wpływ na to jak zaśpiewam. I to jest o wiele ważniejsze. Ta adrenalina może mi nawet w niektórych sytuacjach pomóc. Kocham śpiewać i chcę zawsze to robić jak najlepiej. Kiedy jestem skoncentrowany na tym, co muszę zrobić na scenie i przekazać widzom, zapominam o wszystkim innym. Tak było w programie: kilka godzin przed występem byłem już w swoim świecie.

Zdarzyły ci się jakieś potknięcia?
Był taki przypadek. Kiedy śpiewałem „Z tobą chcę oglądać świat” Zbigniewa Wodeckiego. Wyszedłem na zupełnie dla siebie nową scenę i dodatkowo miałem przed sobą jurorów. To sprawiło, że się bardzo stremowałem i zapomniałem fragmentu tekstu. Byłem wtedy początkowo w swoim świecie – ale na moment wyszedłem z niego i zobaczyłem co się wokół mnie dzieje. Przypłaciłem to pomyłką. Tym bardziej, że te utwory, które wykonywaliśmy w programie, to nie były proste piosenki w stylu Justina Biebera czy wcześniej Madonny.

Dlaczego wybrałeś na swego trenera Michała Szpaka?
Kiedy wchodziłem do programu, wiedziałem że trenerami będą gwiazdy polskiej muzyki. Ale nie znałem ich twórczości. Gdy przyjechałem do Polski na studia, skupiałem się na klasyce. Jeśli słuchałem już polskiej muzyki – to były to przede wszystkim polskie arie operowe. Choćby w wykonaniu mojego dziadka. Z polskiej muzyki rozrywkowej znałem tylko starszych artystów. Dopiero kiedy zaczął się „The Voice” dowiedziałem się, że Edyta Górniak jest w Polsce legendą, Afromental to rock, reggae i hip-hop, Urszula Dudziak jest ikoną jazzu, a Michał Szpak ma na swym koncie występ na Eurowizji. Gdy zaśpiewałem podczas przesłuchań w ciemno, Michał powiedział, żebym wybrał jego, bo chciałby mnie czegoś nauczyć, ale także samemu nauczyć się czegoś ode mnie. I to mnie przekonało. Poczułem, że Michał docenił tę moc, którą pokazałem na scenie. Nie było to wiele, ale wiedziałem, że stać mnie na więcej. I zrozumiałem, że właśnie z Michałem będę mógł to pokazać.

I czego się od niego nauczyłeś?
Przede wszystkim mniej myśleć, kiedy się śpiewa. Aby wchodząc na scenę, mieć cały sposób interpretacji piosenki wklejony w mózg. Żeby wszystko wyszło naturalnie – nie myśleć o tym, co się dzieje. Wtedy na przykład łatwiej wchodzi się na wyższe dźwięki. Śpiewa się je swoim głosem. Michał ma wspaniałą technikę wokalną i ja też bym chciał taką mieć. On przeszedł podobną drogę do mojej. Dlatego prowadził mnie mądrze i spokojnie. Mieliśmy tam prawdziwy maraton: mnóstwo prób, występów i nagrań. Michał musiał zadbać, abym nie zniszczył swego głosu, jednocześnie wzbogacając moją wokalną technikę.

Zaprzyjaźniliście się też z Michałem prywatnie?
Tak. Mamy dobry kontakt. Jesteśmy kumplami. Oczywiście nie jest tak, że będziemy się teraz spotykać prywatnie. Dużo się teraz dzieje u mnie, nie ma więc szans na takie rzeczy. Ale wiem, że Michał nadal interesuje się tym, co u mnie słychać. Chciałby ze mną jeszcze zaśpiewać i ja również mam na to ochotę. Mam nadzieję, że znajdziemy na to czas.

Jakie miałeś relacje z innymi uczestnikami programu?
Kibicowaliśmy sobie nawzajem. Były tylko pozytywne wibracje. Oczywiście w każdej grupie znajdzie się ktoś zazdrosny. Spędzając czas z innymi czułem się trochę, jakby to był letni obóz. (śmiech) Każdy chciał dowiedzieć czegoś o drugiej osobie, nie było rywalizacji kto jest lepszy. Chyba nikt z nas nie myślał o wygranej. Wszyscy byli bardzo zadowoleni, że są w programie. Choć momentami było sporo stresu, bawiłem się z innym naprawdę dobrze. I teraz już tęsknię za tym.

Mamy już twój pierwszy singiel – "Światłocienie". Jak powstała ta piosenka?
Czasu w studio było niewiele – zaledwie kilka godzin. To była tylko jedna sesja. Można było potem jeszcze wrócić do studia i dokonać poprawek, ale ja uznałem, że nie mam na to czasu. Były przecież kolejne próby i warsztaty. Musiałem się nauczyć dobrze śpiewać covery, które miałem wykonać w programie. Dlatego nagranie „Światłocieni” poszło bardzo szybko. Fajnie mi się pracowało z tymi producentami – dlatego robię z nimi już drugi utwór.

"Światłocienie" to nowoczesne R&B w stylu The Weekend. Taka muzyka jest ci najbliższa?
Ja słucham różnych gatunków: operę, rock, hip-hop. W gimnazjum wszyscy byliśmy emo i lubiliśmy takie zespoły z kręgu alternatywnego rocka, jak Green Day, Sum 41 czy My Chemical Romance. Teraz bardziej idę w stronę hip-hopu. Jestem ze Stanów – a tam taka muzyka jest bardzo popularna, więc słucham jej od lat.

Jak to się stało, że w ogóle zacząłeś śpiewać?
Kiedy byłem mały, zawsze sobie coś nuciłem pod nosem. Dlatego, gdy w drugiej klasie gimnazjum zorganizowano talent-show, rodzice zachęcili mnie, żebym wziął w nim udział i coś zaśpiewał. Wykonałem wtedy „Rhythm Of Love”. To był pierwszy utwór, który zaśpiewałem przed ludźmi. Szybko okazało się, że bardzo się spodobało dziewczynom, że jest w szkole taki chłopak, który śpiewa. To był dla mnie wielki plus. (śmiech) Byłem wtedy w takim wieku, kiedy dla chłopaka najważniejsze są dziewczyny i sport. Początkowo nie angażowałem się w śpiewanie jakoś bardzo mocno, ale generalnie spodobało mi się to. Dlatego zgłosiłem się do przedstawienia „High School Musical”. Nie grałem głównej roli, ale zakochałem się w śpiewaniu. W liceum zaangażowałem się w grupę a capella Supertonics. To była wspaniała zabawa. Dzięki temu mój świat zaczął krążyć wokół muzyki.

Twój dziadek jest słynnym śpiewakiem operowym. Jego przykład był dla ciebie ważny?
Kiedy byłem mały i nie interesowałem się muzyką, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaką wielką karierę dziadek zrobił. Pamiętam tylko, że kiedy przyjeżdżał na koncerty do Stanów, to zamykał się w pokoju i nie wychodził z niego godzinami. Uczył się swoich partii – ale nie chciał też, żeby ktoś go czymś zaraził przed występem. Pił tylko ciepłą herbatę. Cieszyłem się, że dziadek przyjeżdża i możemy z nim trochę spędzić czasu. Ale on miał inne priorytety. My gdzieś wychodziliśmy, a on zostawał w domu i pracował. Dziś wiem, że to bardzo ważne i biorę z niego przykład.

Wspierał cię w czasie programu?
Oczywiście. Zawsze dzwoniłem do dziadka przed i po każdym występie. Jedynie po finałowym odcinku tego nie zrobiłem, bo kiedy wygrałem, dostałem tyle telefonów, że nie byłem w stanie zadzwonić do niego. Wcześniej dziadek dawał mi rady jak przygotować dany utwór i jaką wybrać interpretację. Nagrywałem się na próbie i wysyłałem mu, prosząc o radę. Po występie z kolei pytałem co mógłbym lepiej zrobić. Dziadek zawsze był jednak pozytywnie nastawiony. Nie było czegoś takiego, co by mu się nie podobało. Kiedy wygrałem – bardzo się ucieszył i jest mega dumny ze mnie.

Nie wolałby, żebyś został śpiewakiem operowym niż popowym?
Nie. Bo to jest moja droga. Dziadek o tym wie. Bez sensu byłoby mnie namawiać na coś innego. Nawet jakby chciał. On miał inną drogę, a ja mam inną. Gdybym chciał iść w tę samą stronę co on, to w ogóle bym się nie zgłaszał do tego programu. Śpiewałbym tylko operę. Tymczasem pojawiłem się w „The Voice” – i mam szansę spróbować czegoś innego i nowego. Dziadek wie, że każdy ma swoją indywidualną drogę i jest zadowolony z moich sukcesów. Dlatego będzie mnie wspierał we wszystkim, co będę robił, żebym tylko był szczęśliwy.

Miałeś okazję śpiewać z dziadkiem w duecie?
Tak. Już kilka razy. Były takie koncerty, że zapraszał mnie na nie i śpiewałem oddzielnie, ale też takie, kiedy śpiewaliśmy razem.
Twój tata też był muzykiem i grał na klawiszach w rockowym zespole Róże Europy. Znasz jego nagrania?
Tak. Bardzo mi się podobają. Występował w pierwszym składzie Róż Europy. Niedawno zespół obchodził jubileusz 35-lecia działalności i miał koncert, podczas którego wystąpili wszyscy dawni jego muzycy. Tata też zagrał. Byłem na tym występie i mogłem posłuchać ich starszych i nowszych piosenek. To było wspaniałe: przyszły fanki, które ich lubią od 35 lat i totalnie szalały pod sceną. Pierwszy raz byłem na rockowym koncercie i aż poczułem żal, że tak rzadko chodziłem na tego typu imprezy. Tak sobie to wcześniej wyobrażałem - i nie zawiodłem się.

Jak to się stało, że twoi rodzice wyjechali z Polski do Stanów?
To było w czasie komunizmu. Poznali się dopiero w Stanach. Najpierw mieszkaliśmy w Massachusetts, a potem w Maryland. Z tego, co wiem, to tata poznał mamę w banku. Mama rozmawiała przez telefon po polsku ze swoją mamą. Tata to usłyszał i zagadał do niej.

Rodzice kultywują w domu polskie tradycje?
Tak. Moi rodzice są bardzo tradycyjni. Nie są tacy jak rodzice moich amerykańskich kolegów. Przejęli wiele polskich obyczajów z Polski z czasów komunizmu. Choćby rodzaje potraw czy podejście do świętowania.

Nie czułeś się przez to trochę wyobcowany ze swego amerykańskiego środowiska?
Kiedy byłem w gimnazjum, było to dla mnie niefajne. Czułem się trochę inny. Choćby przez to, że rodzice pozwalali mi na mniej niż rodzice moim amerykańskim rówieśnikom. Oni mieli więcej swobody, ja musiałem przestrzegać różnych reguł. W czasie wychodzenia poza dom czy w podejściu do nauki. Nie miałem w ogóle luzu. To był dziwny czas. Ale dzisiaj jestem rodzicom za to wdzięczny. Czuję się Polakiem i jestem z tego dumny.

Całkiem dobrze mówisz po polsku. Trudno ci się było nauczyć języka rodziców?
- Na początku za bardzo nie byłem tym zainteresowany. Miałem wtedy może 11-12 lat. Ale to normalne – dzieci takie są. Rodzice pchali mnie jednak do tego i pomagali mi w nauce. Czytali i rozmawiali ze mną po polsku. Nie wiedziałem, kiedy mi się to przyda – dopiero teraz okazuje się, że warto było się uczyć.

Przyjeżdżałeś na wakacje do Polski?
Tak. Ale dosyć rzadko. Pierwszy raz byłem, kiedy miałem 8-9 lat, a potem 11-12 i wreszcie jak miałem 18. Lubiłem to. Mieszkałem u babci i mogłem dużo jeść. (śmiech) To były wakacje i moi rówieśnicy nie mieli wtedy szkoły. Przychodziłem więc na Orlika i graliśmy w piłkę z chłopakami. Stworzyłem z niektórymi silne relacje, które przetrwały do tej pory. Bardzo mi się to podoba u Polaków, że nawiązują relacje, które trwają do końca życia.

Dlaczego zdecydowałeś się na studia w Polsce?
Kiedy dziadek usłyszał mnie na moim ostatnim przedstawieniu musicalowym w liceum, polecił mi uczelnię w Katowicach. Pomyślał, że nadałbym się do tego i to mógłby być dla mnie fajny kierunek, na którym zdobyłbym lepszą technikę śpiewu.

I jak ci się podoba na katowickiej uczelni?
Bardzo. Studia otwierają przede mną dużo różnych możliwości. Śpiew klasyczny i muzyka klasyczna są dla mnie nie z tej ziemi. Mają taką długą tradycję, a dalej utrzymują wysoki poziom. Niosą też ogromny ładunek emocji. Jaram się tym bardzo.

Śpiew klasyczny przydaje ci się w wykonywaniu popu?
Tak. Klasyczny warsztat może być wykorzystywany w wielu gatunkach muzycznych. Operowy śpiew to najzdrowszy rodzaj śpiewania na świecie. Jest wielu artystów ze świata rozrywki, którzy wykorzystują tego rodzaju techniki. Na przykład Bruno Mars, który używa przepony, aby wydobyć wysokie dźwięki. Podobnie John Legend.

Wolałbyś być w przyszłości śpiewakiem operowym czy popowym wokalistą?
Na razie nie mogę stwierdzić. Mam przed sobą tyle otwartych drzwi, że ciężko byłoby mi się obecnie zdecydować. Chciałbym czuć się tak samo dobrze w jednym miejscu, jak i w tym drugim. A potem pójść w jedną stronę, albo łączyć jedno z drugim. Śpiewanie jest ciągle dla mnie nowe i bardzo mnie ciekawi. Chciałbym więc eksperymentować. Wcześniej nie miałem takiej szansy, a teraz mam. Przede mną jeszcze dużo czasu, by się jednoznacznie określić.

Chcesz zostać w Polsce czy wrócić do Stanów?
Jestem typem człowieka, który żyje dniem dzisiejszym, ale planuje przyszłość. Wyobrażanie sobie jak wyglądałaby moja kariera w USA i ile tam mógłbym zarobić pieniędzy, w ogóle mi na razie nie przychodzi do głowy, ponieważ moje obowiązki są tutaj. Przede mną jeszcze 4 lata studiów. Dla mnie najważniejszy jest warsztat. A nie zdobędę go bez nauki. W tym kontekście większe możliwości widzę dla siebie w Europie i w Polsce.

Dziewczyny pewnie szaleją na twoim punkcie. Jak sobie z tym radzisz?
Teraz nie mam do tego takiego podejścia jak na początku gimnazjum. To jest dla mnie o wiele mniej ważne. Mam tyle na głowie, że nie myślę o jakiejkolwiek dziewczynie. To pewnie przyjdzie za jakiś czas. Teraz muszę w stu procentach poświęcić się pracy. Oczywiście nie jestem typem samotnika i też lubię dziewczyny. Fajnie by było mieć kogoś miłego. Ale jeszcze nie teraz. Na wszystko przyjdzie czas, a podobno miłość spada jak grom z jasnego nieba. (śmiech)

Twoi fani sugerują, że powinieneś reprezentować Polskę na festiwalu Eurowizji. Miałbyś na to ochotę?
Czuję, że nie jestem jeszcze w takim miejscu, by podjąć to wyzwanie. Mam inne rzeczy do roboty. Są inne priorytety. Nie jestem jeszcze gotowy na coś takiego. Myślę, że Alicja Szemplińska jest idealna do tej roli. Piękna dziewczyna, pięknie śpiewa. Ona rozwali ten system dla nas.

Nowe rozporządzenie w związku z pandemią

Wideo

Materiał oryginalny: Krystian Ochman: Czuję się Polakiem i jestem z tego dumny - Gazeta Krakowska

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Uwielbiam słuchać, kiedy pan Krystian śpiewa. Każdy jego występ jest tak niezwykły, że nie da się tego zmierzyć na skali wzruszeń i zachwytów. To artysta o wielkim głosie i wielkim, wrażliwym, sercu. I do tego tak skromny. Mam nadzieję, że będę miała szansę usłyszeć go kiedyś na żywo :).

Świetnie dobrane pytania. Bardzo dobrze się czytało ten wywiad. Chciałabym też zapytać, czy wywiad jest również gdzieś dostępny w wersji ustnej? :)

Dodaj ogłoszenie