Krzysztof Ingarden: Architektura może być pomostem między...

Krzysztof Ingarden: Architektura może być pomostem między ludźmi i kulturami

Zdjęcie autora materiału
Janusz Michalczak

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

W imieniu Rządu Japonii odznaczenie wręczył Ambasador Japonii w Polsce, pan Shigeo Matsutomi
1/8
przejdź do galerii

W imieniu Rządu Japonii odznaczenie wręczył Ambasador Japonii w Polsce, pan Shigeo Matsutomi © Ingarden & Ewy Architekci

Rozmowa z architektem KRZYSZTOFEM INGARDENEM, projektantem m.in. Galerii Europa – Daleki Wschód przy Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, konsulem honorowym Japonii, kawalerem Orderu Wschodzącego Słońca - Złote Promienie ze Wstęgą
- W Pana twórczości ważną rolę odgrywa wątek japoński. Czy zainteresowanie Japonią wynikało z fascynacji architekturą tego odległego kraju czy może jeszcze szerzej – japońską kulturą?

– W latach 70-tych, gdy zaczynałem studia, Japonia była krajem gospodarczego sukcesu, estetycznego wyrafinowania i architektonicznej awangardy. Już wtedy interesowałem się japońskim metabolizmem, a w tym samym czasie zainteresowanie językiem japońskim rozbudził we mnie mój ojciec, Roman Stanisław Ingarden.

Był profesorem fizyki teoretycznej, a także japonistą pasjonatem, który w wieku lat 50-ciu postanowił nauczyć się języka japońskiego i robił to nieprzerwanie przez 40 lat, do końca życia. Był zdania, że najlepszą metodą rozwijania pasji językowej jest uczenie innych, zatem zainicjował powstanie Japonistyki na Uniwersytecie w Toruniu. W roku 1994 został uhonorowany japońskim Orderem Świętego Skarbu.


– Był samoukiem czy miał nauczyciela?
Uczył się samodzielnie, ale podstawy zdobył na kursie w Japonii podczas jednego z pobytów jako visiting profesor w połowie lat 70-tych. Uważał, że język japoński w połączeniu z chińskim zapisem tworzy jedno z najdoskonalszych narzędzi komunikacji. Jego niezrealizowaną ideą było obliczenie entropii języka japońskiego. Entropii rozumianej jako miara ilości informacji.

– Czy w Toruniu Pana Ojciec ma dziś może aulę lub salę swojego imienia?

– Tego nie wiem. Imponująca była konsekwencja, z jaką mój ojciec postępował. Będąc dyrektorem Instytutu Fizyki, zaczął od prowadzenia lektoratu japońskiego dla studentów i pracowników naukowych. Początkowo w prowadzeniu lektoratu okazjonalnie pomagali mu japońscy fizycy przebywający na dłuższych stażach w Toruniu. Z czasem lektorat przekształcił się w Pracownię Języka i Kultury Japońskiej przy Wydziale Humanistycznym, a następnie w Zakład Japonistyki z kadrą polską wspomaganą lektorami z Japonii.

– A jak się rozwijały Pańskie japońskie zainteresowania?

– Jeśli chodzi o mnie, to japońska architektura zaczęła mnie intrygować gdy byłem na pierwszym roku studiów na Wydziale Architektury PK.Fascynowali mnie japońscy architekci – Kenzo Tange, projektant m.in. Centrum Pokoju w Hiroszimie oraz młodsza generacja jego uczniów metabolistów, Noboru Kawazoe, Kisho Kurokawa, Koyonori Kikutake, Fumihiko Maki i oczywiście Arata Isoazaki, którego architektura szczególnie mnie urzekła. Na drugim roku studiów pojawiła się możliwość wyjazdu do tego kraju.

Odbyłem wtedy wielką podróż autostopem – od Hokkaido przez Honsiu, Sikoku do Kiusiu, która okazała się przygodą życia. Zwiedziłem większość architektury współczesnej, a także główne obiekty historyczne Japonii. Wróciłem do Krakowa z mocnym postanowieniem, że jeszcze tam pojadę. Tak też się stało. Po ukończeniu studiów od razu aplikowałem o stypendium doktoranckie Ministerstwa Japonii na Uniwersytecie Tsukuba.

– Uzyskanie tego stypendium wiązało się z długim wyjazdem?

– Stypendium było półtoraroczne. Moja aplikacja została rozpatrzona pozytywnie i rok po studiach wyjechałem. Była w tym również nauka języka japońskiego. Uniwersytet – i sama Tsukuba, która się wówczas rozbudowywała – były bardzo ciekawe. Arata Isozaki zaprojektował w tym mieście wielofunkcyjny budynek miejski o nazwie Tsukuba Center Building z salą koncertową, restauracjami, sklepami oraz centralnym placem miejskim. Napisałem o tym kompleksie artykuł i posłałem do polskiego czasopisma ,,Architektura”.

– Czytałem lata temu, że to właśnie za Pana sprawą doszło do spotkania Araty Isozakiego z Andrzejem Wajdą.

– To było dużo później. Publikacja tekstu w ,,Architekturze” była momentem przełomowym. Pomyślałem, że skoro już przygotowałem taki materiał, to powinienem pokazać go Aracie i spytać go, czy nie przyjąłby mnie do swojego biura architektonicznego na praktykę zawodową.

Rozmowa z Aratą zakończyła się propozycją pracy. Byłem organizacyjnie na to zupełnie nieprzygotowany. Zapytany, kiedy mogę rozpocząć pracę, odpowiedziałem, że za miesiąc. ,,Za miesiąc? Myślałem, że już w poniedziałek” – nie krył zdziwienia. Dla mnie nie było to jednak takie proste, musiałem pokończyć moje prace studialne. Mieszkałem w odległej Tsukubie, a powinienem znaleźć jakiś kąt w Tokio. Wszystko się udało.

Codziennie do pracy jeździłem metrem ze stacji Nezu do Nogizaka, gdzie mieściło się biuro. Dopiero po około trzech miesiącach przyzwyczaiłem do japońskiego rytmu pracy, poznałem lepiej to biuro i zatrudnionych w nim architektów. Było coraz ciekawiej, i postanowiłem pracować tam dłużej. Pobyt w Japonii z tego powodu zdecydowanie się wydłużył, a praca u Isozakiego stała się dla mnie drugim uniwersytetem.

– Czy z Japończykami łatwo jest się porozumieć? Sprawiają wrażenie bardzo uporządkowanych, żeby nie powiedzieć sformatowanych. Istnieje w takim środowisku obszar na kreatywność, twórczą swobodę?

– Absolutnie jest tam i jedno, i drugie. Biuro, w którym pracowałem, może nie było całkiem typowe dla biur architektonicznych Japonii. Pracowało w nim niespełna 30 osób, które kończyły zagraniczne uczelnie, władały językiem angielskim i były dynamicznymi, twórczymi osobowościami.

Na pewno w takim środowisku było dużo łatwiej o bezpośrednie kontakty niż w wielkiej japońskiej korporacji. Struktury korporacyjne są dość sztywne, a biuro Araty Isozakiego miało bardziej artystyczny charakter.

– Czy Japończycy się Panem interesowali? Przede wszystkim w sensie kulturowym, jako przybyszem z innego świata?

– Oni znali Polskę. Arata Isozaki i jego żona, Aiko Miyawaki, znana japońska rzeźbiarka, byli w Polsce wcześniej m.in. w Muzeum Sztuki Współczesnej w Łodzi. Orientowali się świetnie w polskiej sztuce współczesnej. Nie obce były im dokonania awangardystów, między innymi Władysława Strzemińskiego, Katarzyny Kobro czy twórczość Aliny Szapocznikow. Czy interesowali się mną? To za dużo powiedziane. Oczywiście chodziliśmy razem na kolacje czy lancze, w trakcie których rozmawiało się również o Polsce. Proszę pamiętać jednak, że dzieliło nas całe pokolenie. W Japonii relacje w pracy są paternalistyczne i hierarchiczne.

Jednak ważna jest też współpraca i relacje poziome w grupie rówieśników. Jak się jest w takiej grupie, to człowiek czuje się bezpiecznie. Nie ma tam takiej ostrej rywalizacji jak na przykład w Stanach Zjednoczonych. Wszyscy pracują pozytywnie zmotywowani, aby uzyskać jak najlepszy efekt w kierunku wyznaczonym przez mistrza, jakim był w biurze Isozaki. Atmosfera pracy była fantastyczna. Zresztą do tej pory utrzymuję kontakt z Aratą, jak i z kilkoma z moich japońskich rówieśników, którzy dziś prowadzą własne biura i należą do czołówki japońskiej architektury. W sumie spędziłem w Japonii ponad trzy lata.

– Sporo… Jak w takim razie doszło do tego, że Arata Isozaki pojawił się w Krakowie?

– To było później. Po pobycie w Japonii powróciłem do Polski, ale na krótko, wyjechałem ponownie. Tym razem były to Stany Zjednoczone.

– Za oceanem przydały się Pańskie doświadczenia? Otwierały drzwi?

– Dzięki nim znalazłem pracę. Ale nie stało się to automatycznie. Te drzwi było bardzo trudno uchylić. W Nowym Jorku nie miałem żadnych zawodowych kontaktów. Wysłałem może sto listów do biur architektonicznych. Pozytywnie odpowiedziało jedno, może dwa… Wreszcie trafiłem do dziekana Wydziału Architektury Columbia University, Jima Polsheka, który mnie przyjął na rozmowę, dlatego że pracował z Isozakim nad projektem w Nowym Jorku. Zdecydował pewien drobiazg… Kiedy się z nim przywitałem, zobaczyłem, że ma na piersi białą plakietkę z japońskim napisem w kanji, który dla większości byłby całkowicie nieczytelny. Ja go przeczytałem na głos : ,,Mondai-nai”. Był wyraźnie zaskoczony: ,,O…! ...Mondai-nai!” – odpowiedział.

– A co to znaczy?

– ,,No problem”. I tak rozpoczęła się moja praca w Stanach Zjednoczonych. W Nowym Jorku, jakiś czas później, przeczytałem wywiad z Andrzejem Wajdą, laureatem Nagrody Kioto, który przeprowadziła Ewa Berberyusz.

Po raz pierwszy sławny reżyser powiedział w nim, że pragnie utworzyć fundację, której celem będzie budowa muzeum w Krakowie dla japońskich zbiorów Bruno Jasieńskiego. Przeczytałem tę rozmowę i pomyślałem sobie: ,,Zaraz, zaraz... Jeśli w Krakowie ma powstać muzeum japońskie, to powinien je zaprojektować Arata Isozaki”. Szczęśliwie w Nowym Jorku przebywali wtedy asystenci architekta, porozmawiałem z nimi i parę tygodni później otrzymałem informację, że Arata Isozaki bardzo chętnie podejmie się takiego wyzwania. Nie znałem wówczas Wajdy i nie miałem też z nim żadnego kontaktu.

List do niego z Nowego Jorku zaadresowałem na Teatr Stary i plac Szczepański. Jakież było moje zdziwienie, gdy otrzymałem odpowiedź. Pisał do mnie Andrzej Wajda zachwycony pomysłem i proponował spotkanie. Doszło do niego w Krakowie, jakieś 2–3 miesiące przed wizytą reżysera w Japonii. Wajda jechał tam już dość dobrze zorientowany w twórczości Isozakiego, gdyż przywiozłem mu książki opisujące dorobek architekta. W Japonii dowiedział się od niego, że poruszony pomysłem budowy gotów jest podarować Wajdzie koncepcję muzeum. Oczywiście Andrzej Wajda miał w Japonii swoje własne kontakty, własnego dystrybutora oraz przyjaciół, którzy cały czas wspierali go w tej inicjatywie, a ponadto też doskonale znali Aratę.

– Jakie wrażenie na Isozakim zrobił Kraków? Czy miał może już gotowy pomysł na budowę Centrum Manggha?

– Kraków odebrał bardzo pozytywnie, jako piękne historyczne europejskie miasto. Było za wcześnie na pomysł, gdyż muzeum nie miało jeszcze konkretnej lokalizacji. Ówczesny główny architekt Krakowa, Zbigniew Zuziak, przygotował kilka różnych propozycji lokalizacji. Isozaki zwrócił szczególną uwagę na jedną – przy ulicy Konopnickiej. Uznał ją za najbardziej prestiżową. Stwierdził, że niewiele jest w świecie takich średniowiecznych miast, w których można zaprojektować obiekt vis a vis zamku królewskiego, nad główną rzeką.

Była to jednak działka najtrudniejsza – najmniejsza, wymagająca uporządkowania. Po tej pierwszej wizycie Isozaki zrobił wstępne rysunki. Już wówczas widać było, że budynek będzie miał kształt fali. Zbiory Feliksa Jasieńskiego znał, gdyż pokazaliśmy mu je w kamienicy Szołayskich, w której mieścił się wtedy Oddział Sztuki Dalekiego Wschodu MNK.

Przechowywane pieczołowicie przez długie lata w magazynach, były w bardzo dobrym stanie. Był pod ich wielkim wrażeniem. Ta kolekcja dodatkowo zainspirowała Aratę i niezwykle pomogła w realizacji pomysłu ,,szalonego reżysera” z Krakowa.

Już to nie był zamysł gołosłowny, poparcie światowej sławy japońskiego architekta uwiarygodniło całe przedsięwzięcie nie tylko w Polsce ale i w Japonii, tym bardziej że nagroda przeznaczona przez Andrzeja Wajdę na ten cel stanowiła niewielką część wydatków związanych z budową Muzeum i przed Fundacją stanęło zadanie zebranie dodatkowych środków finansowych. Trwało to 2 – 3 lata. Po czym Arata Isozaki opracował drugą koncepcję budynku, która powstała już po przekazaniu działki przez wojewodę Tadeusza Piekarza, uwzględniała te założenia programowe, które ja szczegółowo przygotowałem.

– Dla architekta z japońskimi korzeniami zawodowymi, jeśli tak to można określić, wyzwaniem byłaby realizacja własnego projektu w Japonii. W Pana przypadku to się powiodło za sprawą projektu ambasady Rzeczpospolitej w Tokio.

– Stary budynek ambasady został zaprojektowany jeszcze w początku lat 60. przez jakąś rosyjską firmę budowlaną. Projekt i budynek były złej jakości, dodatkowo niezliczone trzęsienia ziemi w Tokio spowodowały, że obiekt ten spękał i przeciekał.

Ambasador, widząc co się dzieje, zdecydował o konieczności zburzenia tego budynku i realizacji nowego. Ministerstwo spraw zagranicznych ogłosiło konkurs na projekt i zaprosiło do niego kilku architektów z japońskim doświadczeniem. Zwyciężyliśmy w tej rywalizacji spełniając przyjęte kryteria. Jednym z nich była... ilość samochodów na parkingu. Zastosowałem znane mi z wcześniejszej pracy w Tokio rozwiązanie parkingu mechanicznego i wygraliśmy projekt. Nie był to nasz jedyny japoński projekt. W roku 2005 zbudowaliśmy w Nagoi pawilon polski na Światowej Wystawie EXPO 2005 Aichi.

– Biuro Ingarden & Ewy realizowało wiele rozmaitych projektów. Odnoszę jednak wrażenie, że czujecie się Państwo najlepiej w roli projektantów obiektów z jakąś konkretną funkcją kulturową.

– Naszą ambicją od zawsze była specjalizacja w dziedzinie projektowania budynków służących kulturze, ale projektujemy też biurowce, mieszkaniówkę i obiekty przemysłowe. I co jest chyba istotne, od czasów gdy praktykowałem u Araty, rozwijam w sobie takie przekonanie, że bardzo ważną rzeczą dla architektury jest komunikat o charakterze kulturowym, zawierający takie wartości, które wpływają na miasto i społeczność w danym miejscu. Jest ona elementem, który tworzy ciągłość historii w przestrzeni miasta. Nowoczesność i modernizacja powinny być tak realizowane, aby nie zrywać ciągłości kulturowej.

– Kolejne obiekty zaprojektowane przez biuro Ingarden & Evy stanowią ścisłe potwierdzenie tych słów. Mam na myśli Pawilon Wyspiańskiego i Ogród Sztuki, a także – w jakimś sensie – ICE KRAKÓW Congress Centre.

– Tak, przede wszystkim Pawilon „Wyspiański 2000” i Małopolski Ogród Sztuki to obiekty współczesne, wyraźnie zaawansowane technologicznie a przy tym eksperymentalne. Wyrażają troskę o to, aby zachowane były wartości związane ze skalą otoczenia i tradycyjnymi materiałami. Także ich forma została wygenerowana w kontekście miejsca, nie jest naśladownictwem czy kopią istniejących obiektów, są to nowe formy prowadzące dialog z historią. Są budowlami współczesnymi w pełnym znaczeniu tego słowa.

– Japończycy nie są, tak mi się wydaje, ludźmi wylewnymi. Spodziewał się Pan takiej formy uznania? Mam na myśli przyznany Panu order...

– Czuję się niezwykle zaszczycony tym faktem, że rząd Japonii zdecydował o odznaczeniu mnie orderem tak wysokiej rangi i, trzeba przyznać, nie często nadawanym. Trafia on do ludzi, którzy szczególnie zasłużyli się dla budowania związków z Japonią. Fakt, że uznano moją działalność za ważną na drodze budowania kulturowych relacji polsko–japońskich, bardzo mnie cieszy. To samo odznaczenie wcześniej otrzymał Andrzej Wajda, a także tak wybitni japoniści jak Wiesław Kotański czy Romuald Huszcza, więc jestem niezwykle dumny z tego powodu.

– Dziękuję za rozmowę

ZOBACZ KONIECZNIE:




Polub nas na Facebooku i bądź zawsze na bieżąco!


WIDEO: Poważny program - playlista 3 odcinków

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo