Kupić? Sprzedać?

Redakcja
Satyryczny komentarz do opisywanych tu wydarzeń z ówczesnej prasy Jednym z filarów wspierającym dobry byt i zamożność państwa jest solidna, stabilna waluta. Pieniądz, jako pośrednik w wymianie dóbr i miernik ich wartości, winien budzić zaufanie obywateli, a zadaniem dobrego rządu jest zaufanie to budować i podtrzymywać. Niestety, nie zawsze się to udaje, nie zawsze też jest możliwe. Szczególnie w "ciężkich czasach" pieniądz bywa wystawiany na ciężkie próby.

Panorama ciężkich czasów - odsłona wtóra

   Do roku 1914 systemy walutowe krajów europejskich to był prawdziwie "wiek złoty". Kurs pomiędzy poszczególnymi walutami, opartymi wyłącznie o złoto, był stały. Panowała całkowita, nieograniczana żadnymi przepisami, swoboda posiadania i nabywania złotych monet oraz ich przewożenia przez granice.
   Ale już kilka dni po wybuchu wojny wymienialność banknotów na złoto zawieszono, powodując stopniowe odchylenia kursów walut od ich parytetu. Poza wąskimi gremiami specjalistów nikt się tym specjalnie nie przejął; wszak wojna miała potrwać najwyżej kilka miesięcy. Stało się, jak wiemy, inaczej. Z końcem 1915 roku kurs rubla, marki i austriackiej korony na giełdach w Londynie i Paryżu spadł średnio o 30 procent. Zaczął się zjazd, bez odwrotu, z równi pochyłej.
   W marcu 1915 r. na zajętych terenach Kongresówki niemieckie władze okupacyjne zarządziły, obok rubla, płatności w markach, wprowadzając praktycznie dwuwalutowość. Ustalono urzędowy, uprzywilejowany kurs marki wobec rubla. Ludność ignorowała go jednak, darząc rubla większym zaufaniem i stosując dawny, przedwojenny przelicznik. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zadekretowany przez władze kurs waluty rozminął się z oczekiwaniami i potrzebami rynku, otwierając, na razie jeszcze nieśmiało, pole spekulacji.
   Zmieniany często kurs marki dezorganizował gospodarkę. By temu zapobiec, Niemcy wprowadzili na tym obszarze odrębny środek płatniczy, markę polską emitowaną przez bank wzorowany na niemieckich kasach pożyczkowych, który otrzymał nazwę - Polska Krajowa Kasa Pożyczkowa. Jej byt planowano na rok, dwa. Przetrwała w niepodległej już Polsce aż do roku 1924.
   Południowe, opuszczone przez Rosjan tereny, zajęli Austriacy, wprowadzając czwartą walutę, austriacką koronę. Na wschód, poza granicami Kongresówki, Niemcy zaczęli emitować jeszcze dodatkowo ostmarki i ostruble. Po rewolucji roku 1917 w Rosji w obiegu pojawiły się w Kongresówce, obok carskich, ruble dumskie i "kierenki".
   Tak więc u progu swej niepodległości państwo polskie otrzymało w wianie 9 rodzajów znaków pieniężnych o odmiennej sile nabywczej na obszarze o nieustalonych granicach, przy odrębności warunków gospodarczych, ogromnych zniszczeniach wojennych, pustej kasie i zdezorganizowanym aparacie skarbowym. Miary kompletnego chaosu dopełniały, na mocy międzynarodowych układów, odrębne uregulowania walutowe na Górnym Śląsku i na terenie Wolnego Miasta Gdańska.
   Czasy i bez tego były ciężkie. Brakowało dosłownie wszystkiego, szalała drożyzna, spekulacja, kwitł czarny rynek. Nakazem chwili stało się zapanowanie nad tym żywiołem, powrót do jakiej takiej równowagi gospodarczej. Zacząć należało od pieniądza. Już przed końcem wojny, gdy klęska Niemiec stawała się nieuchronna, w gronie polskich działaczy gospodarczych toczyła się dyskusja nad sposobem zaprowadzenia waluty w mającym powstać niepodległym państwie polskim. Ale wypadki dziejowe nie czekały na wynik akademickich dyskusji. Biegły szybciej i w listopadzie 1918 roku jedyną funkcjonującą instytucją zdolną przeprowadzić ujednolicenie waluty była Polska Krajowa Kasa Pożyczkowa. Stopniowo na terenie wszystkich dzielnic wprowadzano markę polską; ustawą ze stycznia 1920 r. stała się ona prawnym środkiem płatniczym na terenie całego państwa. W marcu nakazano, przy czasowym zamknięciu granic, wymianę ostatnich już biletów "bezdomnej" - po rozpadzie ck monarchii - austriackiej korony na banknoty markowe.
   Równolegle zaczęto gromadzić niezbędne rezerwy kruszców i walut, by zapewnić marce stabilność. Nie można było liczyć na pożyczki zagraniczne, apele do ofiarności społecznej przynosiły efekty mniejsze od oczekiwanych. Sięgnięto więc po środki nadzwyczajne. 10 listopada 1919 roku weszła w życie ustawa o przymusowym wykupie złotych i srebrnych monet oraz złota i srebra w stanie nieprzerobionym. Od 9 lipca 1920 roku zaczęła obowiązywać ustawa o ograniczeniu - dla osób fizycznych praktycznie równa z zakazem - obrotu dewizami i walutami zagranicznymi. Nieudokumentowane posiadanie i sprzedaż tych walorów stało się przestępstwem. Czarny rynek zszedł do podziemia. Do walki z nim państwo wystawiło armię urzędników i policję. Rozpoczęła się wojna trwająca blisko 4 lata, aż do reformy Grabskiego w roku 1924.
   Jak przebiegała ta batalia, jaki był klimat tych czasów, nastroje i reakcje społeczne? Próżno szukać odpowiedzi w opracowaniach historycznych tej epoki. Traktują temat, co zrozumiałe, z wysoka. Musimy więc zejść na bruk, w codzienność tych czasów; zobaczmy ją oczyma reporterów ówczesnej prasy. To niezwykłe czasem opowieści, niekiedy tragikomiczne. Ale zawsze pouczające, wszak historia lubi się powtarzać. Wielu z nas pamięta doskonale czarny rynek walut z lat PRL-u; a co przyszłość przyniesie - odpukać - nigdy nie wiadomo.
   Termin, bardzo krótki, przymusowego skupu złota i srebra ustalił minister skarbu. Potem przedłużono go jeszcze do końca roku, do sylwestra. Dla wielu, po obu stronach frontu, nie był to dzień beztroskiej zabawy; dla jednych okazał się bardzo pracowity, dla innych - fatalny w interesach. Tego bowiem dnia, jednocześnie w całym kraju, brygady urzędu walki z lichwą i spekulacją, ramię w ramię z pracownikami władz skarbowych, przy wsparciu policji, dokonały rewizji w bankach, kantorach wymiany i u pokątnych handlarzy walut. Wszystkie depozyty w schowkach bankowych objęto zakazem swobodnego rozporządzania, aż do czasu sprawdzenia ich zawartości. W Krakowie "brygady tygrysa" z pałacu Larischa, siedziby urzędu przy ul. Brackiej, w liczbie 80 funkcjonariuszy, zrobiły nalot na czarną giełdę przy Plantach Dietlowskich, u zbiegu Stradomia i ul. Krakowskiej. Placyk otoczył kordon policji, waluciarzy spędzono do kawiarni Splitera i tam dokonano rewizji osobistej. Polecono giełdziarzom zdjąć buty, ubranie, a nawet bieliznę. Pruto tajne, podwójne kieszenie, podszewki...
   Oczywiście giełda nie zaprzestała działalności, więc akcje powtarzano co kilka tygodni; z czasem stawały się coraz częstsze, wrosły w pejzaż miast, spowszedniały, zwłaszcza gdy zaczęła obowiązywać ustawa dewizowa. Oto znów obrazek z placyku przy Plantach Dietlowskich: "Codziennie zbierają się tu tłumy czarnogiełdziarzy uprawiających zupełnie jawnie niedozwolony handel obcą walutą. Ogromne te zbiegowiska tamują ruch uliczny, a komisariat policji, który się w pobliżu mieści, nie rozporządza odpowiednią ilością posterunkowych, by tłumy te rozpędzić. Osoby zwabione tutaj obietnicą korzystnej zmiany obcych walut padają zwykle ofiarą oszustów, a bojąc się odpowiedzialności nie dają o tym znać władzom. Z powyższych powodów organa policji przeprowadziły__wczoraj doraźną obławę wywołując popłoch wśród spekulantów. Giełdziarzy otoczono kordonem i poprowadzono w pochodzie do ekspozytury śledczej "Pod Telegraf". Podczas tego przemarszu giełdziarze rzucali na ziemię znaczne ilości walut obcych, które zbierali posterunkowi. Niektórzy waluciarze, bardziej zaangażowani, w obawie skutków karno-sądowych, podarli wielka ilość walut na strzępy".
   Nękanie waluciarzy odniosło ten skutek, iż część ich przeniosła się do kawiarń; szczególnie upodobali sobie lokal w Grand Hotelu. Podobnie było w Warszawie; handlarze płoszeni z Ogrodu Saskiego przesiadywali w "Polonii". Ale i tam poddawani byli legitymowaniu i rewizjom przez brygady komisarza Wiskowskiego, który był w tym czasie najbardziej znanym z policyjnych pogromców czarnej giełdy.
   Opłacały się też walutowe wojaże; np. podróż ze Lwowa do Katowic z uwagi na różnice kursów była dla handlarzy bardzo owocna. Policja zaczęła więc przeczesywać składy pociągów. Z inicjatywy inspektora Łukomskiego, szefa policji lwowskiej, powołano specjalne kolejowe lotne brygady. Gdy pociąg ruszał, przystępowali do rewizji co bardziej, ich zdaniem, podejrzanych osobistości. Znają wszystkie skrytki w wagonach i sposoby ukrycia walut przy sobie. Odrywają obcasy, rozcinają krawaty; zwitki banknotów znajdują się przy osobistej, szczegółowej rewizji nawet w "sekretnych" miejscach walutowych komiwojażerek. Cóż, służba nie drużba... Zdarza się, że ktoś w panice pociągnie za hamulec bezpieczeństwa i tłum ewakuuje się w pośpiechu na zewnątrz. Ale i tam, przewidując taki scenariusz, stoją gęsto patrole policji.
   Łapanki w pociągach zdają egzamin, ale mają też i swój negatyw. Oto czytamy, iż na wielu, zwłaszcza lokalnych, liniach pojawiają się "inspektorzy" pracujący na własny rachunek. Agenci są fałszywi, fałszywe są ich legitymacje, którymi wymachują przed nosem przerażonym pasażerom, prawdziwa jest tylko waluta, którą rekwirują praktycznie bezkarnie. Poszkodowanym niespieszno ze skargą, bo żalący się na utratę walut w wyniku przestępstwa najpierw musiał wytłumaczyć, jak wszedł w jej posiadanie. Sprawy załatwiano więc raczej we własnym gronie. Oto historia z Tarnopola, gdzie wielkie poruszenie wywołał zgon znanego powszechnie, szanowanego szewca. Otóż zdarzyło się, iż pewien kupiec, który sprzedał skórę za 600 dolarów, obawiając się rewizji w pociągu, udał się do owego szewca z prośbą, by ten ukrył mu banknoty w obcasie. Za dwie godziny kupiec otrzymawszy jeszcze 50 dolarów, przyszedł ponownie, by obcas rozebrać i dołożyć jeszcze i ten banknot. Wówczas okazało się, że schowek w bucie jest pusty. Szewc zaklinał się, że pieniądze włożył. Kupiec nie wierzył; na policję oczywiście nie poszedł, ale odwiedził miejscowego rabina. Rabin wysłuchał obu stron i dał wiarę kupcowi. Nakłaniał szewca do oddania pieniędzy, ale ten szedł w zaparte. W tej sytuacji rabin zwołał do bóżnicy najbardziej wpływowych Żydów miasta i wezwał mistrza dratwy do uroczystej przysięgi. W decydującym momencie szewc cofnął się; oświadczył, iż w "tym wieku" nie chce przysięgać i obiecał sprawę załatwić polubownie. Następnego dnia sprzedał rzekomo z domu jakieś przedmioty, "zapożyczył się" i dolary oddał. Ale trzy dni potem ze zmartwienia i wstydu nagle zmarł.
   Pociągami "lewe" walory podróżowały nie tylko po kraju, próbowały też wyjechać w świat. W Rudziszkach, na granicy z Litwą, poddano rutynowej kontroli żonę znanego wileńskiego lekarza. Celnik zajrzał też do jej podręcznego woreczka, w którym znalazł zastanawiająco dużo guzików obszytych suknem. Mimo oburzenia i protestów paniusi materiał rozcięto; w środku były złote dziesięciorublówki. Zakamarki pani doktorowej ujawniły nadto funty, franki, dolary, złotą broszkę z diamentami. Jej kapelusz pod przybraniem z niewinnych kwiatuszków krył złote pięciorublówki.
   Udający się za granicę obywatele polscy mogli za okazaniem paszportu wykupić 80 dolarów na osobę. Wielu więc handlarzy kupowało paszport, mieli go stale przy sobie na "ewentualny" wyjazd, a czarnogiełdowe transakcje dokonywali na ulicy najwyżej do kwoty 80 dolarów. Coraz częściej podczas legitymowania w nielegalnych kantorach, ulokowanych w hotelach i składach bławatnych pod płaszczykiem legalnych interesów, wszyscy "klienci" jak jeden mąż wyciągali paszporty. Zgodnie też, pytani, w jakim celu przyszli do tego akurat lokalu, odpowiadali, iż chcieli, na przykład, zatelefonować. Tak zdarzyło się pewnego dnia - jak czytamy w warszawskim "Kurierze Porannym" - u Goldsteina, na Gęsiej, w składzie towarów łokciowych.
   Ta czarnogiełdowa drobnica była dokuczliwym, jednak nie największym problemem finansów młodego, nieokrzepłego państwa. Ostatecznie waluta, choć nielegalnie zmieniała właściciela, zostawała w kraju. Znacznie większym zagrożeniem był jej wypływ na zewnątrz, machinacje na kolejnym, wyższym szczeblu wymiany, w prywatnych bankach i kantorach mających koncesję na obrót walutą z zagranicą. Zorganizowane były w spółki o zagmatwanych powiązaniach, które utrudniały kontrolę i bez tego wymagającej specjalistycznej wiedzy z zakresu księgowania i bankowości. Na porządku dziennym były podwójne bilanse, jeden na własny użytek, drugi dla urzędów.
   Na przełomie lat 1923/24 głośnym echem odbił się w całym kraju proces bankiera Stuckgolda. Kurierzy jego banku wywozili do Gdańska ogromne kwoty, korzystając po kilka razy z tych samych jednorazowych zezwoleń, których nikt dokładnie nie kontrolował. Do czasu, aż w tych wojażach kurierom zaczęli dyskretnie towarzyszyć agenci komisarza Wiskowskiego. W lutym 1924 r. Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Stuckgolda na 2 lata więzienia, 48 miliardów marek grzywny. Jednym z oskarżonych w tym procesie był współwłaściciel banku Federowicz, krewny prezydenta miasta Krakowa. Został jednak uwolniony od kary. Kilka dni potem wybuchł skandal z bankiem francusko-polskim. Jego dyrektorzy wywieźli nielegalnie za granicę 6 milionów franków, równowartość ponad 2 trylionów marek.
   Zaraza dotarła nawet do organów ścigania. Pod datą 26 lutego 1924 r. napotykamy informacje, iż w związku z podejrzeniami o nadużycia w komisariacie do walki ze spekulacją walutową aresztowano kilku współpracowników komisarza Wiskowskiego, co do których zaistniało uzasadnione podejrzenie, iż dopuszczali się nadużyć przy rewizjach przeprowadzanych u kupców i przemysłowców.
   Ale ta afera nie miała już spektakularnego finału. W tym samym bowiem czasie uwagę opinii publicznej skupiło wydarzenie, na które wszyscy wyczekiwali z utęsknieniem. Po raz pierwszy, mimo iż markę wessało w spiralę hiperinflacji, miesięczne wpływy do budżetu przewyższyły jego wydatki. Zatrzymano druk marek w Państwowych Zakładach Graficznych. Nawiasem mówiąc trwało tam dochodzenie w sprawie przekrętów przy zakupie za granicą papieru na druk banknotów. 20 stycznia 1924 roku minister Grabski podpisał pierwsze rozporządzenie wykonawcze do ustawy o "naprawie skarbu państwa", ustalające, iż "_jednostką monetarną Rzeczpospolitej Polskiej jest złoty o zawartości 9/31 grama czystego złota", _co odpowiadało parytetowi szwajcarskiego franka, najsilniejszej wówczas waluty Europy. Zaczynało być normalnie.
Kolumnę opracował
Jan RogóŻ

Przygotuj swój turystyczny biznes na sezon

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie