"Lajkonik" dołoży do kawy tony precelków

Redakcja
Happening uczniów przed "Lajkonikiem". Na pierwszym planie Andrzej Spyrka i Lajkonik, w którego wcielił się Dominik Płonka Fot. Ewa Tyrpa
Happening uczniów przed "Lajkonikiem". Na pierwszym planie Andrzej Spyrka i Lajkonik, w którego wcielił się Dominik Płonka Fot. Ewa Tyrpa
JUBILEUSZ. W zakładzie nie tylko produkowano. Tu zawierano znajomości prowadzące na ślubny kobierzec.

Happening uczniów przed "Lajkonikiem". Na pierwszym planie Andrzej Spyrka i Lajkonik, w którego wcielił się Dominik Płonka Fot. Ewa Tyrpa

Przeskok z kawy do krakersów

Zapewne Austriak Henryk Franck z Linzu, zakładając sto lat temu Fabrykę Surogatów Kawowych "Henryk Franck i Synowie", nie spodziewał się, że przetrwa ona wiek i tak się rozwinie.

Początkowo fabryka zajmowała się suszeniem, mieleniem i prażeniem cykorii, rok później zaczęła produkcję kawy zbożowej. Przed II wojną światową zatrudniała 658 osób. Po wyzwoleniu została upaństwowiona i zmieniono jej nazwę na Fabryka Środków Kawowych. Potem sukcesywnie się przekształcała i produkcję poszerzono m.in. o makarony, zupy, cukier waniliowy, budyń, ogórki konserwowe, zupy. Jej nazwę w 1959 r. zmieniono na Skawińskie Zakłady Koncentratów Spożywczych. Jednak do dzisiaj zachowała się, zwłaszcza wśród starszych pokoleń nazwa "kawa". Nazwa ta miała uzasadnienie, zwłaszcza w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy na nowoczesnych liniach, uruchomiono produkcję kawy zbożowej "Inka". Wtedy w SZKS nastąpił skok technologiczny. W najlepszym okresie zakład zatrudniał dwa tysiące osób. Kupiono linię do produkcji krakersów i stworzono nowy oddział produkcji pieczywa. - To była najnowocześniejsza linia w Europie - mówi Kazimierz Wielgosz, pracujący w firmie od 1971 r.

Był świadkiem, a też uczestnikiem wszystkich przemian, jakie dokonały się od początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy SZKS zakupiła rodzina Bahlsenów z Niemiec. Zrezygnowano wtedy z nieopłacalnej produkcji makaronu. Rynek był nasycony.

Największy rozkwit firmy

Lata siedemdziesiąte, to największy rozkwit firmy w poprzednim systemie. W 1970 r. sprowadzono tu technologię produkcji słonych paluszków, rok później rozpuszczalnego ekstraktu kawy zbożowej "Inka". Jednak firma nie była całkowicie przygotowana do tak dużej produkcji, m.in. pod kątem zatrudnienia i świadomości. Po uruchomieniu linii krakersów, potrzeba było zatrudnić 600 pracowników. Szukano ich wszędzie, często na zasadzie "łapanki", dowożono ich z różnych rejonów, np. codziennie na każdą zmianę górali spod Nowego Targu. - Wielu z nich nigdy nie widziało zakładu pracy. Nie miało pojęcia o higienie. Trzeba było ich uczyć wszystkiego począwszy od mycia rąk, korzystania w sanitariatów, jak i obsługi odkurzacza - wspomina Kazimierz Wielgosz, który w przez prawie 40 lat pracy przeszedł różne stanowiska od majstra w oddziale kawy do kierownika na "paluszkach". Tu planuje dotrwać do emerytury, bo z firmą "Lajkonik", związany jest od początku.

Najpierw był "Bahlsen"

Spółka powstała, gdy koncern Bahlsen KG Hanower w 1993 r. zakupił SZKS, od dwóch lat funkcjonujący już jako jednoosobowa spółka. Sześć lat później właściciel postanowił oddzielić produkcję pieczywa słodkiego od słonego. Z dawnych SZKS utworzono trzy branżowe zakłady: "Bahlsen Sweet" ze słodkim pieczywem, "Lajkonika" znanego ze słonych krakersów i paluszków, "Biogran" - producenta rozpuszczalnej kawy. Bahlsen nie chciał przejmować produkcji, której nigdy koncern nie miał u siebie. Sprzedał wydział z kawą grupie "Kord". Kawa ma specjalny wymiar dla skawinian, którzy dzięki jej produkcji wiedzą, kiedy będzie padał deszcz. Gdy czuć zapach kawy, wiadomo, że nadejdzie.

Skok technologiczny w uczciwej firmie

Po nabyciu byłego SZKS przez "Bahlsena", nastąpił ogromny skok technologiczny, ale także mentalny. Zdaniem pracowników trudno go porównywać ze zmianami z lat siedemdziesiątych, kiedy też różnie bywało z dyscypliną. Dzisiaj nikt nie wyobraża sobie np. organizowania na zmianie swoich imienin. Pracownicy mogą spotkać się po pracy poza zakładem czy zorganizować u siebie grilla. Ludzie szanują pracę, bo po pierwsze wiedzą, że związali się z prestiżową firmą, która gwarantuje im wszelkie świadczenia. - Nie zdarzyło się, żebyśmy w terminie nie otrzymali wypłaty, czy zakład nie odprowadzał za nas składek, np. do ZUS-u. Nigdy nie byliśmy oszukiwani i zakład możemy stawiać za wzór - mówią pracownicy, dodając, że są paczki mikołajowe dla dzieci, dopłaty do kolonii i świąteczne bony.

Wydają fortunę na badania i jakość

Wszyscy przyzwyczaili się do wysokich wymagań. Mogą szczycić się pracą w firmie z dobrą, znaną marką. - Na badania i surowce wydajemy fortunę, ale możemy z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że produkujemy bezpieczną żywność, z zachowaniem światowych norm i wyselekcjonowanych składników - zaznacza Emilia Łukowcz, dyrektorka "Lajkonika", który np. biomąkę sprowadza z młynów odległych o 300 km. Możnaby znaleźć tańszą, ale firma postawiła na jakość. Bezpieczne są też drogie ekologiczne farby i opakowania wyrobów. Produkcja kontrolowana jest na każdym etapie. Każda paczka jest oznakowana i w razie uwag konsumentów, można sprawdzić, na której taśmie powstał wyrób.

Zrezygnowali z obchodów

W tym roku "Lajkonik" obchodzi stulecie istnienia. Jubileusz miał odbyć się z rozmachem, ale po pierwsze katastrofa samolotowa z 10 kwietnia, a potem żywioł, niosący za sobą od maja ludzkie nieszczęścia zmienił plany. - Postanowiliśmy całkowicie zmienić formę świętowania, bo byłoby niemoralne bawić się w tym czasie. Pieniądze przeznaczone na obchody rocznicy, w różnej formie przekazaliśmy potrzebującym. Część daliśmy powodzianom, a część wydaliśmy na konkursy w szkołach - informuje pani dyrektor, która z firmą związana jest od 30 lat. Nie chce o sobie mówić wiele, bo uważa, że najważniejsi są pracownicy. - To oni tworzą firmę - podkreśla, ale chętnie opowiada o samej produkcji, opierającej się na certyfikatach, m.in. ISO 9001 i systemie HACCP oraz o wyrobach "Lajkonika", produkującego rocznie prawie 18 tysięcy ton paluszków, precelków i krakersów.

Głównie kobiety

Zakład zatrudnia 550 osób, jest drugim pod względem wielkości zakładem o takiej produkcji w Europie. Pracują tu głównie kobiety, dlatego może Emilia Łukowicz jest orędowniczką systemu pracy, pomagającego mamom w wychowywaniu dzieci. Mogą pracować na pół lub trzy czwarte etatu. Także, gdy wolą pracować na druga zmianę, bo po południu dzieckiem może zająć się mąż, idziemy im na rękę. Kobiety są świetnymi pracownikami i trzeba im stwarzać odpowiednie warunki. - Jestem przeciwniczką jednorazowego becikowego, które - nie ukrywajmy - jest formą jałmużny, a opowiadam się za umożliwianiem mamom pracy, bo one chcą ją podjąć, ale w dogodnym czasie oraz dostępnością do żłobków czy przedszkoli - dodaje Emilia Łukowicz. Podkreśla też znaczenie i odpowiedzialność wieloletnich pracowników, którzy identyfikują z zakładem.

Stawali przed ołtarzem

Był on zawsze sfeminizowany i panowie, jak mówią, mieli tu raj na ziemi i okazję do zawierania znajomości, które często prowadziły na ślubny kobierzec. Tu swojego małżonka Andrzeja poznała Krystyna Jaskuła z Jurczyc. - Skorzystałam podwójnie podejmując tu pracę - uśmiecha się. W firmie spędziła całe swe zawodowe życie. Zaczynała od makaronów. Czasy te wspomina z jednej strony z sentymentem, bo tu zaczynała pracę jako młoda dziewczyna, a z drugiej strony nie można jej porównać z istniejącym systemem. Wtedy wszystko robiło się ręcznie: od pracy na taśmie, do składania kartonowych opakowań. - Dziś wiele czynności zastąpiły maszyny, które są znacznie wydajniejsze, niż w poprzedniej epoce, np. daty na opakowaniach przybijałyśmy datownikiem z tuszem na poduszce. Gdy pracowałam w drukarni, napisy na kartony też na specjalnej gilotynie, były cięte ręcznie. Dziś jest to przeżytek - wspomina pani Krystyna, która teraz pracuje na linii paluszków, które wcale jej się nie znudziły. Najbardziej lubi te z sezamem.

Kazimierz Wielgosz przypomina, jak panie na taśmach deseczkami ręcznie ściągały z taśmy ciasto. Była to monotonna i jednostajna praca, przy której trzeba było stać. Kiedyś zobaczył kobietę wykonującą ją i. .. śpiącą. Potrafiła tak zakodować sobie tę czynność. Dzisiaj nadal są stanowiska, przy których trzeba stać, bo maszyny nie wykonają wszystkiego za człowieka, ale praca jest w maksymalnym stopniu zmechanizowana.

Pan Kazimierz też poznał tu kobietę swego życia. Pracowała w dziele Głównego Mechanika i poznali się, gdy w świetlicy zakładowej organizowali zabawę taneczną. Jego żona Danuta po rozdziale firm, pracuje w "Bahlsenie Sweet".

Do grupy weteranów pracy należy Tadeusz Paciorek z Radziszowa. On też znalazł tu małżonkę, Urszulę, dziś emerytkę. - Była bardzo pracowita i odpowiedzialna. Tym wyróżniała się wśród pracowników - chwali ją Kazimierz Wielgosz. Może dlatego przyszły małżonek zwrócił na nią uwagę, gdy na wydział produkcyjny przychodził usuwać różne awarie?

Tadeusz Paciorek zaczynał w 1968 r. w Wydziale Elektrycznym, gdzie praca bardzo mu się podobała. Po trzech latach poszedł do wojska, po którym wrócił do SZKS-u, gdzie rozpoczynały się strategiczne inwestycje z budową nowych linii produkcyjnych. Choć płace nie były tu najwyższe, to nie zdecydował się na zmianę zakładu, co w tych czasach nie było trudne, a w innych skawińskich zakładach zapotrzebowanie na pracowników, było duże. Tadeusz Paciorek wspomina, gdy SZKS wspierał pracowników w czasach deficytu towarów, choćby w materiały budowlane z sąsiedniego "Prefabetu". Dziś firma też - on pracuje w Wydziale Energetycznym - gwarantuje świadczenia socjalne.

Prestiż firmy

Znacząco wzrósł i utrzymuje się po przekształceniach, choć jak zaznaczają nasi rozmówcy, czasy nie zawsze były łatwe, a kryzys w pierwszej kolejności daje znać o sobie. - My jesteśmy miernikiem zamożności społeczeństwa. Ludzie, gdy zaczynają oszczędzać, to najpierw rezygnują z zakupu paluszków czy ciastek - mówią nasi rozmówcy z "Lajkonika", który jest jedną z niewielu firm, gwarantującym uczniom praktyki zawodowe.

Staże dla uczniów

Tu praktyczną wiedzę zdobywają uczniowie Zespołu Szkół Techniczno-Ekonomicznych w Skawinie. - Naprawdę są świetnie przygotowani, dlatego wielu z absolwentów zatrudniamy u siebie. Są obeznani z nowinkami technicznymi, potrafią obsługiwać urządzenia. U nas poznają światowe standardy uczą się kultury pracy na wysokim poziomie, co na pewno ułatwi poruszanie się na rynku pracy - mówi dyrektor Łukowicz.

Koordynatorką stażów w "Lajkoniku" jest w ZST-E, Barbara Fidzińska. Uczniowie już czują się związani z firmą i z okazji jubileuszu, tydzień temu korowodem w barwach wyrobów "Lajkonika", przyszli przed zakład. Zorganizowali happening i spotkali się z kierownictwem zakładu.

Przyszli w strojach symbolizujących wyroby na czele z "Lajkonikiem", szkolną orkiestrą dętą i krakowiakami. Wykrzykiwali hasła o dobrych precelkach, paluszkach i krakersach, a nauczyciel Andrzej Spyrka, staropolską polszczyzną gratulował firmie stu lat.

Happening wymyślił Andrzej Ciaptacz, wicedyrektor ZST-E. On i Anna Stec, dyrektorka szkoły bardzo cenią sobie współpracę z "Lajkonikiem" i w ten sposób chcieli firmie okazać wdzięczność, a przy okazji świetnie się zabawić.

Ewa Tyrpa

Wyższe mandaty od skarbówki z początkiem maja

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie