Legenda do rozbiórki

Redakcja
- Mittal jest właścicielem, jeśli będzie miał ochotę, może Zgniatacz przerobić na żyletki - mówią uczestnicy pierwszego strajku w Hucie im. Lenina.

Jacek Świder

   Ukrył się tuż za ścianą wielkiej hali. W szpalerze zaniedbanych krzewów oddzielających budynek od drogi. Ziemia w tym miejscu była miękka, wymieszana ze starym listowiem. Nie bez trudu, ale można ją było rozgarniać dłońmi.
   Wykopał dół długości ludzkiego ciała, głęboki na tyle, aby się w nim położyć i pozostać niezauważonym pod przykryciem ze sporego kawałka blachy. Przeleżał tak kilka godzin. Do rana. Zewsząd dobiegały odgłosy pacyfikacji kolejnego strajku w Hucie im. Lenina. Był rok 1988.
   - Bałem się, że któryś z zomowców wejdzie w te krzaki za potrzebą - mówi dzisiaj żartem Stanisław Handzlik (od wielu lat krakowski radny), aby odjąć nieco patosu kombatanckiej przeszłości. Po opuszczeniu prowizorycznej kryjówki ruszył w stronę ogrodzenia. Mijał rozbieganych ludzi. Przeskoczył płot kombinatu w okolicach osiedla Ruszcza. Zmęczony, zasnął na chwilę w pierwszym napotkanym sadzie. Później przedostał się do miasta i zrobił to, na co miał przez kilka dni strajkowania największą ochotę: w jednej z nowohuckich restauracji zjadł schabowego z kapustą.

Krakowiacy i Ślązacy...

   Wiosną 2005, siedząc przy kawiarnianym stoliku w centrum Krakowa, Stanisław Handzlik z tamtej pacyfikacji wspomina przede wszystkim właśnie spokój pośród owocowych drzew, w sadzie w Ruszczy. Żadnego łomotu hutniczych urządzeń, huku przejeżdżających pojazdów. Żadnych krzyków rozszalałych zomowców. W 1988 służby pacyfikujące nowohucki kombinat były szczególnie brutalne. Ale to już ostatnia taka akcja - ze "ścieżkami zdrowia", z rozłupywaniem otwartych drzwi, z niszczeniem wszystkiego po drodze. Właśnie tę pacyfikację Handzlik zapamiętał najlepiej, choć wiele mógłby opowiedzieć także o grudniowej nocy, gdy wprowadzono stan wojenny. - Jednak o pierwszym strajku, tym w 1980 roku, najlepiej opowie Janek Zaszczudłowicz - ucina. - To na jego zmianie zaczęła się legenda Zgniatacza.
   Jan Zaszczudłowicz - dzisiaj pracownik spółki Profil, powstałej na przełomie 1996 i 1997 r. Niedawno wystąpił z "Solidarności". Dlaczego? Nie będzie tłumaczył. - To osobista decyzja, której nie żałuję, podobnie jak nie żałuję tych wszystkich chwil, gdy byłem członkiem związku - mówi.
   Zaszczudłowicz nie chce być żywym pomnikiem i nie chce, aby o Zgniataczu mówiono jak o jakiejś świątyni. - To była cholernie ciężka robota. Chyba jedna z najcięższych w hucie.
   Wysokie temperatury, duża odpowiedzialność, ryzyko wypadków. - Trzeba wiedzieć, jak to wszystko wygląda. Wielkie pomieszczenie, długie na kilkaset metrów, wysokie jak blok na osiedlu mieszkaniowym.
   Na Walcowni Zgniatacz najpierw były więc piece wgłębne, gdzie rozgrzewano wlewki przestygłe podczas transportu. Później zaczynało się walcowanie - na początek właściwy Zgniatacz, którego walce ustawiano najczęściej na "trzysta" (300 mm - rozmiar walcowanych boków), gdy przygotowywano wsad na walcownie - drobną i drutu. Później rozwalcowana wstępnie stal przechodziła na WCK (walcownia ciągła kęsów), gdzie przygotowywano ostateczny produkt do przerobu na wspomnianych walcowniach drutu, drobnej i taśm. To wszystko w otoczeniu przemieszczających się suwnic. I nie można zapomnieć o nożycy latającej - urządzeniu, które służyło do przecinania długich kęsów stali na mniejsze kawałki, przeznaczone do dalszej obróbki. - Ludzie spoza huty ożywiają się, gdy słyszą o nożycy latającej. To wszystko wygląda egzotycznie i malowniczo, ale jeszcze raz powtarzam - to była cholernie ciężka praca, w trudnych warunkach - _podkreśla Zaszczudłowicz.
   W sierpniu 1980 r. to właśnie WCK po raz pierwszy zatrzymała Hutę Lenina. Wcześniej stał przez jakiś czas wydział mechaniczny, ale o nim nie było głośno. O WCK i całym Zgniataczu powiedziała Wolna Europa. Pierwszy strajk w HiL.
   Łatwo powiedzieć: "po raz pierwszy zatrzymała". Dla laika może to wyglądać na wciśnięcie guzika - w rzeczywistości huty niemal nie da się zatrzymać. Gwałtowne przerwanie produkcji groziło zniszczeniem urządzeń, wielkimi stratami finansowymi, a w 1980 r. niechybnym oskarżeniem o sabotaż. Efekt - postępowanie prokuratorskie i ogromne kłopoty.
   Z drugiej strony - tak wtedy myślał Jan Zaszczudłowicz z kolegami - wstyd czytać na wagonach przyjeżdżających z Wybrzeża, że
"Krakowiacy i Ślązacy to ch... a nie Polacy". _Gdańsk strajkował, a Kraków wciąż tylko słuchał Wolnej Europy.

Czerwone światło

   Jako pierwszy słowo "strajk" wypowiedział Stanisław Żurek - operator z WCK. Chyba to był on, po tylu latach Jan Zaszczudłowicz nie jest już pewny nazwisk i dat. Żurek miał powiedzieć "to jest strajk" do szefa Zgniatacza, który zaniepokoił się zatrzymaniem urządzeń. Wcześniej było bardzo nerwowo. Na czerwone światła z WCK Zgniatacz nie chciał reagować i wysyłał kolejne porcje stali do przewalcowania. Trwało to trochę, zanim ludzie z WCK postanowili: "Jeżeli Zgniatacz nie chce przyjść do nas, to my pójdziemy na Zgniatacz". I poszli. Zgromadzili się pod główną klatką walcowniczą i rozpoczęli strajk. Na razie bez postulatów, bez komitetu, z niepokojem, co będzie, gdy przyjdzie następna zmiana. Gdy wreszcie przyszła (zaczynała się o 22.00), Jan Lackosz - jeden z pracowników - po krótkiej i burzliwej dyskusji powiedział powoli, choć stanowczo: "Ja tam łamistrajkiem nie będę". To wystarczyło. Kolejna zmiana strajkowała. Postanowiono powołać komitet, spisać postulaty. To wtedy na dobre rozpoczęła się opozycyjna kariera Edwarda Nowaka i Stanisława Handzlika (choć ten ostatni nieco później dotarł do huty). Wtedy narodziła się w Hucie Lenina "Solidarność", choć w sierpniu 1980 jeszcze nikt nie używał tej nazwy. W następnym roku - 1981 - do nowego, niezależnego związku zawodowego należało - uwaga! - 96 proc. pracowników kombinatu. W Hucie Lenina pracowało wtedy prawie 40 tys. osób... Bossowie CRZZ mogli tylko usiąść i płakać, ale szybko otrząsnęli się i zaczęli myśleć o "neonach" (neozwiązkach, mających stanowić przeciwwagę dla "Solidarności").
   - Aleśmy narobili tym czerwonym światłem na Zgniataczu - mówi dzisiaj z uśmiechem Jan Zaszczudłowicz i dodaje, że w sierpniu 1980 r. nikt nie myślał o wielkiej polityce. - Kto mógł się wtedy spodziewać, że za 10 lat będziemy wolni, że rozpadnie się Związek Radziecki, że wejdziemy do NATO? Wtedy chcieliśmy zmieniać to, co było wokół nas - mówi Zaszczudłowicz.
   Rzeczywiście, pierwszy strajk w Hucie Lenina był przede wszystkim wyrazem poparcia dla strajkującego Wybrzeża, ale wśród wielu postulatów ogólnohutniczych i wydziałowych (dotyczących tylko Zgniatacza) znalazły się np. żądania rozliczenia aktywu partyjnego, który w powszechnym przekonaniu niesprawiedliwie przydzielał towary sprzedawane pracownikom huty w ramach reglamentacji przez zakład pracy. Namioty, butle gazowe, nawet ubrania, a w szczególnym przypadku samochody. Talony, przydziały, marne przywileje w kraju cierpiącym na absolutny deficyt wszystkich towarów. Ten pierwszy strajk na Zgniataczu z dzisiejszego punktu widzenia musi wyglądać jak desperacka próba poprawiania socjalizmu. Choć nikt nie ma także wątpliwości, że gdyby nie ten protest, losy wolnych związków zawodowych w Hucie Lenina mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej. A tak, po wielu miesiącach budowania pierwszej "Solidarności", w nocy 13 grudnia 1981 r. Stanisław Handzlik, wtedy już wiceprzewodniczący organizacji związkowej w HiL, powie do słuchawki telefonicznej połączonej z radiowęzłem na Zgniataczu: "Ogłaszam strajk okupacyjny z powodu ataku na nasz związek". Powie to ściszonym głosem, w siedzibie związku, w jednym z pokoi w "Watykanie" (budynku administracyjnym HiL). Powie cicho, bo po korytarzach biegali już funkcjonariusze ZOMO, którzy tej nocy sprawdzali pokój po pokoju. Handzlika uciszał przebywający z nim w tym czasie Jan Ciesielski - członek zarządu związku. Gdy tylko zomowcy podchodzili pod zaryglowane drzwi pokoju, Ciesielski mówił: "Staszek, ucisz się" i Handzlik ściszał głos, a w hali Zgniatacza ludzie krzyczeli: "Co jest z tym radiowęzłem?". Z Handzlikiem nie było wtedy Mieczysława Gila, przewodniczącego związku, który, mimo prób, nie mógł już dojechać do kombinatu z miasta, gdzie funkcjonariusze wyłapywali kandydatów do internowania. Gil uciekał z mieszkania do mieszkania na jednym z nowohuckich osiedli, nie miał szans przedostania się do huty.
   Stanisław Handzlik mówi dzisiaj, że najadł się strachu, poprosił nawet chłopaków ze Zgniatacza, aby uzbrojeni w co popadnie przyszli po niego do "Watykanu". Za godzinę byli (z walcowni do budynku administracyjnego jest dość daleko). W 20-osobowej grupie znalazł się też Jan Zaszczudłowicz. Jednak funkcjonariusze już odjechali, więc nie doszło do konfrontacji. Handzlik trochę się nawet niepokoił, że ogłosił strajk na cały kombinat, a tu ZOMO się tak szybko wyniosło. Sprawa ostatecznie wyjaśniła się rano w telewizyjnym wystąpieniu Jaruzelskiego.
   W hucie trwał strajk, rozbity później brutalnie przez oddziały ZOMO. Zanim to się stało, w łazience na Zgniataczu Stanisław Handzlik spalił kilkaset deklaracji podpisanych przez pracowników kombinatu gotowych do wstąpienia do Klubów Samorządnej Rzeczpospolitej - Wolność, Sprawiedliwość, Niepodległość - partii, która miała być polityczną reprezentacją ruchu "Solidarność". Niedobrze byłoby, gdyby te dokumenty wpadły w ręce bezpieki.
   Jan Zaszczudłowicz z pierwszej pacyfikacji pamięta, że przede wszystkim był zaskoczony. Zaskoczony sprawnością funkcjonariuszy, którzy znali halę jak własne mieszkanie, dla których tajemnicą nie były podziemne przejścia i plątanina korytarzy. Dzisiaj Zaszczudłowicz mówi, że zrozumiał wówczas, iż całe to gadanie o spokoju, o naprawianiu błędów i wypaczeń, to brednie. Prawdziwe oblicze ludowej władzy to byli ci sprawnie działający ludzie w mundurach, brutalnie pacyfikujący robotniczy protest. - Nawet się wtedy nie bałem. Raczej rozpaczałem, czując, jak jesteśmy bezsilni - mówi.

Na złom

   Maj 2005. Do hutników dociera wiadomość o planach zarządu Mittal Steel Poland - walcownia Zgniatacz zostanie wyburzona. Nowy właściciel za pośrednictwem służb prasowych koncernu precyzuje: "Likwidację urządzeń Zgniatacza rozpoczniemy bezpośrednio po przeprowadzeniu odpowiednich analiz". Filip Kuźniak z biura prasowego Mittal Steel Poland podkreśla, że mówimy o likwidacji urządzeń, a nie o wyburzeniu hali. Na halę przyjdzie czas. Na początek Mittal chce odzyskać wiele ton drogiego przecież złomu - ma go na miejscu, w hali Zgniatacza. Jednak taka rozbiórka to nie proste cięcie na kawałki i wywózka. Gdyby tak było, już dawno po Zgniataczu nie byłoby śladu. Koncern informuje więc, że właśnie rozpoczyna się "procedura gromadzenia dokumentacji potrzebnej do likwidacji urządzeń Zgniatacza". W jej wyniku w przetargu zostanie wybrana firma, która przeprowadzi roboty. Krótko mówiąc, na rozbiórce kolebki nowohuckiej "Solidarności" ktoś zarobi.
   - Nie powiem, że się z tego cieszę, ale takie jest prawo właściciela - mówi Jan Zaszczudłowicz. - Mittal może sobie zrobić ze Zgniataczem, co mu się podoba. Nawet przerobić na żyletki. Przez tyle lat nasi nie potrafili nic wykombinować, aż wreszcie sprzedali hutę, więc teraz niech nikt się nie dziwi, że dla nowego właściciela Zgniatacz to tylko złom.
   Stanisław Handzlik także uznaje prawo właściciela do rozporządzania majątkiem. Zwłaszcza że walcownia od wielu lat nie pracuje. Dokładnie w miejscu, gdzie w 1980 ogłoszono pierwszy w hucie strajk, w grudniu 1996 nieżyjący już dyrektor kombinatu Jerzy Knapik oznajmił: "Zgniatacz zostanie zlikwidowany, a ludzie przejdą na inne wydziały". Nawiasem mówiąc, w tym samym miejscu, pod klatką walcowniczą, fotografowali się przez dziesiątki lat komunistyczni bossowie odwiedzający HiL, przez wiele lat wybudowany w 1955 r. Zgniatacz był technologicznym sercem huty.

\\\*

   Obok hali Zgniatacza stoi pomnik wykonany ze stalowego wlewka. Wielka litera "V", od której - jak mówił Jaruzelski - "nie zaczynało się żadne polskie słowo". Monument, na którym zapisano daty ważne dla Nowej Huty, Krakowa i całej Polski, ma zostać przeniesiony w pobliże placu Centralnego - stanie dokładnie obok Nowohuckiego Centrum Kultury.
   - Nie powiem, że to śmiertelna choroba, ale na pewno wysoka temperatura - tak pomysł przeniesienia pomnika kwituje Jan Zaszczudłowicz. Stanisław Handzlik dodaje, że stalowy symbol jest w swej estetyce, delikatnie mówiąc, "bardzo hutniczy", i powinien pozostać tam, gdzie go pierwotnie postawiono.
   Władysław Kielian, przewodniczący Komisji Obchodów 25-lecia Powstania "Solidarności" i obecny szef związku w krakowskim oddziale Mittal Steel Poland, mówi jednak, że sprawa jest już przesądzona. Pomnik stanie we wrześniu przy placu Centralnym, a przenosinom będzie towarzyszyła odpowiednia, jubileuszowa oprawa. Przyjechać ma Lech Wałęsa...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie