Łemkowski kiermasz

Redakcja
W Olchowcu, wciśniętym głęboko w góry Beskidu Dukielskiego, czas na pewno płynie wolniej niż gdzie indziej. Można stanąć w środku wsi, gdzie schodzą się drogi do Wilszni, Kolonii, do Ropianki, i przez dobrych kilka godzin nie spotkać żywego ducha. Niewielka łemkowska osada ożywa tylko podczas corocznych kermeszy, cerkiewnych odpustów.

Na kermesz czekano cały rok. Wiedziano, kiedy trzeba przyjść czy przyjechać, bo nie było telefonów, a listów ludzie nie umieli pisać.

   Ostatnie zwarte, chociaż to określenie nieco przesadzone, zabudowania w drodze do wsi mija się w Chyrowej, kilkanaście kilometrów przed Olchowcem. Coraz bardziej dziurawa droga, z licznymi osuwiskami na obrzeżach, najpierw wspina się na grzbiet, a potem opada żwawo w dół, przez teren zapomnianej kopalni ropy, w pobliżu schowanej w lasach leśniczówki i pojedynczych zabudowań, także ukrytych za ścianą drzew, w miejscu, gdzie niegdyś przez wieki tkwiła wieś Ropianka. Podobnie ludna jak niedalekie Smereczne i Wilsznia, dziś opustoszałe i zarośnięte. Olchowiec miał mniejszego pecha, bo przetrwał.

  1.    W pobliżu świątyni schodzą się cztery drogi: trzy polne i asfaltowa, przychodząca od strony Dukli, która właśnie tu się kończy. Na drugą stronę potoków, łączących swe wody, dukty przeskakują przez liche mostki, ale traktorem można przejechać tylko przez brody.
       Końcowy przystanek imituje betonowy słup z okrągłą tabliczką, nawet bez nazwy miejscowości, i z rozkładem jazdy. Wiata nie jest potrzebna, bo i tak przyjeżdżają dziennie tylko trzy autobusy: dwa szkolne i kursowy PKS.
       Sklep, w zniszczonym budynku GS z popękanymi szybami, otwiera podwoje zaledwie na półtorej godziny, codziennie pod wieczór. Na półkach niemal pusto, ale można kupić konserwy, zapasowe żarówki i chipsy. Na większe zakupy jeździ się od czasu do czasu do Dukli, a chleb przyjeżdża pod sam dom. Szkoły nie ma, bo dla dwanaściorga dzieci to bezsens budować nową, a do połowy lat 80. stara, drewniana, stojąca wciąż w sąsiedztwie domu ludowego i zarazem remizy, wystarczała.
       Tak, w oderwaniu od świata, zdanych właściwie tylko na samych siebie, zwłaszcza zimą, żyje 70 osób, kilkanaście rodzin, w samym Olchowcu i w Kolonii, oddzielonej od wsi wzniesieniem Horb, górującym nad skromnymi gospodarstwami.
       - To kwestia wyboru celu w życiu. Jeśli nie marzy się o biznesie ani o karierze w polityce, to można tu żyć, może nie dostatnio, ale na pewno spokojnie - uważa Jan Buriak, będący trzecią kadencję sołtysem.
       Należy do tego pokolenia, które jeszcze wychowano w obrządku wschodnim, nauczono języka i kultury łemkowskiej.
  2.    Dawny Olchowiec był dużo większy: w międzywojniu liczył prawie 90 numerów, w tym tylko kilka rodzin polskich i cygańskich. Powojenne wysiedlenia sprawiły, że wieś niemal opustoszała, chociaż nie podzieliła losu sąsiednich, skąd wygnano na zawsze wszystkich mieszkańców. Tu pozostało kilkanaście rodzin. Podobno dlatego, że rzymskokatolicki ksiądz wystawił im metryki chrztu w tym obrządku.
       Najstarszy mieszkaniec Kolonii i całego Olchowca, 72-letni Michał Tropiła, dobrze pamięta wysiedlenia. - Najpierw trzecia część mieszkańców wyjechała do Rosji. Dobrowolnie, bo obiecali, że będzie im dobrze. Pojechali, a tam? Biedota siarczysta - _opowiada na podwórzu swego domu. - Tylko dwie osoby uciekły i wróciły. W czterdziestym siódmym zabrali na Ziemie Zachodnie połowę tych, co zostali. Rozdarli wieś na trzy części.
       On, wtedy kilkunastoletni chłopak, znalazł się w gronie tych, którzy uniknęli wyjazdu. Nie było to jednak ostatnie nieszczęście, jakie dotknęło olchowieckich Łemków. W sierpniu 1947 r. kilkunastu mężczyzn wywieziono do Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie. Za rzekomą pomoc "bandom" - oddziałom Ukraińskiej Powstańczej Armii.
       - _Były domy, że zabierali dwóch, nawet trzech mężczyzn
    - zapamiętał Toropiła.
       - Już myślano, że będzie spokój, że sytuacja unormuje się po wojnie, a tu łapanka. Zabierali, skąd popadło. Jak był w domu, to z domu, jak był w polu, to z pola. Mój ojciec wracał akurat z jarmarku i też go wzięli - opowiada Mikołaj Gabło, miejscowy społecznik: były sołtys, członek rady parafialnej i przewodniczący koła Zjednoczenia Łemków w Olchowcu.
       Wrócili, prócz jednego, który zmarł; wszyscy: wycieńczeni, spuchnięci z głodu, pobici, po pół roku obozu, chociaż już nazajutrz po zatrzymaniu władza wiedziała, że zamiast przestępców, za których uchodzili kolaborujący z UPA, zwieziono ludzi "bezwinnych"...
  3.    Prócz starej chyży, przydrożnych krzyży, przykładnie pobielonych i ogrodzonych, na które cień rzucają przedwojenne lipy, o chwilach świetności - jeśli w dziejach tej wsi w ogóle takie były - przypomina właściwie tylko drewniana cerkiew, na której dopiero czernieje gont, wymieniony podczas niedawnego remontu. Właśnie dlatego nie wygląda na tak starą, jak jest w rzeczywistości.
       To być może nawet trzecia świątynia w tym samym miejscu. Zapiski w dokumentach sugerują, że pierwszą wzniesiono u schyłku XVIII stulecia, ale...
       - Mamy dzwon, starszy prawie o sto lat, więc niemożliwe, żeby go odlano, a dopiero po tylu latach budowano cerkiew - mówi Mikołaj Gabło.
       Prócz tego dzwonu, dziś już pękniętego, były jeszcze dwa inne. Jeden zabrali Niemcy "na kontyngent", a drugiego, który podobno zakopano, mimo usilnych poszukiwań nawet według map kreślonych przez starych mieszkańców, dotąd nie udało się odnaleźć. Prawdopodobnie zabrali go Sowieci, którzy stacjonowali we wsi, zamieniając cerkiew na kuchnię, a konie pasąc na cmentarzu.
       Niewielką poprzedniczkę obecnej podobno przeniesiono w całości zza grzbietu Karpat, a w 1934 roku obudowano murami nowej świątyni, by ostatecznie rozebrać.
       Dwukrotnie mieszkańcy Olchowca nie ulegli komunistycznej władzy i tyleż samo razy stanęli w obronie swojej świątyni.
       Pierwszy raz w latach 50., kiedy próbowano ją rozebrać, by drewniane bele spożytkować na garaże w Państwowym Ośrodku Maszynowym w Miejscu Piastowym. Poszło wtedy na widły, a wezwani na pomoc milicjanci nie interweniowali, przyglądając się sporowi przez okna szkoły.
       Drugi konflikt wokół cerkwi zrodził się kilkanaście lat później, gdy greckokatoliccy wierni nie zgodzili się przyjąć prawosławnego księdza, chcąc pozostać przy religii ojców, nieuznawanej przez państwo. Na drzwiach Domu Bożego zawisły kłódki, które jednak szybko zerwali. Jak się okazało, bez żadnych dla siebie konsekwencji.
       W tamtych czasach księdza trzeba było przywozić furmanką nawet kilkadziesiąt kilometrów. Teraz świątynia użytkowana jest przez katolików obu obrządków, tak jak wiele innych na Łemkowszczyźnie, tyle że grekokatolicy przychodzą do niej co drugi tydzień, bo duchowny dojeżdża aż z Bieszczadów.
       Odpust wypada zawsze 22 maja, kiedy czci się Przeniesienie Relikwii św. Mikołaja z Myry do Bari, gdyż takie wezwanie nosi świątynia. Pierwszy odbył się właśnie z okazji jej poświęcenia.
  4.    Jako student Tadeusz Kiełbasiński z Łodzi wędrował przez Łemkowszczyznę, gdy w dolinach stały jeszcze rozpadające się chyże, opuszczone kilka lat wcześniej przez ludzi. Później przeszedł ją z plecakiem i synami, tam i z powrotem, trzy raz - wzdłuż granicy, później głównym szlakiem karpackim, a jeszcze potem - pomiędzy obiema trasami: od cerkiewki do cerkiewki, od chałupy do chałupy. Do wsi u stóp Horbu dotarł jednak dopiero w latach 70.
       - Wcześniej mówiono mu, że Olchowiec nie istnieje, że nie ma tu ludzi - przypomina sobie Grzegorz Kiełbasiński, jego starszy syn, który wzorem ojca zniósł się na stałe z rodziną do beskidzkiej wsi i wcale tego nie żałuje. - W wielkim mieście życie mija człowiekowi na codziennym wczesnym wstawaniu i drodze do pracy - twierdzi.
       Tadeusz Kiełbasiński wypatrzył na skraju Kolonii drewnianą, krytą strzechą, łemkowską chałupę, już niezamieszkaną, której właścicielem był Michał Gabło, ojciec Mikołaja. Odkupił ją, stając się tym samym Łemkiem z wyboru. Mieszka tu od wiosny do późnej jesieni, bo na tyle pozwala mu stan zdrowia.
       Zaraz po zakupie zaczął chodzić po wsi, rozmawiać ze starymi mieszkańcami, zapisywać, odkrywać w ich pamięci wygląd przedwojennego Olchowca, odtwarzać listę nazwisk dawnych jego mieszkańców. O kermeszach usłyszał od seniora rodu Toropiłów, Wasyla, który nie doczekał jednak spełnienia się jego największego marzenia - wskrzeszenia ich.
       Tylko nieliczni mieszkańcy wioski pamiętają przedwojenne odpusty, a i tak niemal wszyscy z opowiadań rodziców i dziadków.
       - _To było święto rodzinne, każdy spędzał je w gronie bliskich. Po nabożeństwie rozchodzili się do domów i tam świętowali - _opowiada Michał Toropiła.
       - _Na kermesz czekano cały rok. Wiedziano, kiedy trzeba przyjść czy przyjechać, bo nie było telefonów, a listów ludzie nie umieli pisać. A przyjeżdżali członkowie rodziny nawet z dalekich wiosek - _mówi z kolei Mikołaj Gabło.
       Po modlitwie czas poświęcano zabawie i rozmowom, często przy dźwiękach kapeli. Wtedy było to o wiele łatwiejsze, bo bawiono się częściej, a przygotowania nie były tak czasochłonne.
  5.    Toropiła, delikatnie mówiąc, do zwolenników kermeszy nie należy. Do samego święta religijnego nic nie ma, ale nie podoba mu się cała oprawa.
       - Sprzedają piwo za duże pieniądze, a ja z tego nie skorzystam, bo dlaczego mam płacić więcej niż normalnie? Przyjadą z serem, z cukierkami, też sprzedadzą drogo, powiedzą, że jeszcze nigdy nie zrobili tak dobrego interesu, zabiorą pieniądze do własnej kieszeni, a my nic z tego nie mamy - wylicza. - Nie tańczę, bo bym się przewrócił, ale nie jestem dzikusem i pójdę chociaż popatrzeć - _dodaje szybko.
       Pójdzie też do cerkwi na _weczirnię, _sobotnią wieczorną mszę, i w niedzielę, na odpustowe nabożeństwo; jak zwykle: spacerkiem, o lasce, przez Horb, bo drogą, na około, to już nie na jego siły. Będzie się modlił jak zawsze, bo ma za co dziękować Bogu. Dwa razy ocalił mu życie.
       Pierwszy raz, gdy przywaliła go dłużyca zwożona końmi z lasu, łamiąc dotkliwie nogę, w której dotychczas nie wróciła pełna sprawność. Szwagier Mikołaj Gabło wiózł go wtedy furmanką przez wezbrany potok do miejsca, gdzie mogła dojechać karetka.
       Po raz wtóry, kiedy w ognisku wybuchł pocisk, pamiątka z czasów okupacji. Kilkadziesiąt odłamków wbiło się w rosnący w pobliżu jawor (choć usechł, nie ma serca, żeby go ściąć...), tak że twarzy dosięgły tylko trzy, a pięć kolejnych utkwiło w kufajce na wysokości brzucha. Siła wybuchu rzuciła go do leja i przysypała ziemią.
    - Jeśli istnieje piekło, to tam właśnie było jak w piekle - mówi. - _Ale zmartwychwstałem...
       Pomodli się też za duszę małego wnuka, który już takiego szczęścia nie miał: zginął kilka lat potem, bawiąc się niewybuchem. Pocisk śmiertelnie ranił też jego dwóch rówieśników.
  6.    Piętnaście lat temu, kiedy reaktywowano kermesz, _trudno było Kiełbasińskiemu przekonać Łemków, by założyli na siebie tradycyjne stroje. Na strychach, w skrzyniach, leżały piękne sukienne _czuchanie, _długie płaszcze z rozpinanymi kapturami; _nohałky, _czyli spodnie i _hunie, _zdobione skórą kamizelki. Nie nosili ich od lat.
       - _Trzeba było maskować się z ubiorem, bo słyszeliśmy niewybredne komentarze, okrzyki: "O, Ruski idzie! albo gwizdy" - _mówi Gabło.
       Teraz chyba nie jest lepiej. Sołtys - mimo że od małego ma świadomość łemkowskich korzeni - ochrzcił i posłał dzieci do komunii w Kościele rzymskokatolickim. - _Żeby im ułatwić start w przyszłość, żeby z powodu wyznania nie czuły się gorsze
    - nie ukrywa.
       Ubiory przetrwały tylko dlatego, że żal było ich wyrzucić, w łemkowskich rodzinach wcale się nie przelewało, a za chlebem szło się do żniw nawet na węgierską stronę. Do granicy jest stąd kilka kilometrów.
       Organizacja kermeszu, przede wszystkim zdobycie funduszy na opłacenie występów, to spory wysiłek, zwłaszcza że większość mieszkańców nie chce się włączać w przygotowania. Od lat radzie sołeckiej i parafialnej pomaga Towarzystwo Karpackie z Warszawy, do czasu, kiedy był proboszczem, sporo angażował się ksiądz Juliusz Krawiecki. Tradycją już jest, że kiedy zjeżdżają tłumy gości, nie dopisuje pogoda. Przy brzydkiej aurze odbywają się koncerty, pokazy rzemiosła, wystawy fotografii, kiermasze.
       Michał Toropiła uważa, że kermeszu tego roku być nie powinno, bo kilka dni temu odeszła na zawsze starsza Łemkini. Na jej grobie obok cerkwi leżą wciąż świeże kwiaty. Twierdzi, że nad odpustem wisi fatum, gdyż kilka lat wcześniej, dzień po cerkiewnym święcie, podczas pracy w polu zmarł jej mąż.
       Zdaniem Jana Buriaka, mimo żałoby, było za późno na odwołanie zespołów. - A zresztą, staruszka na pewno by chciała, żeby kermesz się odbył. Przecież nie trzeba koniecznie tańczyć, wystarczy przyjść i posłuchać muzyki - przekonuje.
       Bo odpust to być może ostatnia okazja do zobaczenia, jacy naprawdę są Łemkowie. A są otwarci, rozmowni, najbardziej szanują wolność. Za kilka lat, jak twierdzi sołtys, ich kulturę będzie można oglądać tylko w skansenie.
    PIOTR SUBIK

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie