Liberator i bezimienni bohaterowie krakowskiego podziemia

Grzegorz Drążek
Grzegorz Drążek
Mirosława Kareta
Mirosława Kareta Anna Kaczmarz
Rozmowa. Mirosława Kareta, autorka książek z historią Krakowa w tle, opowiada o swym najnowszym dziele. Opisała w nim ludzi, którzy świadomie poświęcali życie w walce z najeźdźcą. Wbrew niektórym, krzywdzącym dla krakowian opiniom, takich osób było sporo...

- W swojej najnowszej książce zatytułowanej „Bezimienni”, która jest drugą częścią sagi fikcyjnego, krakowskiego rodu Petrycych, zapraszasz nas w podróż ulicami wojennego Krakowa, odkrywając ich nieznane dotąd tajemnice. Skąd pomysł na tę książkę?

- W pierwszym tomie sagi chciałam pokazać jak trudne było życie krakowian w czasie II wojny światowej. Już wtedy planowałam jednak napisanie ciągu dalszego, poświęconego krakowskiemu podziemiu. Zbierając materiały do pierwszej części, uświadomiłam sobie, jak mało wiem na ten temat. W „Bezimiennych” opisuję więc nie tylko dalsze losy rodu Petrycych, lecz również staram się opowiedzieć o ludziach, którzy świadomie poświęcali swoje życie w walce z najeźdźcą. Wbrew niektórym, krzywdzącym dla krakowian opiniom, w naszym mieście, regionie, było takich osób sporo…

- W swej książce „Bezimienni” opisujesz historię brytyjskiego Liberatora - samolotu RAF, który w czasie powietrznej walki z Niemcami rozbił się nocą 17 sierpnia 1944 roku w rejonie krakowskiego Zabłocia. Gdzie zdobyłaś informacje na ten temat?

- Pamięć o tym wydarzeniu ciągle żyje, szczególnie w Podgórzu. Zwróciłam się o pomoc do dr. Krzysztofa Wielgusa, który od lat organizuje tzw. spacery historyczne w rocznicę katastrofy, zbiera relacje świadków oraz informacje, które pozwoliły mu z dużym prawdopodobieństwem odtworzyć losy załogi tego samolotu w ostatnich godzinach lotu. Korzystałam również z zapisanych na kartach książek wspomnień lotników polskich i nie tylko, poświęconych akcjom, które były wsparciem dla Armii Krajowej. Zrzucane przez nich z samolotów pakunki - z żywnością, lekami itd. - były szczególnie cenne, np. w czasie Powstania Warszawskiego. Dotarłam nawet do wspomnień żołnierza 178. Dywizjonu RAF, który w takich lotach uczestniczył i musiał znać osobiście załogę Liberatora z Zabłocia. W swojej książce wymieniam nazwisko Australijczyka majora Johna Phillipa Liversidge’a, który był dowódcą Eskadry B w tym dywizjonie. Nawigator Liversidge zginął w katastrofie na Zabłociu wraz z pilotem kapitanem W. D. Wrightem oraz strzelcem tylnej wieży sierżantem J. D. Clarke’m. Ich groby znajdują się w kwaterze wojskowej Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii na cmentarzu Rakowickim.

- Większość Twoich bohaterów to postaci fikcyjne, ale z tego, co wiem, wzorem dla Ciebie były również konkretne osoby - żołnierze Armii Krajowej, działacze antykomunistycznego podziemia…

- Pisząc o konspiracji, nie chciałam wymyślać osób ani zdarzeń. Bohaterkę „Bezimiennych” umieściłam w środowisku krakowskich socjalistów. Biorąc pod uwagę powojenne losy naszego kraju, istnieje chyba dość powszechna tendencja wrzucania wszystkich działaczy robotniczych do jednego worka. Tymczasem Polska Partia Socjalistyczna WRN zapisała piękną kartę w historii działań niepodległościowych, współpracując z Armią Krajową i podporządkowując się rządowi londyńskiemu. Wielu jej działaczy było po wojnie aresztowanych, inni zostali zmuszeni do emigracji. Utożsamianie ich z komunistami jest krzywdzące. Odwołując się w fabule do prawdziwych zdarzeń oraz autentycznych postaci, nie tylko zresztą socjalistów, chciałam na to zwrócić uwagę.

- Twoimi bohaterami są także krakowianie, dla których zgłębianie oraz popularyzowanie historii wojennego i tuż powojennego Krakowa to pasja. Czy to prawdziwe postacie?

- Tak, w powieści pojawiają się również prawdziwe osoby, żyjące współcześnie, które zgodziły się na udział w takim eksperymencie. Są także bohaterowie stworzeni na ich wzór. W naszym mieście mieszka i działa bardzo wielu pasjonatów historii. Podziwiam tych ludzi, ich wiedzę oraz gotowość do dzielenia się nią na różnego rodzaju spotkaniach, wycieczkach, ale także w internecie. W książce chciałam odtworzyć sposób, w jaki dochodzą do prawdy, sklejają w jedną całość strzępy wspomnień, relacji, dokumentów. Stąd też konstrukcja fabuły - żeby poznać całość, jeden wojenny życiorys, trzeba zbierać odłamki tej historii aż do ostatniej strony. Dziś historycy w podobny, żmudny sposób odtwarzają z rozproszonych źródeł biogramy wielu uczestników działań niepodległościowych, o których w powojennych czasach nie wolno było mówić. Jest to bardzo trudne, gdyż większość świadków już nie żyje.

- Z wykształcenia jesteś dziennikarką, ale także historykiem. Skąd to zainteresowanie akurat okresem II wojny światowej?

- To przypadek, skutek pewnego spotkania w pociągu i wysłuchania historii współpasażera, który przez pół wieku nie wiedział, że jest synem Polki i Niemca, owocem zakazanego związku. A może również moje zainteresowanie okresem II wojny światowej wzięło się stąd, że przez długi czas mieszkałam w Niemczech i musiałam sama uporządkować swoje uczucia wobec naszych sąsiadów, uporać się z uprzedzeniami.

Wydaje mi się, że trauma drugiej wojny światowej ciągle jeszcze nie została w społeczeństwie przepracowana. I odzywa się już w kolejnym pokoleniu. Poza samą historią interesował mnie też problem, w jaki sposób człowiek żyjący tyle lat po wojnie może poradzić sobie ze straszliwym dziedzictwem, które ona niesie. Wiadomo, że nie można zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Co jednak może nas skłonić do przebaczenia? Takie jest tło pierwszej części sagi rodu Petrycych, książki pt. „Pokochałam wroga”. W „Bezimiennych” zajęłam się natomiast kwestią pamięci. Czy potrafimy ocalić od zapomnienia nazwiska ludzi zaangażowanych w konspirację i odtworzyć szczegóły wydarzeń, w których uczestniczyli? Obawiam się, że w większości przypadków - również ze względu na to, jak ułożyła się historia powojenna - nie jesteśmy tego w stanie zrobić.

- Przygotowując „Bezimiennych”, pewnie musiałaś długo przesiadywać w archiwach. I to nie tylko w kraju, zważywszy, jak dokładnie opisałaś sposób bycia, życia i walki lotników polskich w RAF…

- Mój bohater nie jest typowym polskim lotnikiem w RAF-ie. Można go nazwać człowiekiem bez ojczyzny. Tkałam jego historię z wyobraźni, choć opisując realia np. szkoły lotników w Halton, opierałam się na drukowanych wspomnieniach brytyjskich wojskowych. Na potrzeby mojej powieści - dla uwiarygodnienia fikcji - tyle wystarczyło. Przy scenach dotyczących czasów międzywojennych sięgałam do krakowskiej prasy z tamtego okresu oraz do sprawozdań uczestników.

Jednym z najciekawszych dokumentów archiwalnych, do których dotarłam, był testament Walerego Rzewuskiego. Był on wybitnym krakowskim fotografikiem, a cały swój majątek zapisał miastu. Spodobało mi się, w jaki sposób w tamtych czasach - a była to druga połowa XIX wieku - zatroszczył się o kształcenie młodych dziewcząt, fundując dla nich szkołę imienia swojej matki, w której miano nauczać m.in. sztuki fotografii. Z tego wątku także skorzystałam.

- W swojej najnowszej książce bardzo szczegółowo opisujesz współczesne życie krakowskich rodzin o różnym statusie społecznym, materialnym. Sama - wraz ze swoją rodziną - wróciłaś do Krakowa po dziesięciu latach emigracji. Co jako była reporterka możesz powiedzieć o dzisiejszym Krakowie i jego mieszkańcach?

- Oczywiście dzisiejszy Kraków różni się od tego, z którego wyjechałam. Miasto jest dużo nowocześniejsze, bardziej kolorowe, atrakcyjne dla turystów. Nie wiem natomiast, czy żyje się w nim łatwiej. Może to jest wynik zmian w moim osobistym życiu, ale teraz wydaje mi się, że wszystko dookoła pędzi. Szybkim przeobrażeniom ulega sama tkanka miejska. Pewne miejsca - czasem całe dzielnice - zmieniają się nie do rozpoznania. Najlepszym przykładem jest choćby Zabłocie. Wielkiej ostrożności i wyczucia wymaga łączenie starego i nowego, by sprostać wyzwaniom, a jednocześnie zachować ślady historycznych funkcji tych miejsc. Piękne jest to, jak bardzo mieszkańcy angażują się w kształtowanie przestrzeni i dbają o kultywowanie przeszłości. Choć nie zawsze im się udaje powstrzymać pewne inwestycje, wymuszają przynajmniej jakieś ustępstwa.

Wydaje mi się, że tworzymy już naprawdę obywatelskie społeczeństwo. Wiele się zmieniło od czasu, kiedy wyjechałam, a jeszcze więcej od początku lat 90. ubiegłego wieku. Opisując tamten Kraków, dziś już historyczny, korzystam z własnych wspomnień, archiwalnych roczników „Dziennika Polskiego”, a także z własnej wyobraźni.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie