Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Łukasz Gibała: Chcę rządzić Krakowem wspólnie z mieszkańcami. Pierwszą symboliczną decyzją będzie likwidacja parkingu przed magistratem

Piotr Tymczak
Piotr Tymczak
Łukasz Gibała, kandydat na prezydenta Krakowa
Łukasz Gibała, kandydat na prezydenta Krakowa Wojciech Matusik
DEBATA PREZYDENCKA. - Jestem jedynym kandydatem na prezydenta Krakowa z szansami na wygraną, który w żaden sposób nie jest związany z obecnymi władzami miasta. Jestem jedynym kandydatem silnej, realnej zmiany - przekonuje Łukasz Gibała, kandydat na prezydenta Krakowa, przedsiębiorca, Radny Miasta Krakowa, lider stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców.

Jest pan liderem przedwyborczych sondaży. Co mogło zadecydować o tak dużym poparciu krakowian?
To sytuacja wyjątkowa na skalę Polski, że w dużym mieście w sondażach prowadzi kandydat nie popierany przez żadną z dwóch największych partii politycznych i nie będący urzędującym prezydentem. Bardzo się z tego cieszę. Uważam, że to jest wynik ciężkiej, dziesięcioletniej pracy. Od takiego czasu wraz ze współpracownikami konsekwentnie działamy na rzecz Krakowa. Organizujemy akcje, podczas których pomagamy mieszkańcom, np. takie jak pogotowie obywatelskie, w którym pomogliśmy od 2017 roku ponad 10 tys. mieszkańców, świadcząc bezpłatną pomoc prawną. Walczymy o zieleń, transport publiczny i mieszkalnictwo, wypowiadamy się w ważnych tematach miejskich na forum Rady Miasta Krakowa, ale też poza nim. Sądzę, że mieszkańcy doceniają tę pracę.

Nie brak uszczypliwości ze strony przeciwników, że pomaga w tym angażowanie dużych pieniędzy. W wielu miejscach można znaleźć gazetki promujące pana kandydaturę. To zapewne wiąże się z ogromnymi kosztami?
Jesteśmy aktywni w mediach społecznościowych. Mam swoje konto na Facebooku czy Instagramie. Nasze Stowarzyszenie wydaje też gazetkę papierową, dwumiesięcznik. Teraz w ramach kampanii wyborczej wydałem też czterostronicową gazetkę „Gibałówkę". Wiąże się to z wydatkami, które pokrywam ze swojej kieszeni. Nawet nie ma co ich porównywać z tym, jakie koszty ponosi magistrat na swój dwutygodnik i telewizje, utrzymywane z publicznych pieniędzy. Przypomnę tylko historię z telewizją Hello Kraków, która zanim została zlikwidowana kosztowała podatników około 20 mln zł. To dużo więcej niż my przez 10 lat wydaliśmy łącznie na naszą promocję. W tych magistrackich mediach promował się obecny prezydent Jacek Majchrowski, a teraz wiceprezydent Andrzej Kulig, który otrzymał od niego wyborcze poparcie. Partie polityczne też mają swoje social media i wydają gazetki. Najważniejsza różnica jest taka, że robię to za swoje prywatne pieniądze, a politycy używają na własną promocję środków publicznych. Jednak mieszkańcy w coraz większym stopniu chcą popierać nas, „Kraków dla Mieszkańców". Wydaje mi się więc, że to nie jest tak, iż mamy jakąś przewagę finansową nad obozem Jacka Majchrowskiego, teraz nad Andrzejem Kuligiem, czy też Platformą Obywatelską albo Prawem i Sprawiedliwością – jest dokładnie odwrotnie. Myślę, że mieszkańcy doceniają to, iż w swoich działaniach jesteśmy bardziej uczciwi, wiarygodni w przeciwieństwie do partii politycznych, które sięgają po propagandę w walce o stanowiska i synekury, czy w przeciwieństwie do Jacka Majchrowskiego, czy jego zastępcy, którzy też działają w taki sposób, że można uznać, iż bardziej myślą o dobru swoim i otaczających ich osób, a nie krakowian.

Wypominał pan prezydentowi Krakowa zadłużanie miasta. Ostatnio prezydent Jacek Majchrowski w mediach społecznościowych wyliczył: „ze sprawozdania z 2022 roku spółka radnego Łukasza Gibały posiadała aktywa wynoszące 208 mln zł, zaś zobowiązania spółki wynosiły 233 mln zł. Dla porównania zadłużenie Krakowa to niecałe 6 mld zł, a wartość majątku to ponad 63 mld zł". Nie obawia się Pan, że ujawnienie takich faktów zaszkodzi Pana poparciu?
Mam fabrykę w wynajętej hali w Brzeziu koło Bochni, a więc w pobliżu Krakowa. Tam produkujemy filament do drukarek 3D oraz deski kompozytowe. Filament eksportujemy do ponad 70 krajów na świecie. To produkt wysokiej jakości, premium. Robi się z niego wiele rzeczy – od zabawek po protezy, a nawet części do łazika marsjańskiego. Firma bardzo dobrze się rozwija. Postanowiłem więc zaciągnąć pożyczkę inwestycyjną, aby wybudować dużo większą fabrykę w specjalnej strefie ekonomicznej w Niepołomicach. Kupiliśmy tam już działkę. Specjalnie wybrałem miejsce poza Krakowem, żeby nie było konfliktu interesów. Tego zobowiązania nie można nazywać długiem. O długu można mówić w sytuacji, w której ktoś zalega z opłatami, bo nie jest ich w stanie spłacić w terminie. A tu mowa o wieloletniej, długookresowej pożyczce na inwestycję. Żeby firma się rozwijała, musi inwestować i na ten cel zaciągać kredyty czy pożyczki, tak jest na całym świecie. Różnica między mną a Jackiem Majchrowskim w pożyczaniu jest taka, że ja pożyczyłem na własne konto, a prezydent pożyczał w naszym imieniu i my te długi będziemy spłacać. Gdy się zarządza pieniędzmi publicznymi, to trzeba być dużo bardziej oszczędnym i rozważnym, a nie kupować ławkę za ćwierć miliona złotych, albo wydawać ponad 1,2 miliarda złotych na Trasę Łagiewnicką, którą można było wybudować taniej. Do prezydenta Jacka Majchrowskiego mam pretensje nawet nie o to, że Kraków jest zadłużony na 6 miliardów złotych, ale o to, że ten dług urósł wskutek nierozsądnego gospodarowania.

Pan od kogo pożyczył?
Od spółek mojego ojca. Pożyczka jest oprocentowana, są gwarancje i zabezpieczenia. Mam ten komfort, że ojciec jest przedsiębiorcą, ma 75 lat, w biznesie działa od około 40 lat. Zgromadził spory majątek. Cieszę się z tego, że nie muszę iść do banku, tylko ojciec mi zaufał i mogłem od niego wziąć pożyczkę. Jak fabryka powstanie, zwiększy się produkcja, to spłacimy zobowiązania.

Kraków jednak ojca nie ma. Jak jako prezydent poradziły pan sobie z zadłużeniem miasta?
Trzeba wszędzie, gdzie to możliwe zrobić audyty i poszukać oszczędności, w taki sposób, aby to nie uderzało w mieszkańców. Nie trzeba kupować ławki do parku za ćwierć miliona złotych, może być tańsza i też będzie się na niej wygodnie siedziało. Ważne, żeby na początku zatrzymać zadłużenie, aby już nie rosło.

I będzie pan się tym zajmował dalej prowadząc fabryki?
Byłbym nierozsądnym człowiekiem, gdybym nie brał pod uwagę, że może powstać sytuacja, w której w razie mojej wygranej musiałbym połączyć zarządzanie miastem i firmą. Długo o tym myślałem, zanim podjąłem jeszcze decyzję o wystartowaniu w wyborach. Na szczęście mam bardzo kompetentnych współpracowników. Już wybrałem trzy osoby, które będą zarządzały firmą, jeżeli zostałbym prezydentem Krakowa. Dzięki temu od poniedziałku do piątku, a jeśli będzie trzeba, także w weekendy, będę tylko dla miasta i mieszkańców.

Ojciec panu pomógł w biznesie, przy zarządzaniu Krakowem też będzie wspierał?
Ha, ha... Nie ma takiej możliwości. Mój ojciec zawsze trzymał się z dala od polityki. Zawsze mi mówił, że jego zdaniem popełniłem duży błąd angażując się w politykę. Uznając, że to jest brudna dziedzina, przestrzegał mnie, że cały czas będę atakowany i taka będzie odpłata za poświęcanie się dla wspólnego dobra. Ojciec na pewno nie będzie mi w żaden sposób doradzać, ani pomagać, ani tym bardziej nie będzie ingerował w moje decyzje. To co nas łączy, to relacja rodzinna.

To, że jest pan w miejscu w jakim jest, krok od fotela prezydenta Krakowa byłoby możliwe bez pomocy ojca?
Tego nie wiemy. Na pewno byłoby mi dużo trudniej. Z tym się zgadzam. Urodziłem się w bogatej rodzinie. Kiedy miałem 15 lat zmarła moja mama. Po niej odziedziczyłem trochę pieniędzy. Miałem więc pewnie trochę łatwiejszy start. Świat nie jest pod tym względem do końca sprawiedliwy, ale też nawet ludzie, którzy rodzą się w mieście, zwykle mają lepszy dostęp przykładowo do edukacji, szczególnie w takim akademickim mieście jak Kraków. Nie wiemy jednak, jak bym sobie poradził bez wsparcia ze strony rodziców. Tego nikt nie wie, bo to tworzenie świata alternatywnego, nieznanego w mojej historii. Na pewno jestem wdzięczny rodzicom, że mi pomogli, ułatwili życie. Na Uniwersytecie Jagiellońskim obroniłem doktorat z logiki, który napisałem w Stanach Zjednoczonych. Tego nie osiągnąłem dzięki pożyczce od ojca. Jeżeli chodzi o przedsiębiorstwo, działalność w biznesie, to na pewno miałem łatwiejszy start.

Szukał pan plusów związanych ze swoją sytuacją materialną?
Nie muszę się sam nad tym zastanawiać, bo w rozmowach z mieszkańcami słyszę bardzo dużo takich argumentów: „Widać, że nie idzie pan do polityki, żeby się dorobić". Urodziłem się w zamożnej rodzinie, dobrze mi się powodzi, pomnażam majątek. Uważam, że minusem polskiej polityki jest to, iż wiele osób traktuje działalność publiczną, jak dojną krowę. Przez osiem lat byłem posłem. Pracując w parlamencie zauważyłem, że dla wielu osób najważniejsze było to, by pobierać uposażenie poselskie, bo dzięki temu mają wyższy standard życia. W moim przypadku jest na odwrót. Ja do polityki dokładam, a nie jest tak, że z niej żyję. Nie podoba mi się też to, co robią partie polityczne, w tym największe takie jak Prawo i Sprawiedliwość czy Platforma Obywatelska. Jakby któraś z tych partii miała swojego prezydenta Krakowa, to potraktowałaby stanowiska w urzędzie i w spółkach miejskich jako łupy. Zaraz mielibyśmy w fotelach dyrektorów i prezesów niekompetentnych działaczy partyjnych.

W Krakowie urzędujący prezydent podkreśla swoją apolityczność.
Ale mieliśmy taką sytuację, że Platforma Obywatelska przez długi czas popierała prezydenta Jacka Majchrowskiego i w zamian jej ludzie zajmowali ważne stanowiska w mieście, pomimo że niekoniecznie mieli potrzebne kompetencje. PiS to samo robił w spółkach skarbu państwa przez ostatnie osiem lat. Mnie zależy na tym, by Kraków był zarządzany przez ludzi, którzy są niezależnymi fachowcami. Pod tym względem zarządzanie miastem przez obecnego prezydenta wygląda fatalnie. Stanowiska otrzymywali znajomi prezydenta Jacka Majchrowskiego, często jeszcze z czasów PZPR-u. Teraz Jacek Majchrowski powołuje szefów instytucji kultury na wieloletnie kadencje, przedłużając im kontrakty, bez konkursu. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której jak już ktoś był znajomym Jacka Majchrowskiego, to sprawował swoją funkcję na wieki. Teraz prezydent podjął decyzję, aby było tak nadal, mimo że wkrótce skończą się jego rządy.

Pan jak zostanie prezydentem, to zrobi rewolucję w urzędzie?
Jeżeli chodzi o najwyższe stanowiska to tak będzie. Każdą osobę ocenię indywidualnie, nie wszyscy muszą więc stracić pracę. Tak jak to jednak obecnie widzę, to zdecydowana większość osób na stanowiskach dyrektorskich, kierowniczych nadaje się do wymiany. Na stanowiskach średniego i niższego szczebla często dostrzegam osoby, które wydają się zaangażowane, są kompetentne, coś chciałby dla miasta zrobić, ale mają nad sobą szklany sufit, brakuje im znajomości, a co się z tym wiąże - siły przebicia. Dlatego byłoby też wiele awansów wewnętrznych. Jestem jedynym kandydatem na prezydenta Krakowa z szansami na wygraną, który w żaden sposób nie jest związany z obecnymi władzami miasta. Jestem jedynym kandydatem silnej, realnej zmiany.

Poparła pana Daria Gosek-Popiołek z Partii Razem. Nie obawia się Pan, że to może Panu zaszkodzić, bowiem zacznie Pan być traktowany jako kandydat lewicy?
Nie jestem związany z żadną partią, ale cieszę się z poparcia każdego ze środowisk. Daria Gosek-Popiołek to bardzo popularna lewicowa polityczka z Krakowa. Poparli mnie także radni Nowoczesnej. Będę miał też poparcie ze strony środowisk konserwatywnych. Co pokazuje, że za mną stoją mieszkańcy i politycy o bardzo różnych poglądach. To znak, że Łukasz Gibała nie dzieli, tylko łączy i każdy będzie się dobrze czuł z takim prezydentem.

Jeżeli pan wygra wybory to zapewne aby rządzić będzie musiał jednak wejść z kimś w koalicję. Do kogo byłoby Panu najbliżej?
Bardzo chciałbym, aby w wyborach do rady miasta nasi kandydaci Komitetu „Kraków dla Mieszkańców" zdobyli większość. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że jest to mało prawdopodobne, pokazują to chociażby wyniki poprzednich wyborów. Byłby więc potrzebny koalicjant. Na ten moment wolałbym, żeby to nie była ani Platforma Obywatelska ani Prawo i Sprawiedliwość, które są najbardziej zaangażowane w spór polityczny w kraju. Może swoich radnych wprowadzi Trzecia Droga. To ugrupowanie nie jest tak bardzo skompromitowane jak te dwie wielkie partie. Nie znamy jednak ostatecznego układu arytmetycznego. Trudno więc gdybać.

A jak pan na nowo zamierza urządzać miasto?
Zaczynając od najprostszych rzeczy. O ławkach już wspomniałem. Przykładem jest Park Grzegórzecki. Mieszkańcy nie mogli się tam doczekać tych ławek i sami je przynieśli. Po to jednak wybierają władze miasta, by im ten park urządzić, tak jak tego oczekują i nie musi to oznaczać przesadnych kosztów, tak by starczyło także na inne inwestycje. A jeżeli chodzi o przestrzeń publiczną, to jestem za tym, by wprowadzić katalog mebli miejskich, tak by projektanci mieli obowiązek z niego korzystać.

Jak poprawiłby pan system miejskiej komunikacji?
Przede wszystkim uważam, że prezydent powinien korzystać ze wszystkich środków komunikacji, bowiem to pozwala w pełni zrozumieć problemy i oczekiwania mieszkańców. Sam jeżdżę na rowerze, samochodem, tramwajami i autobusami. Nie ukrywam, że najczęściej wybieram samochód, ale aby było ekologicznie, kupiłem auto elektryczne. Korzystam także z oferty komunikacji zbiorowej. Roweru używam do celów rekreacyjnych. Mieszkańcy narzekają na coraz bardziej zakorkowane ulice. Aby temu zaradzić, trzeba inwestować przede wszystkim w infrastrukturę szynową. Szybkie i sprawne przemieszczanie się po mieście osiągniemy dzięki budowie lekkiego metra, jeżdżącego z prędkością 70-80 km/h. Jedną z pierwszych rzeczy jakie zrobię jako prezydent Krakowa, to pojadę do Warszawy i będę lobbował za metrem, za pozyskaniem na to zadanie środków rządowych i unijnych. Mieszkańcy opowiedzieli się za takim rozwiązaniem w referendum w 2014 roku. Minęło 10 lat i nic nie zrobiono. Poprawę możemy też osiągnąć dzięki nowym liniom tramwajowym, m.in. do Złocienia, Rżąki, na Azory, do osiedla Kliny, wzdłuż ulicy Lema i przedłużeniu linii do nowej stacji Szybkiej Kolei Aglomeracyjnej na osiedlu Piastów. Uruchomimy też połączenia autobusowe do miejsc, gdzie mieszkańcy nie mają dostępu do usług MPK. Dzięki tym rozwiązaniom więcej osób wybierze komunikację zbiorową zamiast auta, przez co zmniejszą się korki. Nie zapomnimy jednak o podstawowej infrastrukturze: drogach, chodnikach i ścieżkach rowerowych.

Jest pan kojarzony jako walczący z betonozą i o tworzenie terenów zielonych. W Krakowie brakuje parków, ale też mieszkań. Jak to pogodzić?
Mieszkańcy często dziękują mi za tę walkę z betonowaniem naszego miasta. Nie jestem za tym, żeby nic nie budować, ale trzeba to robić z głową. Nie brak jeszcze miejsc pod zabudowę. W niektórych można budować wyżej, ale zwiększać odstępy między budynkami, by było miejsce na zieleń, tereny rekreacyjne. Mam też propozycję, która budzi skrajne emocje, ale będę do niej przekonywał, polegającą na tym, żeby Kraków trochę się rozrósł. Część gmin ościennych można włączyć do Krakowa. Przekonywałbym do tego przywilejami, kto ma Kartę Krakowską, ten mógłby korzystać z licznych zniżek, jakie chciałbym wprowadzić, nie tylko na komunikację, ale np. w instytucjach kultury, obiektach rekreacyjnych. Wtedy byłoby więcej miejsca pod rozsądną zabudowę. Trzeba natomiast chronić istniejące obszary zielone. W tym celu chcemy przeznaczać około 50 milionów złotych rocznie na wykup terenów zielonych. Mamy zamiar tworzyć nowe parki. Zgodzę się z tym, że za prezydenta Jacka Majchrowskiego powstało dużo parków, ale kieszonkowych, w których trudno wypocząć, zrelaksować się. My chcemy budować duże – XXL, mające po 100-150 hektarów. Takie parki mogą powstać w Dolinie Prądnika, w miejscu byłej kopalni iłów w Zesławicach, czy na Krzemionkach. Mądra rewitalizacja powinna polegać na tym, żeby mniej ingerować w przyrodę. Dlatego nie podoba mi się to, co zrobiono na Zakrzówku. Zrealizowano tam kosztowny projekt, który w znaczny sposób zmienił te naturalne tereny. Wielu mieszkańców, w tym ja, woli zielone obszary, ale półdzikie, a nie zbyt mocno przetworzone przez człowieka. Warto się wsłuchiwać w głosy mieszkańców.

I dlatego zaproponował pan, że rok po wyborach przeprowadzi miejskie referendum?
Obejmowałoby cztery ważne zagadnienia: rozszerzenie strefy płatnego parkowania, budowę małej elektrowni atomowej, wprowadzenie Strefy Czystego Transportu i budowę Nowego Miasta, czyli dzielnicy wieżowców w Płaszowie i Rybitwach. Prezydent Jacek Majchrowski wypomniał mi, że rządząc miastem trzeba podejmować decyzje. Zgadzam się z tym, ale nie w pełni. Uważam, że w niektórych kluczowych dla całego miasta sprawach warto dodatkowo zapytać mieszkańców o głos. Rządy Jacka Majchrowskiego kojarzą się z tym, że jak coś zdecydował, a mieszkańcy mieli inne zdanie, to byli traktowani jak przeszkoda. Ja mam zupełnie inne podejście. Mnie frajdę sprawia praca zespołowa, wspólne planowanie, w którym można przyznać się do błędu i zmienić swoje koncepcje. Chcę rządzić Krakowem wspólnie z mieszkańcami.

Jakie pierwsze decyzje zamierza pan podjąć jako prezydent Krakowa?
Pierwszą symboliczną decyzją byłaby likwidacja parkingu przed magistratem i zamienienie go w zielony skwer. Mieszkańcy postulowali to, składając projekty w budżecie obywatelskim, ale nie zostały one w ogóle poddane pod głosowanie. To był przykład arogancji i przywilejów. Jak będę jako prezydent przyjeżdżał do pracy samochodem, to będę parkował jak każdy inny mieszkaniec w strefie parkowania. Jeżeli chcemy tworzyć wspólnotę, w której wszyscy są równi, to władze miasta też powinny to akceptować. A jeżeli chcemy wprowadzać jakieś zmiany, ograniczenia, które wymagają poświęceń, to dla dobrego przykładu zaczynamy od siebie. Na tym polega równość, której chcę w Krakowie.

od 7 lat
Wideo

Jak głosujemy w II turze wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski