"Mała czarna" na wokandzie

Redakcja
Definicja ciężkich czasów jest dyskusyjna; zależy od subiektywnej oceny, własnej, indywidualnej sytuacji. Załóżmy jednak, iż "ciężkie czasy" nastają, gdy powody do narzekania ma znaczna część społeczeństwa.

Panorama ciężkich czasów - odsłona pierwsza

   W historii Polski ostatnich dwóch stuleci każde chyba pokolenie doświadczyło krócej czy dłużej życia w permanentnym kryzysie. Trudno oczywiście licytować się w doświadczaniu biedy, ale zgodzić się wypada, iż najmarniej żyło się ludziom po I wojnie światowej, w latach 1918-1924. Radość z odzyskanej niepodległości zderzała się w codziennym bytowaniu ze wszystkimi możliwymi plagami społecznymi, z drożyzną, z dramatycznym niedostatkiem podstawowych artykułów, przede wszystkim żywności, mieszkań, opału, z lichwą, korupcją i rozpanoszonym ponad wszelkie wyobrażenie bandytyzmem. Sytuacja była dramatyczna i wymagała działań nadzwyczajnych.
   W roku 1914 u schyłku belle epoque za jedną koronę, która była ekwiwalentem średniej dniówki roboczej, kupowało się kilogram mięsa, 5 kg kaszy, 3 litry nafty. Na buty trzeba było pracować 12 dni, na garnitur 2 miesiące. W 1919 roku kilogram mięsa kosztował już 20 koron, w marcu 1920 - koron 36. Ceny podstawowych artykułów w porównaniu z okresem przedwojennym wzrosły średnio o 2000 procent. Zarobki oczywiście - o czym nawet nie warto wspominać - pozostawały z każdym dniem coraz to dalej w tyle. Towary były rozchwytywane, a potem odsprzedawane po paskarskich cenach. Władze starały się temu przeciwdziałać, wprowadzając regulację cen, ustanawiając ceny maksymalne. Zaopatrywaniem miast zajmowały się komisje aprowizacyjne. Do walki z patologią rynku, wobec niemożności zaspokojenia wszystkich potrzeb, powołano państwowe urzędy do walki z lichwą i spekulacją.
W Krakowie urząd taki pod przewodnictwem dr. Frączkiewicza działał od listopada 1919 roku w pałacu Larischa, na rogu Brackiej i Franciszkańskiej. Miał 2 wydziały - śledczy i wykonawczy; personel urzędu prowadził ścisłą kontrolę targowisk i sklepów. W dni targowe 4 wywiadowcy do południa pełnili stałe dyżury na placach, po południu, jak to enigmatycznie określono "używani byli do wywiadów", a w razie potrzeby, czyli w przypadku nagłego niecierpiącego zwłoki doniesienia, także w nocy, robili rewizje po piekarniach, masarniach, hurtowniach i składach towarów. Współdziałali w wydziałem walki z lichwą w policji; wspierały ich też wolontariuszki, inspektorki honorowe, "pomoc aprowizacyjna pań". Skonfiskowane towary trafiały do magazynów rządowych w Krzysztoforach; towary szybko psujące się odsprzedawano od ręki publiczności po urzędowych cenach.
   Przeciwdziałania spekulacji i paskarstwu tzw. czynników oficjalnych nie były jednak w stanie opanować sytuacji. Podnosiły się głosy, także w Krakowie, jak i w całej Polsce, by spekulantów karać coraz ostrzej, domagano się nawet kary śmierci. Naturalnie nie zadekretowano jej, poprzestając na grzywnach i areszcie wymierzanym w miesiącach; oddawano jednak coraz częściej sprawy o paskarstwo w kompetencje sądów doraźnych. Czasem też, do niemrawych - w odczuciu społecznym - akcji władz włączała się w sposób niekontrolowany ulica. W sierpniu 1919 roku przed siedzibą komisji aprowizacyjnej zgromadził się tłum kobiet, głównie z przedmieścia, domagając się, by "władza zrobiła porządek" z przekupkami warzyw z placu Szczepańskiego i handlarkami owoców z Małego Rynku, które towar kupiony rano od podkrakowskich wieśniaków odsprzedawały krakowiankom za 2-3 razy wyższą cenę. Do rozgoryczonych kobiet przemówił komisarz policji p. Marzec, obiecując interwencję. Istotnie, nazajutrz o świcie urzędnicy magistratu wylegli na rogatki, odkupili od włościan warzywa i owoce, by następnie sprzedać je bez marży, po tej samej cenie krakowskim gospodyniom. Przekupki były wściekłe, ale następnego dnia akcji już nie było i zdzierstwo kwitło po dawnemu.
   Buntownicze krakowskie damy dobrały się też do skóry restauratorom i właścicielom kawiarń, których powszechnie krytykowano za zawyżanie cen. Przez kilka sierpniowych dni 1919 roku gromada niewiast nachodziła krakowskie lokale, zasiadała przy stolikach, zamawiała jadła i napitki, konsumowała i wychodziła nie płacąc. Początkowo tolerowano milcząco te wybryki, jednak gdy do ekip "konsumentek" zaczęły - co było do przewidzenia - dołączać rozmaite podejrzane indywidua i watahy wyrostków, dopuszczające się przy okazji tych demonstracji rabunków, kradzieży i niszczenia mienia, energicznie wkroczyła policja.
Restauracje, kawiarnie i liczne tzw. handelki, gdzie można było coś przekąsić znalazły się na cenzurowanym, ponieważ stołowało się tam całkiem sporo osób, zwłaszcza samotnych, nie prowadzących domowych gospodarstw. Z marną pensyjką zainteresowani byli w utrzymaniu niskich cen w lokalach gastronomicznych. Wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, magistrat krakowski wprowadził obowiązek przedkładania sobie do zatwierdzenia cenników potraw i napojów. Wzorcowe cenniki zawierające ceny maksymalne rozprowadzało stowarzyszenie kawiarzy, które miało swoja siedzibę przy ul. Karmelickiej, i stowarzyszenie gospodnio-szynkarskie z ul. Powiśle. Podobne cennik mieli też hotelarze. Kopię z podpisem właściciela interesu, dla ewentualnego porównania, przechowywano w magistracie; oryginał z pieczęcią urzędu miał być zawsze pod ręką w hotelu, kawiarni, restauracji do wglądu dla klientów, liczne odpisy cennika - w miejscach widocznych i łatwo dostępnych. Dzięki tym procedurom przyłapano m.in. jesienią 1920 roku zarządcę hotelu "Pod Różą", który za pomocą nożyczek i kleju preparował własny cennik, biorąc za nocleg trzy razy więcej niż było dozwolone. Prócz regulacji cen magistrat w oparciu o przepisy ustawy przemysłowej określał dni i godziny otwarcia lokali, w których musiały być one czynne. Naturalnie rygory te nie były po myśli "kawiarzy" - jak określano dzierżawców i właścicieli kawiarni - i restauratorów. Bezsilni wobec władz brali odwet na klienteli na różne sposoby. Przykładowo - w sierpniu 1919 roku prasa krakowska, także pro domo sua, ubolewa iż z krakowskich kawiarni znikły gazety, po które od niepamiętnych - a dobrych - czasów zwykli sięgać goście przy kawce. "Większość gości przychodzi nie po to by napić się jakiegoś ohydnego surogatu kawy - _pisano wprost - lecz by przejrzeć gazety, których przeciętny obywatel nie może sobie kupić". Jeszcze wiosną 1918 roku w "Esplanadzie" były nawet gazety zagraniczne, przynajmniej cztery dzienniki krakowskie, po dwa warszawskie i lwowskie. I nagle - jak nożem uciął; ledwie jeden dziennik lokalny. _Nie stać nas - mówią kawiarze - nie będziemy dopłacać do interesu; jeśli magistrat określa ceny, to niech funduje gościom lekturę. Co najmniej dziwne - ripostuje felietonista "Gońca Krakowskiego - dzienny utarg kawiarni to 4-5 tysięcy koron, w niedzielę 10 tysięcy. Kawa z mlekiem kosztuje "urzędowo" 1 koronę, jej koszt przyrządzenia ok. 30 halerzy. Zysk - przeciętnie 200 procent. Dziwne, że kawiarzy nie stać na prenumeratę. Tym dziwniejsze, iż po wprowadzeniu systemu 10 procentowego dodatku doliczanego do rachunku, w miejsce napiwku, koszt obsługi spadł wyłącznie na publiczność.
Kawiarze jednak mieli inną widać kalkulację, skoro doszło do otwartej wojny. Pewnego dnia po kolejnej aktualizacji cennika w większości krakowskich kawiarni ich bywalców, spieszących na spotkanie z ulubioną "małą czarną", spotkała przykra niespodzianka. Odmawiano im podania czarnej kawy, kawy z mlekiem lub samego mleka, czyli tych produktów, których ceny magistrat - zdaniem kawiarzy - uregulował "z sufitu". Serwowano wyłącznie lody, herbatę i poziomki.
   Po dwóch dniach konflikt ostatecznie załagodzono; kawiarze wobec nieprzychylności opinii publicznej tym razem ustąpili, ale generalnie skapitulować nie zamierzali. W ciągu następnych dni po cichu, ale dalej, zawyżali ceny, zmniejszali porcje, zamykali też pod rozmaitymi pozorami lokale.
   No i doigrali się - czytamy w dziennikach krakowskich z początku grudnia 1919 r. o aresztowaniu 29 listopada na polecenie okręgowego sądu karnego w Krakowie znanego kupca krakowskiego i właściciela kawiarni "Esplanada" Karola Wołkowskiego. Równocześnie aresztowano zarządcę kawiarni "Royal" Bernarda Forzimmera; obu za uprawianie w swych lokalach paskarstwa, nieuczciwe wyśrubowanie cen potraw i napojów, jak również za namawianie innych właścicieli restauracji i kawiarni do lichwy.
   "Aresztowanie tych dwóch zbrodniczych paskarzy - pisze szczególnie cięty na kawiarzy "Goniec" - jest na razie minimalnym zadośćuczynieniem dla ludzi żyjących z pensji lub ciężko zarobionego grosza, których oni ssali pobierając niezwykłe sumy za kawy, bułki lub skromne przekąski. Ci ludzie tuczący się krwią innych wobec ogólnej nędzy powinni być dostatecznie ukarani. Ceny winny być zredukowane do możliwego minimum. A wszelkie kawiarnie i jadłodajnie winny być pod ścisłą kontrolą władz. Inaczej paskarstwo będzie trwało dalej. Jako przykład podajemy, że na wieść o aresztowaniu tych dwóch 'matadorów', tutejszych 'kawiarnianych paskarzy', ceny we wszystkich lokalach raptem spadły".
   Istotnie wiadomość ta zrobiła wrażenie nie tylko na restauratorach i kawiarzach, ale i na wszystkich mieszkańcach. Tym bardziej iż aresztowanie Forzimmera i Wołkowskiego zbiegło się z pewnym dramatycznym wydarzeniem, jakie miało miejsce w Krakowie 26 listopada. Tego dnia o 7 rano na podwórzu koszar im. Jana III Sobieskiego przy ul. Warszawskiej rozstrzelano na podstawie wyroku sądu doraźnego w Cieszynie przemysłowca Brotheima z Przemyśla. Został oskarżony i skazany za współudział w kradzieży butów i ubrań dla wojska. Był to pierwszy taki surowy wyrok za malwersację mienia państwowego; z czasem stały się coraz liczniejsze i spowszedniały, zwłaszcza w dramatycznym okresie wojny polsko-bolszewickiej. Czyn Brotheima należał do całkowicie odmiennej kategorii przestępstw niż paskarstwo i spekulacja, nadto zakwalifikowano go jako przestępstwo przeciwko siłom zbrojnym. Ale zbieg egzekucji z aresztowaniem kawiarzy sprawiał wrażenie, iż "ludzie tuczący się krwią innych wobec ogólnej nędzy" _będą dostatecznie karani.
   4 grudnia do Forzimmera i Karola Wołkowskiego osadzonych u św. Michała, dołączyli Leon Piątkowski, właściciel cukierni przy ul. Floriańskiej, Bolesław Górski, właściciel kawiarni "Centralna" przy Dunajewskiego, Bański, właściciel "Secesji", Roman Madejski, współwłaściciel "Michalika".
   Zarzutami i aktem oskarżenia objęto nadto brata K. Wołkowskiego, Stanisława, prezesa stowarzyszenia gospodnio-szynkarskiego w Małopolsce, Ludwika Nędzę, właściciela kawiarni "Polonia" przy pl. Szczepańskim, Zygmunta Nuzikowskiego, właściciela baru przy ul. Szewskiej, i Jana Noworolskiego, właściciela kawiarni w Sukiennicach. Proces w ich sprawie trwał blisko 4 lata, dotarł aż do Sądu Najwyższego. Ostatecznie oskarżeni zostali skazani i zgodnie z prawomocnym już wyrokiem w lecie 1923 roku mieli odsiedzieć po kilka tygodni aresztu. W połowie sierpnia sąd krakowski wydał policji nakaz aresztowania i doprowadzenia skazanych do więzienia. Udało się doprowadzić tylko dwóch, L. Nędzę i Z. Nuzikowskiego. Za resztą, gdy policja nie mogła ustalić ich miejsca pobytu, sąd rozesłał listy gończe.
Pierwszy odnalazł się Jan Noworolski. Najmniej oczekiwanie pojawił się 3 września 1923 r. w sali Sądu Okręgowego w Krakowie, gdzie odbywała się rozprawa o rabunek przeciwko Franciszkowi Kozakowi i Władysławowi Grzybkowi, bandziorom oskarżonym o rabunki w okolicy Dobczyc. Pan Noworolski nieświadom zupełnie, iż rozesłano za nim list gończy, zgłosił się na tę rozprawę na wezwanie przewodniczącego trybunału... jako sędzia przysięgły. Został nim z losowania, które odbyło się w lipcu na kadencję 1923/24. Zapanowała konsternacja, ale po naradzie przewodniczący w porozumieniu z prokuratorem orzekli, że Noworolski nie został skazany za czyn hańbiący i może orzekać jako sędzia przysięgły. Obrońcy obu oskarżonych zapowiedzieli, iż w tej sytuacji, w przypadku wyroku skazującego wniosą z tego powodu zażalenie jego nieważności. Noworolski zasiadł jednak wraz z 11 innymi sędziami przysięgłymi do rozprawy, po czym skazał Kozaka i Grzybka na wieloletnie więzienie. Tego samego dnia policja nadesłała do sądu zawiadomienie, iż według jej ustaleń Noworolski przebywa na kuracji w Truskawcu.
   Policja zawiadomiła też, że bracia Wołkowscy wczasują w Stróżach pod Myślenicami i wnoszą o odsiedzenie 4 tygodni aresztu w tychże Myślenicach. Prośbę swą motywują tym, iż w Myślenicach
"więzienie jest nowe, urządzone według najnowszych zasad higieny, a nadto prócz świeżego powietrza roztacza się z okien cel więziennych czarujący widok na góry i lasy okoliczne".
   Niektóre dzienniki skwapliwie odnotowały te fakty, komentując, iż
"uwłaczają powadze sądu",_ z czym chyba wypada się zgodzić. Domagano się, by sprawę restauratorów zbadało ministerstwo. Do tego jednak nie doszło. 8 września "Goniec" donosi, iż wbrew temu, co piszą koledzy z innych redakcji, z krakowską Temidą nie jest aż tak źle. P. Jan Noworolski rozpoczął już swoją odsiadkę, p. Piątkowski istotnie jest obłożnie chory, a p. Madejski chadza na wolności, ponieważ zaliczono mu na poczet kary areszt śledczy. "Garują" także bracia Wołkowscy, choć faktem pozostaje niezaprzeczonym, iż istotnie w kryminale myślenickim, z lepszym powietrzem i otoczeniem niż kazamaty św. Michała. Chociaż - o czym ćwierkały nawet wróble na dachu - w lochach przy Senackiej można się też było jakoś, mając pieniądze, urządzić.
   Ale to już historia na inną okazję. A za tydzień, panoramy ciężkich czasów odsłona wtóra, o czarnogiełdowych spekulantach, przemytnikach dewiz i machinacjach giełdowych rekinów.
Opracował Jan RogóŻ

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie