Mała szkoła za małe pieniądze

Redakcja
(INF. WŁ.) Związek Nauczycielstwa Polskiego zapowiada walkę z gminami, które przekazują publiczne szkoły pod zarząd stowarzyszeń lub fundacji. W Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym na rozpatrzenie czeka wniosek gminy Stoszowice (woj. dolnośląskie), która chce oddać wszystkie swoje szkoły fundacji specjalnie utworzonej w tym celu. Rachunek jest prosty. Pedagoga zatrudnionego w szkole prowadzonej przez stowarzyszenie nie chronią przepisy Karty nauczyciela, można więc żądać od niego więcej pracy za znacznie mniejszą płacę.

Trzecioklasiści mają zajęcia wspólnie z Piotrusiem, jedynym uczniem klasy drugiej placówki w Palczowicach

   Irena Melcer codziennie dojeżdża 20 kilometrów z Oświęcimia do Palczowic (gmina Zator). Jest nauczycielką i dyrektorką miejscowej podstawówki. Ma pod opieką dziesięcioro uczniów. Szkoła istnieje tylko dzięki determinacji rodziców, którzy po jej likwidacji, w 2001 r., postanowili założyć stowarzyszenie i sami zajęli się prowadzeniem placówki.
   W szkole są dwie sale lekcyjne. Pięcioro pierwszaków uczy się osobno. Trzecioklasiści mają zajęcia wspólnie z Piotrusiem, jedynym uczniem klasy drugiej.
   Palczowicka szkoła jest jedną z 12 małopolskich podstawówek objętych pilotażowym programem Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu o nazwie "Mała Szkoła". - Temu projektowi nigdy jednak nie nadano statusu prawnego - podkreśla Mieczysław Grabianowski, rzecznik ministra edukacji.
   W całym kraju istnieje 118 takich szkół. Wszystkie powstały tak samo - gdy gmina, z powodu braku wystarczającej liczby uczniów, postanowiła zlikwidować istniejącą placówkę i przenieść dzieci do innej, nierzadko oddalonej o kilkanaście kilometrów. W większości są to podstawówki z klasami 0 - III. Prowadzą je stowarzyszenia, fundacje lub osoby fizyczne. Otrzymują dotacje z budżetu państwa, a dzieci nie płacą czesnego. Pedagogów zatrudnionych w takich szkołach nie chronią przepisy Karty nauczyciela. I jest to główne źródło oszczędności. Szkoły ponadto nie zatrudniają zwykle nikogo poza jednym lub dwoma nauczycielami. Wszelkie prace porządkowe czy remontowe wykonują sami rodzice.
   - Jestem nauczycielką dyplomowaną, więc gdyby szkoła chciała mnie zatrudnić na podstawie Karty nauczyciela, musiałabym dostać 1700 zł brutto - mówi Irena Melcer. - Ponieważ zatrudnia mnie Stowarzyszenie na rzecz Rozwoju Wsi i chroni mnie jedynie kodeks pracy, dostaję 700 zł.
   Pani Irena cieszy się jednak nawet z takich zarobków. Pracy nie mogła znaleźć w rodzinnym Oświęcimiu. - Nikt nie chce zatrudniać pedagogów z wysokimi kwalifikacjami, bo trzeba im więcej płacić i nie można ich zwolnić z byle powodu - mówi Irena Melcer. - Gminy wolą więc zatrudniać nauczycieli stażystów, którzy mają mniejsze wymagania.

Szkoły w ręce fundacji

   Gminy szukają też oszczędności, przekazując małe szkoły stowarzyszeniom lub fundacjom.
   Władze gminy Stoszowice w województwie dolnośląskim wpadły nawet na pomysł, by zlikwidować wszystkie podległe im szkoły i przekazać ich prowadzenie specjalnie powołanej fundacji. Resort edukacji sprzeciwił się temu, a gmina w lipcu tego roku przekazała sprawę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Orzeczenie zostanie wydane prawdopodobnie w lutym przyszłego roku. - Jeżeli wygramy, jestem pewien, że gminy w całym kraju pójdą za naszym przykładem i pozbędą się szkół - twierdzi Patryk Wild, wójt Stoszowic.
   Zdaniem wójta, poziom wiejskich szkół jest niski, a wszystkiemu winna jest Karta Nauczyciela, która chroni słabych, a nie promuje najlepszych. - W dużych miastach szkoły konkurują ze sobą, co wpływa na polepszenie jakości nauczania. Na wsiach, gdzie zwykle jest tylko jedna placówka, większość nauczycieli nie stara się aż tak bardzo - twierdzi Patryk Wild.
   Związek Nauczycielstwa Polskiego zapowiada walkę z oddawaniem szkół stowarzyszeniom. Zdaniem władz ZNP jest to przerzucenie odpowiedzialności za utrzymanie szkół na barki rodziców i lokalnych społeczności. Przede wszystkim jednak chodzi o to, że nauczyciele zatrudniani przez stowarzyszenia zarabiają mniej i nie chronią ich przepisy Karty nauczyciela. - Związek zwraca uwagę na to, że pozbycie się szkoły przez gminę wiąże się z dramatycznym pogorszeniem sytuacji nauczycieli, którym oferuje się znacznie gorsze warunki pracy - mówi Aleksandra Chwatow, rzeczniczka ZNP.

Trudny wybór

   Związek nie sprzeciwia się istnieniu małych szkół, z kilkorgiem uczniów w klasach 0 - III, uważa jednak, że powinny one być prowadzone przez organy samorządu terytorialnego. Według przedstawicieli gmin, takie szkoły nie mają racji bytu, dlatego jedynym wyjściem z sytuacji jest przekazanie ich stowarzyszeniom czy fundacjom. Tego samego zdania jest Małopolskie Kuratorium Oświaty.
   - Gdybym był nauczycielem postawionym przed wyborem: stracić pracę w związku z likwidacją placówki czy zgodzić się na niższe zarobki, ale utrzymać posadę, z pewnością wybrałbym to drugie - argumentuje Janusz Szklarczyk, zastępca dyrektora Wydziału Nadzoru Pedagogicznego w małopolskim kuratorium.
   - Nauczyciele w ogóle nie powinni być stawiani przed takim wyborem - odpowiada na to Aleksandra Chwatow.
   Na razie nie ma dobrego wyjścia z sytuacji.
   - Potrzebny jest rządowy program, który uregulowałby sytuację małych szkół oraz uczących tam pedagogów - mówi posłanka Teresa Jasztal (SLD) z sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży. - W ubiegłym tygodniu na posiedzeniu komisji chcieliśmy zorganizować debatę na ten temat. Do rozmów nie doszło, ponieważ żadna odpowiedzialna osoba z ministerstwa nie pofatygowała się do nas. Trzeba to odłożyć na później.

Gdy Piotruś jest chory

   Maria Wacek, dyrektorka i nauczycielka w szkole w Nowicy (gmina Uście Gorlickie), dostaje na prowadzenie placówki 664 zł miesięcznie. - Pieniądze wystarczają jedynie na moje wynagrodzenie. Rachunki za prąd płaci gmina, resztą opiekuje się Zjednoczenie Łemków, które od 1 września tego roku przejęło prowadzenie szkoły od Stowarzyszenia Przyjaciół Nowicy - mówi dyrektor.
   Nowicka podstawówka jest najmniejszą szkołą w Polsce. Na lekcje w łemkowskiej chacie przychodzą tylko dwie uczennice. Jedna z nich jest trzecioklasistką. Za rok będzie musiała wstawać o 6 rano, by dojechać do oddalonej o 8 kilometrów szkoły w Uściu Gorlickim. Zimą, kiedy śnieg zasypie krótszą drogę, od szkoły będą dzielić dziewczynkę aż 22 kilometry. - Dla takich maluchów i ich rodziców mała szkoła jest idealnym rozwiązaniem - mówi Maria Wacek. - A w takich szkołach zajęcia prowadzi się fantastycznie. To prawie tak, jakby uczniowie mieli nauczanie indywidualne.
   Z badań przeprowadzonych przez resort edukacji wynika, że dzieci, które kończą trzy klasy w małej szkole, świetnie sobie radzą także po opuszczeniu jej murów. Słabą stroną placówki jest jednak nauka w klasach łączonych, trudne warunki lokalowe, brak pracowni komputerowych, sal gimnastycznych i boisk.
   - No i najgorzej jest, kiedy Piotruś choruje - dodaje Irena Melcer. - Wtedy II klasa nie ma zajęć, a przecież program musi zostać zrealizowany.
ANNA KOLET-ICIEK

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie