MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Margaret: Mam pełną kontrolę nad swoją karierą i nie boję się niczego

Paweł Gzyl
Paweł Gzyl
Margaret
Margaret Joanna Urbaniec
Na swej nowej płycie „Siniaki i cekiny” Margaret dokonuje podsumowania dotychczasowej działalności. Zapytaliśmy ją więc jak sobie radzi w trudnych chwilach, których nie brakuje w życiu każdego z nas. Co odpowiedziała?

- Kiedy rozmawialiśmy trzy lata temu z okazji wydania twojej poprzedniej płyty, mieszkałaś w domku holenderskim w lesie. Teraz podobno przeprowadziłaś się do Hiszpanii.
- Nie. Kiedy jestem w Polsce, nadal mieszkam w lesie. Hiszpania faktycznie pojawiła się w moim życiu, ale wyjeżdżam tam tylko w zimie, kiedy tutaj nie ma słońca.

- A skąd pomysł, żeby wyjeżdżać akurat do Hiszpanii?
- Zawsze lubiłam hiszpańską kulturę, muzykę i język. Stąd ta decyzja. Tak naprawdę przede wszystkim było to takie poszukiwanie słońca w czasie zimy. Bo wiadomo jak u nas jest wtedy. To wszystko złożyło się na to, że postanowiłam kupić małe mieszkanie w Hiszpanii. W ten sposób dzielę życie między Polskę a Hiszpanię. Teraz jestem w Polsce, bo wydałam nową płytę i mam dużo pracy przy jej promocji.

- A jak ci się mieszka w Hiszpanii?
- Dobrze. Mam fajnych sąsiadów. To przede wszystkim inna kultura i inny język. Powoli uczę się tego wszystkiego, żeby się dogadać. Teraz nie ma mnie tam od dwóch miesięcy, więc nie mam jakichś świeżych historii do opowiedzenia.

- Hiszpania zainspirowała cię do stworzenia piosenek na nową płytę?
- Właściwie nie. Płyta opowiada zupełnie inną historię. Jest w niej dużo słońca, ale to dlatego, że we mnie jest dużo słońca. Stąd też ja ciągle tego słońca poszukuję. Nie oddawałabym jednak tutaj zasług Hiszpanii.

- A skąd pomysł na duet z Alvaro Solerem w piosence „Hot Like Summer”?
- Alvaro jest Hiszpanem, ale mieszka w Berlinie. Mamy wspólnego producenta. I on wpadł na pomysł takiego duetu. Alvaro się zgodził i napisaliśmy tę piosenkę w Polsce. Ona jest utrzymana w stylu reggaeton, ale ja już robiłam tego rodzaju utwory na wcześniejszej płycie. Jest to więc taka ogólna zajawka po prostu.

- Poprzedni twoja płyta była skrętem w stronę R&B czy nawet hip-hopu. Teraz na „Siniakach i cekinach” wracasz do popu. Co zdecydowało o takim posunięciu?
- Uznałam, że długo już robiłam muzykę urban, czyli około hiphopową. I potrzebowałam jakiejś zmiany. Zresztą ta zmiana jest już na stałe wpisana w moją karierę. Ona po prostu co jakiś czas się wydarza, bo ja jako artystka nudzę się szybko robieniem jakiejś jednej konkretnej rzeczy. I tak też tutaj się wydarzyło. Poczułam, że potrzebuję czegoś nowego – nowych piosenek, nowego brzmienia, nowych współprac.

- Ten twój pop z 2024 roku jest inny od tego popu, który robiłaś w 2014 roku?
- Na maksa. Chociaż mówię, że wracam do popu, biorę to w cudzysłów, bo jestem pewna, że ta moja nowa muzyka jest inna. To dalszy krok w moim muzycznym rozwoju. Ja słyszę tu wiele nowych inspiracji. To także efekt tego, że dużo się nauczyłam, robiąc muzykę jako Gaja Hornby. Śpiewam teraz pop – ale głębszy i bliższy mnie.

- A co tym razem było dla ciebie największą inspiracją?
- Pod względem muzycznym był to powrót popowych rzeczy z lat 80. Ale z drugiej strony – funk, którego słuchałam, gdy dostałam się do Akademii Muzycznej w Katowicach. Wszyscy wtedy jaraliśmy się takimi zespołami, jak Jamiroquai. Była to typowa zajawka dla mnie w tamtych czasach.

- W latach 80. jeszcze nie było cię na świecie. Co cię ciekawi w muzyce z tamtego czasu?
- Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach wszyscy artyści są skazani na to, żeby przekładać na swój język już to, co było kiedyś w muzyce. Ciężko bowiem wymyślać jakieś nowe gatunki. W pewnym sensie doszliśmy do sufitu. W ramach poszukiwania nowych inspiracji trzeba więc wracać wstecz. Tak było też u mnie. Odnalazłam się w tym, bo wcześniej nigdy nie dotykałam w swych piosenkach lat 80. Dlatego uważam, że jest to bardzo świeże w moim wydaniu.

- I okazuje się, że bardzo dobrze się to sprawdza. Twoje piosenki znów są radiowymi hitami. Wiesz od czego to zależy?
- Hip-hopu za bardzo nie gra się w polskim radiu. Takie jest zresztą założenie tego gatunku. To jest muzyka urban – czyli muzyka ulicy. Dlatego nie było piosenek z mojej poprzedniej płyty w radiu. Nie byłam tym zaskoczona. Teraz wróciłam do popu – i stąd znowu pojawiłam się w radiu. Bardzo się z tego oczywiście cieszę. Nie znam jednak jakiejś uniwersalnej recepty na to, by mieć piosenkę, która staje się hitem w radiu. Na przykład myślałam, że „Hot Like Summer” stanie się hitem, a tak nie jest. Fani bardzo dobrze odebrali tę piosenkę, ale w radiu jej nie grają. Tymczasem przebojem stała się „Tańcz głupia”. Nie mam więc recepty. Po prostu trzeba próbować.

- Czy przy takich kanałach promocji, jak You Tube, Spotify czy Facebook, radio jest jeszcze dla ciebie ważne?
- Oczywiście. W naszym kraju radiu jest nadal bardzo ważną platformą do prezentacji nowych piosenek. Nie w każdym kraju tak jest. Ale u nas radio nadal jest bardzo istotne. Dlatego cieszę się, że niektóre moje piosenki trafiają w gust radiowców i są przez nich dobrze przyjmowane.

- W materiałach prasowych z okazji premiery „Siniaków i cekinów”, wytwórnia napisała, że tym razem jesteś już „dojrzała jako artystka i jako osoba”. To prawda?
- Myślę, że jestem dojrzalsza niż kilka lat temu. Na pewno jednak nie jest to proces zamknięty. Ciągle się czegoś nowego uczę. Dlatego stale się rozwijam i dojrzewam.

- Przekroczenie trzydziestki było dla ciebie ważną cezurą?
- Nie wiem. Chyba okazuje się, że nie.

- Dlaczego?
- Zadałeś mi pytanie czy było ważne, a ja zastanowiłam się czy to dla mnie w ogóle coś znaczyło. Skoro więc się nad tym zastanawiam, to chyba nie było to dla mnie tak ważne. Ja patrzę zawsze do przodu i staram się nie robić żadnych rozliczeń z przeszłością. Nie jest to dla mnie istotne. Nie czuję się teraz na 33 lata – po prostu nie myślę o tym.

- A czym różni się ta dojrzała Margaret od tej niedojrzałej?
- Niedojrzała Margaret myślała, że jest mądrzejsza, a dojrzała Margaret myśli, że jest głupsza.

- Można powiedzieć, że jako gwiazda popu dojrzewałaś na publicznym widoku w świetle fleszy i reflektorów. To było trudne doświadczenie?
- Nie zaznałam innego, więc trudno mi to porównać. Na pewno takie dojrzewanie pod obstrzałem mediów jest trochę zamykające. Trochę straciłam przez nie swoją spontaniczność, którą bardzo w sobie lubiłam. Presja wynikająca z tego, że każdy ma jakieś swoje zdanie na twój temat i może się na ten temat głośno wypowiedzieć, sprawia, że stajesz się bardziej ostrożny i zamknięty w sobie. Tak było też ze mną.

- Takim rozliczeniem się z twoją dotychczasową przeszłością jest chyba twój nowy album. Stąd jego tytuł – „Siniaki i cekiny”. Zgodzisz się?
- Czy rozliczeniem? To słowo kojarzy mi się z jakąś walką. A ja mam w sobie teraz dużo akceptacji. To opowiedzenie mojej historii, ale z dużą wyrozumiałością.

- A skąd siniaki i cekiny?
- Ta płyta opowiada o tym, że nasze życie jest dualne. Że nic nie jest albo takie, albo takie. Że składa się w dużej mierze z szarości, a nie jest białe lub czarne. Siniaki to te trudne momenty w życiu: porażki, lęki, płacze. A cekiny to z kolei sukcesy, nagrody, popularność. Wszystko jest jednak połączone: gdyby nie te siniaki, to nie byłoby może cekinów. Ten album mówi o tym. Bo przecież to zarówno sukcesy, jak i porażki doprowadziły mnie do tego miejsca, w którym teraz jestem.

- Co spowodowało ostatnio największe siniaki na twojej osobowości?
- Nie chciałabym teraz o tym mówić. To przecież nie terapia. Opowiadam o tym na tej płycie, choć oczywiście te wyznania są mocno ubrane w metafory. I chciałabym, żeby tak zostało. Z mojego punktu widzenia ta płyta jest bardziej o tym, że te siniaki się zdarzały i nadal będą się zdarzać. Ale po nich przychodzą zawsze cekiny. To taki cykl. Te siniaki mają po prostu czegoś mnie nauczyć i wznieść na kolejny poziom gry. Są więc po coś. Choćby po to, aby pokazać mi tę nieuchronną cykliczność życia, składającego się ze wzlotów i upadków. Mówią o tym bardzo proste metafory: białe-czarne, dzień-noc, dobre-złe.

- Ta cykliczność życia jest dla ciebie pocieszająca: że jeśli teraz jest zły czas, to kiedyś też będzie dobry?
- Pocieszenie to chyba nie jest dobre słowo. Nie rozmyślam o tym w kategoriach „dobre” i „złe”. Tak się po prostu dzieje, tak jest i tak musi być. Dlatego nie ma sensu się buntować, tylko trzeba zaakceptować ten proces.

- W piosence „Bynajmniej” śpiewasz: „Każdy ma swoje demony”. Jakie są twoje?
- Nie chcę tu podawać własnych przykładów. Chcę to zachować dla siebie. To są popowe piosenki, w których są proste teksty, by każdy słuchacz odnalazł w nich sytuacje ze swojego życia.

- Jakie masz najlepsze sposoby, żeby poradzić sobie z tymi „siniakami” – czyli trudnymi chwilami w swoim życiu?
- Moim sposobem jest taniec. Dlatego, choć na tej płycie opowiadam też o chwilach bólu czy cierpienia, to wszystkie piosenki są utrzymane w tanecznym rytmie. Bardzo mi zależało, żeby tak było – żeby te piosenki dodawały pozytywnej energii do działania. Żeby nie były to smutne ballady, które rozklejają. Dlatego nawet, kiedy śpiewam o tych wspomnianych „siniakach”, to te nagrania są bardzo energetyczne. Stąd ten taniec – on zawsze mi pomagał. Kiedy były jakieś gorsze momenty w moim życiu, za każdym razem do niego wracałam. Taniec ma bowiem dla mnie uwalniający charakter. Czasem za dużo myślimy i za bardzo zamykamy się w swoich głowach. Zaktywizowanie ciała wtedy bardzo pomaga. Każdy oczywiście musi sobie znaleźć własny sposób na to. Dla mnie akurat to właśnie taniec bardzo mi pomaga w tym procesie – na maksa oczyszcza mnie z wszystkich emocji.

- A gdzie lubisz tańczyć: w klubie czy na domówce?

- Nie chodzę raczej na dyskoteki. Tańczę przede wszystkim w domu lub w lesie.

- Tańczysz do swoich piosenek?
- Zdarza mi się tańczyć do swojej muzyki, ale tylko wtedy, gdy ją robię. Bo bardzo ją przeżywam. To jest ten moment. Kiedy jednak już wyjdę ze studia, to tańczę do innych rzeczy, żeby nie zwariować.

- Miałaś kiedyś propozycję występu w „Tańcu z gwiazdami”?
- Tak. Ale ją odrzuciłam, bo wolę tańczyć w domu.

- W piosence „Niespokojne morze” opisujesz bezsenną noc. Często ci się takie zdarzają?
- Nie wiem czy często, ale zdarzają mi się takie noce, że gonitwa myśli jest tak duża, że nie pozwala spać. I jedna z nich stanowiła właśnie inspirację do napisania tej piosenki.

- To właśnie w czasie takich bezsennych nocy piszesz piosenki?
- Zazwyczaj. Piszę piosenki, czytam lub medytuję. Generalnie zazwyczaj, kiedy mam taką „myślówę”, to właśnie zapisuję najwięcej pomysłów na piosenki. Jest to więc moment, który dostarcza mi wiele inspiracji.

- W ostatniej piosence z płyty nawołujesz: „Wyłącz internet!”. Często udaje ci się odstawić laptop i odłożyć komórkę?
- To trudne zadanie. Rozumiem jednak powagę sytuacji i wiem, że można się uzależnić od internetu. Dlatego staram się w miarę często odcinać się od niego. Nawet kiedy nie chcę – to tym bardziej to robię. To, czym żyjemy w internecie, mocno nas pochłania. Szczególnie opinie innych ludzi o nas. To jednak jest iluzja. Bo wystarczy wyłączyć internet – i to wszystko znika. Internet to wirtualny świat. Żeby przekonać się, co jest realne, wystarczy wyjrzeć za okno lub wyjść z domu. Staram się o tym pamiętać i co jakiś czas czyścić głowę z tego internetowego śmiecia. To przywraca mi spokój.

- Czytujesz komentarze i opinie na swój temat w internecie?
- Ostatnio coraz rzadziej. Staram się tego unikać. Jednak mimo to wiem, że to się dzieje, bo dociera to czasem do mnie przez innych ludzi z mojego otoczenia. Dlatego przeważnie wiem co się o mnie pisze, mimo że tego sama nie czytam.

- Przejmujesz się tym?
- Raczej już nie. Uodporniłam się. Jestem w branży ponad 10 lat i przez ten czas naczytałam się o wielu rzeczach, które mi przypisywano, a które były nieprawdziwe. Przestałam się tym denerwować, bo nikt mi tego nie powiedział prosto w twarz. A bardzo chętnie porozmawiałabym z taką osobą. Wypisywanie bzdur w internecie i chowanie się za jakimś nickiem, to po prostu tchórzostwo.

- W piosence „Dalej biegnę” śpiewasz do drugiej osoby: „Złap mnie za rękę”. Bliskość, kogo kochasz, działa na ciebie kojąco?
- Oczywiście. To jest fundament.

- Jesteś żoną drugiego artysty. Wspólna pasja was zbliża?
- Na pewno. To, że możemy współdzielić różne projekty sprawia, że mamy ze sobą więcej wspólnego. Piotrek jest moim pierwszym słuchaczem i recenzentem, ale też nauczycielem. Ma dużo większe doświadczenie ode mnie w pisaniu i produkowaniu piosenek, bo robi to dłużej ode mnie. Dlatego liczę się z jego uwagami. Wspiera mnie też w trudnych chwilach. Kiedy zerwałam kontrakt ze skandynawską wytwórnią, bo czułam się z nim źle, wszyscy naokoło twierdzili, że się skończyłam. A Piotrek mówił: „Gosia, spokojnie, ta burza minie”. I faktycznie: okazuje się, że miał rację. Takie doświadczenia bardzo nas zbliżają.

- To, że cały czas jesteście razem w pracy, nie wywołuje żadnych zgrzytów?
- Nie. Każde z nas ma swoje projekty i podejmuje jak najlepsze decyzje dla tego projektu. Wspieramy się wzajemnie przy tym i wyrażamy swoje opinie na różne tematy, ale odbywa się to raczej na spokojnie. Ostateczne decyzje podejmuje każde z nas osobno. Ustalenie takich zasad sprawia, że raczej się nie kłócimy.

- Można powiedzieć, że Piotrek jest współautorem twojej nowej płyty. Jak wyglądała wasza praca nad tym materiałem?
- Bardzo różnie. Przy „Siniakach i cekinach” wcielaliśmy się w różne role. Raz ja pisałam piosenkę, a kiedy indziej Piotrek, raz on produkował jakiś numer, a innym razem robiłam to ja. Te nasze role były więc zamienne, co było bardzo rozwijające dla obojga z nas. To był płynny system pracy, nie tak, że ty robisz tylko to, a ja robię tylko to. Zdarzało się, że pisałam tekst, a Piotrek zaglądał mi przez ramię i mówił: „A może tu tak by bardziej pasowało?”. Było to więc takie doradzanie i dopracowywanie, możliwe dzięki temu, że nawzajem się ciągle inspirujemy.

- Piotrek jest raperem i nagrywa pod pseudonimem KaCeZet. Ty też wspomagasz go w jego dokonaniach?
- To musisz zapytać Piotrka. On robi teraz sporo nowych rzeczy, ale ja nie jestem uprawniona, aby coś zdradzać.

- Macie wspólny gust muzyczny?
- Każdy z nas ma swoją wrażliwość. To sprawia, że lubimy różnych artystów. Ale jest też muzyka, która podoba się nam obojgu. Bardzo różnie to wygląda. Czasami się różnimy w swoich gustach, a czasami spotykamy. Ja na pewno więcej słucham soulu i R&B, bo od zawsze lubię te gatunki. Piotrek z kolei częściej ode mnie sięga po world music.

- „Siniaki” to na twojej płycie głównie polskie piosenki, natomiast „Cekiny” są zaśpiewanie po angielsku. Z czego to wynika?
- Zależało mi, żeby ten album był podzielony na część polskojęzyczną i część angielskojęzyczną. To odwołanie do mojej historii. Kiedyś miałam bowiem taki etap kariery, że śpiewałam tylko po angielsku. I bardzo sobie cenię tamte doświadczenia. Dlatego chciałam je wykorzystać i dalej rozwijać. Stąd świadomy pomysł, by „Siniaki i cekiny” były podzielone na pół językowo.

- Masz już na swym koncie zagraniczne sukcesy. Chciałabyś ponownie zawalczyć o słuchaczy na Zachodzie?
- Tak. Mam dalej w sobie takie marzenie. Ale wiem, że jego realizacja nie jest łatwa. Znam to od kulis. Zagraniczne kontrakty narzucają na artystę duże rygory. Dlatego nie wiem czy jestem na to gotowa.

- Wytwórnia, dla której nagrywasz, może ci pomóc?
- To jest za daleko idące stwierdzenie. W show-biznesie nie jest tak, że ktoś coś powie i od razu to się dzieje. Sukces za granicą zależy od wielu ludzi. Ja mam różne kontakty i podejmuję pewne ruchy, żeby moja muzyka była grana na Zachodzie i na Wschodzie. Ale nikt nie jest mi w stanie niczego obiecać. Robię więc piosenki i liczę, że spodobają się także poza Polską.

- Nie wspominasz zbyt dobrze kontaktu ze skandynawską wytwórnią. Nie boisz się powtórki?
- Jeśli trafisz na dobrych ludzi – nawet w tej samej wytwórni, to może się udać. Tamten kontrakt w pewnym momencie przestał mi odpowiadać i się od niego uwolniłam. To nie była wina tamtej wytwórni. Nie trzeba tego demonizować. Po prostu w pewnym momencie znalazłam się w układzie, który przestał mi odpowiadać, więc go zakończyłam. Teraz układam sobie wszystko od nowa. Jestem bardziej świadoma i dobieram takich ludzi, żeby mi się z nimi dobrze pracowało. Mam więc pełną kontrolę nad swoją karierą i nie boję się niczego.

- Dzięki serwisom streamingowym, takim jak Spotify, twoje piosenki mogą być słuchane na całym świecie. Masz takie informacje w jakich krajach twoja muzyka jest najczęściej odbierana?
- Nie wiem. Musiałabym to sprawdzić. Nie interesowało mnie to dotychczas.

- Dzisiaj najlepszą formą promocji dla wykonawców muzyki pop jest Eurowizja. Niedawno mieliśmy kolejny finał. Twoi fani już nie raz sugerowali, żebyś wzięła udział w polskich preselekcjach. Dlaczego nigdy się na to nie zdecydowałaś?
- Kiedyś miałam takie myśli, ale teraz nie czuję, żeby to był temat dla mnie.

- Masz dopiero 33 lata, a wydałaś już siedem albumów. Nie boisz się, że śpiewanie szybko ci się znudzi?
- A ty nie boisz się, że znudzi ci się przeprowadzanie wywiadów? To twoja praca – i prawdopodobnie kochasz to robić. Tak samo jest ze mną. Nie mam takich myśli: „O Jezu, boję się, że mi się to znudzi”. Kocham to robić i to robię. I nie zastanawiam się co będzie jutro.

- A co jeszcze chciałabyś osiągnąć jako piosenkarka?
- Ostatnio staram się myśleć o teraźniejszości, a nie o przyszłości. Mam swoje cele, ale wydaje mi się, że tak naprawdę życie tu i teraz jest najlepszym sposobem na ich osiągnięcie.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Hanna Lis o bogatym facecie

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Margaret: Mam pełną kontrolę nad swoją karierą i nie boję się niczego - Plus Gazeta Krakowska

Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski