Marzec siódmy raz

Redakcja
Kończy się luty, w ziemskim porządku zaczyna się marzec. Zdałem sobie sprawę, że na łamach "Dziennika Polskiego” to siódmy już mój felietonowy sezon! Czas to był tłustych czy raczej chudych marców ? Oto pytanie...

Leszek Długosz: Z BRACKIEJ

Uwierzyć trudno, wszystko jakby wczoraj, a to 2007 r. Na zaproszenie redaktora Tomasza Domalewskiego "coś” przyniosłem do redakcji. Coś tam okazjonalnego, na trochę. Prowizorka. I znów okazuje się, jak uporczywe mogą być takie prowizorki? Nie zasiedziałem się zbytnio?

Obiecuję rzetelne oględziny mego tu zasiedzenia. Zresztą wiem, z każdej innej mojej roboty (z pisania, muzykowania, z występów) to jakże częsty błąd – nadmierność. A więc uwaga, oby się nie przedawkować! Może więc jeszcze chwila? Na pozbieranie zabawek. Trudno by mi przyznać, że to były tłuste lata. Ale starałem się pozostawać sobą na swoim. Na wyznaczonej działce pilnować zakresu swych spraw. O ile to możliwe, miksując się raczej poza politykę, żywioł bieżących wypadków. Poza to, co stanowi podstawowe "mięcho” rasowych "felietonowych wyżeraczy”.

Świadomie starałem się nie dołączać do tej drużyny. Raz, że tego rodzaju piór na rozmaitych łamach aż nadto! Lecz to inny argument decydował o moim usytuowaniu. Ku innym okolicom tematycznym, ku innym zaniechaniom miałem potrzebę i ochotę zwracać się. Ku przestrzeni kultury, historii. Ważniejszy był dla mnie aspekt tradycji, ciągłości, potrzeba dowartościowywania lokalności, czyli małego "tu i teraz”. Tzw. europejskości bronić nie trzeba. Sama się broni. I więcej, promowana przez siły polityczno-ideologiczne, narzuca się sama. To raczej tłumioną, eliminowaną polskość trzeba by wspierać. Przynajmniej ja w tym względzie upatruję dla siebie rolę. Ta swoiście pojęta kameralistyka bliższa mi. Podobnie zresztą wyszło mi ze stylistyką. Jak na standardowe dziennikarstwo nie za poprawna ona. Zdarzały mi się formy osobliwe.

Miniopowiadania, portrety, nie wspominając o ilości publikowanych wierszy. W sumie określiłbym to jako próbę sformowania czegoś w rodzaju, "felietonu poetyckiego”? Czy redaktor Domalewski wiedział, jakiego kota w worku zaprasza? Ale i następne "Szefostwa Dziennika” pluralizm taki (więc i mnie jako szczególnego kota) akceptowały? Moje doświadczenie piwniczne, a pewnie i najgłębsze pokłady osobowościowe, skłaniają do pewnego luzu w zakresie dyscypliny formy, reguł i konwenansów pisarskich. Wystarczająco wiem – rozmaite elementy w życiu nie istnieją tak wyraźnym pooddzielane konturem. Powaga i niepowaga sąsiadują tuż obok. Dramat prawdziwy z groteską się styka.

I tak ta siódemka pomknęła? W praktyce moja monotonna przez lata śpiewka w mieście, niczego nie zmieniła. Kossakówka rozleciała się jeszcze bardziej. Na Rynku straszy piramido-fontanna. Na Gołębiej chodniki to parodia chodników. Raczej to już wertepy. Zdewastowany plac św. Magdaleny w rujnacji i opuszczeniu. A kompletnie nietrafiona, wciąż nieusunięta kolumna z Piotrem Skargą, chaos tego miejsca dalej tylko wzmaga.

Ze względów zrozumiałych nie wspominam i o tej praktycznej stronie. Po co dolewać octu do powszechnego lamentu: jak to się żyje lepiej? A już zwłaszcza artystom indywidualistom. Na dzikim targowisku gospodarki rynkowej, jak powiada piosenka piwniczna, pozostawionym bez niteczki, bez osłony. No, chyba że ktoś się akurat cieszy politycznym wsparciem. Właściwie usytuowanym, dodajmy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie