Miłe rozczarowanie

Redakcja
Gdyby wierzyć obiegowym sądom, to przedsięwzięcie nie miało prawa zakończyć się sukcesem. Twórczość Brittena nie cieszy się przecież u nas popularnością, niektórzy wręcz uważają, że jest ona przykładem nieciekawego eklektyzmu. Gwałt na Lukrecji, pierwsza z oper napisanych przez kompozytora dla Glyndebourne English Opera Company, jest dziełem kameralnym, małoobsadowym, a widz operowy lubi podobno wielkie produkcje sceniczne. Poza tym zachowawcze gusty publiczności preferują XIX-wieczną twórczość operową.

Z opery

   Opera Brittena wymaga też bardzo dobrych instrumentalistów, bo niewielki zespół towarzyszący śpiewakom ma pojedynczą obsadę. Jakby tego wszystkiego było mało, Gwałt na Lukrecji, którego treść odwołuje się do starożytności, do czasów panowania Etrusków nad Rzymem, nie jest "filmem akcji", raczej moralitetem rozpatrującym relacje pomiędzy pierwiastkiem żeńskim i męskim, pomiędzy ludzką słabością, mrocznymi głębiami naszej psychiki a dążeniem do wzniosłości i czystości uczuć znajdującym swój kres w ofierze Golgoty. No i last but not least - większość artystów Opery Krakowskiej, solistów i instrumentalistów, przebywa obecnie na zagranicznym tournée. Jakże więc mogło się udać? A przecież się udało. Dawno nie wychodziłam z premiery operowej z takim uczuciem zadowolenia, jakie było moim (i nie tylko moim) udziałem w minione niedzielę i poniedziałek. W Operze Krakowskiej niemożliwe stało się możliwe, co więcej, nie był to przypadek, ale efekt wytężonej pracy.
   Przyznam się, że gdy Ryszard Karczykowski objął kierownictwo artystyczne Opery Krakowskiej, zastanawiałam się, po co wybitnemu śpiewakowi ten kłopot na głowę. Dziś wiem, że artysta "poczuł misję", chciałby tchnąć w dość duszną atmosferę krakowskiego muzycznego teatru nowego ducha, tworzyć wolno, od podstaw, zespół i repertuar (wznoszeniem nowej siedziby Opery zajmuje się dyrektor naczelny). Skrzyknął młodych śpiewaków z różnych stron Polski (co cieszy, większość jednak z Krakowa) i powierzył im odpowiedzialne, ale zgodne z ich możliwościami zadania, a oni dali z siebie wszystko. Obie, zupełnie różne, ale równie dobre obsady wykazały duży potencjał artystyczny, i wokalny, i dramatyczny.
   Młodym pięknym głosom towarzyszy w krakowskiej inscenizacji opery Brittena bardzo dobrze przygotowany i dobrze brzmiący zespół instrumentalny prowadzony przez Piotra Sułkowskiego. To kolejne pozytywne zaskoczenie. Pozytywem okazała się także sama opera. Wszystkich obawiających się nowoczesności uspokajam: muzyka Gwałtu na Lukrecji okazała się ciekawa, świeża, miła dla ucha. Britten władał bardzo dobrym warsztatem kompozytorskim o dużym nerwie dramatycznym.
   Kształt sceniczny Gwałtu na Lukrecji jest dziełem Włodzimierza Nurkowskiego. Są w jego inscenizacji rozwiązania interesujące, np. upostaciowania chóru żeńskiego i męskiego (w pojedynczej obsadzie) jako symbol losu, są też kontrowersyjne. Kontrowersyjna jest dla mnie zbytnia chwilami dosłowność realizacji i ustawiczny ruch panujący prawie cały czas na scenie i na wiszącym w jej głębi ekranie. Ilość planów, jaką np. na początku spektaklu śledzić musi odbiorca, wręcz przeszkadza w odbiorze dzieła.
   Ograniczoność miejsca nie pozwala mi wymienić wszystkich wykonawców, a pominięcie kogoś byłoby krzywdą. Każdego z artystów występujących w Gwałcie na Lukrecji chciałabym oglądać i słuchać na krakowskiej scenie. Zakończę więc tylko apelem: krakowianie, idźcie na operę Brittena. Warto!
ANNA WOŹNIAKOWSKA

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie