Misjonarki i VI brygada

Redakcja
Człowiek nie jest na sprzedaż. Oficjalnego handlu ludźmi, w majestacie prawa, nigdzie już w świecie nie ma. Istnieje jednak faktycznie. Wprawdzie mało kto, jak przed wiekami, poszukuje silnych, młodych niewolników do fizycznej pracy, wciąż jednak nie maleje popyt na kobiety i dzieci. Plaga klasycznego niewolnictwa została praktycznie zduszona, natomiast handel żywym towarem, głównie dziewczętami dla potrzeb domów publicznych, kwitnie tak samo jak przed stu laty, kiedy procederowi temu po raz pierwszy wypowiedziano wojnę, podpisując międzynarodowe porozumienie o zwalczaniu handlu białymi niewolnikami. Miało to miejsce w Paryżu w roku 1904. Jego uzupełnieniem była konwencja z 30 września 1910 r. Umowy te przewidywały m.in. utworzenie urzędu, zajmującego się zbieraniem wiadomości o werbowaniu kobiet do uprawiania nierządu za granicą i wymianą tych informacji z podobnymi urzędami w innych państwach. Rząd każdego kraju sygnatariusza zobowiązany był do zorganizowania nadzoru nad młodymi kobietami na dworcach kolejowych i w portach.

Działały dziesiątki tajnych biur werbunkowych, zachęcające młode i przeważnie ładne dziewczęta do wyjazdu za granicę

 Postanowienia te weszły również do kolejnej podpisanej w Genewie w roku 1921 konwencji o zwalczaniu handlu kobietami i dziećmi, ratyfikowanej przez Polskę w styczniu 1922 roku. W rok później powstał Polski Komitet Walki z Handlem Kobietami i Dziećmi, a przy MSW Centralne Biuro dla międzynarodowego zwalczania tego handlu. W styczniu 1925 komitet przy współudziale towarzystw ochrony kobiet reaktywował istniejące już przed I wojną w Warszawie tzw. misje dworcowe. Niebawem nastąpił też szybki rozwój tych placówek w innych ośrodkach miejskich. Czas był po temu najwyższy, ponieważ ze względów ekonomicznych i społecznych ówczesna Polska stała się terenem zainteresowania międzynarodowych gangów sutenerów uprowadzających dziewczęta, głównie do Ameryki Łacińskiej, Argentyny i Brazylii.
 Z ankiety na temat ruchu emigracyjnego przeprowadzonej przez komitet, na którą zresztą często nie było odpowiedzi lub dane były niekompletne, zaczerpnięte tylko z państwowych urzędów pośrednictwa pracy, wyłaniał się obraz dość pesymistyczny. Np. z Kalisza w ciągu
3 miesięcy 1928 roku wyjechało 2678 dziewcząt w wieku od 18 lat; starostwo żywieckie poinformowało o 90 emigrantkach, z województwa tarnopolskiego wyemigrowało 1138 kobiet w wieku
od 18 do 45 lat, z Wilna 254, z Krakowa 1947, z Bielska 120, z Łodzi 310, z Radomia 200. Są to dane oficjalne, niezbyt miarodajne, bowiem, jak podkreśla ówczesna prasa, było rzeczą powszechnie wiadomą, iż na terenie kraju, a już szczególnie w województwach wschodnich, działają dziesiątki tajnych biur werbunkowych, zachęcających młode i przeważnie ładne dziewczęta do wyjazdu za granicę, pod pozorem otrzymania pracy. Wiele z nich, podejmując życiową decyzję przyjazdu z głębokiej prowincji do miasta za pracą, już na dworcu trafiało często w objęcia agentów tych biur.
 Pomocą na starcie w nowe, trudne życie, o którym miały mgliste wyobrażenie, tym zielonym, zupełnie niedoświadczonym życiowo kobietom służyły wolontariuszki misji dworcowych. Nie była to akcja ani łatwa, ani bezpieczna. Jak czytamy w materiałach ze zjazdu tych misji w roku 1929: "Pracowniczki misji były narażane na przykre zaczepki, docinki, drwiny, nieuzasadnione pretensje, często głośne awantury, wywoływane przez różne męty społeczne, które dotąd bezkarnie grasowały na dworcach, polując na młode dziewczęta. Dochodziło kilkakrotnie do na__padów na funkcjonariuszki, odprowadzające w nocy przybyłe dziewczęta do schronisk. Wszystko to przy sceptycyzmie i obojętności społeczeństwa, odnoszącego się nieufnie do wszelkich nowinek". Stopniowo jednak misja wywalczyła sobie pewien autorytet i zaufanie, w czym pomogły bardzo władze kolejowe i policyjne. W roku 1928 misje zarejestrowały w swych dziennikach udzielenie rozmaitej pomocy 82985 kobietom i dziewczętom. Do najczynniejszych należały misje: poznańska, gdańska, częstochowska.
Z misjami dworcowymi ściśle współpracowała policja kobieca. Dziś policjant w spódnicy to rzecz normalna, wówczas było to novum, nie wszędzie i nie zawsze przychylnie przyjmowane. We wspomnianej wyżej ankiecie proszono również o opinie w tej sprawie. Przedstawiciele władz administracyjnych wobec zatrudniania kobiet w policji zajmowali stanowisko zdecydowanie negatywne, stwierdzając zbyteczność takiej formacji. W innych krajach też długo żywiono podobne uprzedzenia.
 Pierwsze kobiety zostały funkcjonariuszkami policji w roku 1880 w USA. Ich obowiązki i zadania zostały ściśle określone i obejmowały opiekę nad dziećmi, młodzieżą i kobietami, w pierwszym rzędzie jako akcję profilaktyczną przed demoralizacją i przestępczością właściwą miejskim aglomeracjom. Opłacane były przez organizacje kobiece, subsydiowane przez samorządy miejskie. Początkowo spotykały się z szykanami i niechęcią męskiej policji, rychło jednak doceniono potrzebę ich aktywności. Jednak na pierwszą oficjalna nominację kobiety do służby policyjnej trzeba jednak było czekać do roku 1910. W Europie impuls do tworzenia kobiecych brygad policyjnych dał rok 1914, wybuch wojny sprzyjającej rozluźnieniu obyczajów, tradycyjnych więzi, wzrostowi przestępstw i zbrodni. W roku 1918 londyńska policja zatrudniała już 100 kobiet. W roku 1923 uzyskały uprawnienia do aresztowania, zaczęły też być zatrudniane w tajnej policji. W Niemczech pierwsza brygada policyjna kobiet powstała we Frankfurcie nad Menem w roku 1926; kierowano je początkowo do urzędów śledczych jako wywiadowczynie w sprawach kryminalnych, do walki z nierządem. W Czechach policja kobieca działała już w roku 1905, tworząc przy komendzie policji sekcję dla wykroczeń seksualnych. Nietypowe zadania powierzono w tych pierwszych, pionierskich latach policjantkom australijskim. Miały m.in czuwać nad regularnym uczęszczaniem dzieci do szkół, zabraniać im wałęsania się po ulicy w godzinach wieczornych, opiekować się pijakami i ich opuszczonymi dziećmi, mieć nadzór nad lokalami z wyszynkiem, domami publicznymi, opiekować się dziećmi i kobietami w parkach, oraz powracającymi samotnie w nocy i czuwać nad... ruchem ulicznym.
 W Polsce z inicjatywy Komitetu Walki z handlem kobietami i dziećmi we współpracy z Główną Komendą Policji przeprowadzono w roku 1925 pierwszy 3-miesięczny kurs dla policjantek. Ukończyło go 30 kandydatek; 5 przydzielono do Łodzi, 25 podjęło pracę w Warszawie w VI brygadzie Urzędu Śledczego, którego komendantką została Stanisława Paleolog. Nie były umundurowane; uznano bowiem, iż ze względu na pełnione obowiązki - głównie sanitarno-obyczajowe - nie jest wskazane ujawnianie ich zawodu. Z czasem zakres ich zajęć ulegał poszerzaniu, a jakie to były zajęcia, zorientować się można z wykazu statystycznego działalności VI brygady. W latach 1925-8 podkomendne p. Paleolog ujawniały: domy schadzek, przypadki handlu żywym towarem, sutenerstwa, handlu narkotykami, gwałtów i uwodzenia nieletnich, kazirodztwa, bigamii, nielegalnych praktyk lekarskich; dopomogły wielokrotnie w odszukaniu i zatrzymaniu osób poszukiwanych przez sądy. Miały daleko większe rozeznanie patologii społecznej i jej rozmiarów niż urzędy administracji, które dla przykładu, o ilości domów publicznych i domów schadzek na swoim terenie informowały na odczepnego: Wilno - "mnóstwo", Kalisz - "na każdej ulicy po kilka", Kraków - "bardzo liczne", Łódź - "kategorycznie nie ma".
Najoporniej szła walka z handlem żywym towarem. Nic dziwnego, bowiem tym procederem zajmowały się wyspecjalizowane międzynarodowe gangi, dysponujące dużymi pieniędzmi i doskonałymi informatorami. Aresztowani werbownicy rzadko stawali przed sądem, stałą praktyką było uwalnianie ich przez sądy za kaucją wynoszącą 2500 dolarów. Posługiwali się nagminnie fałszywymi paszportami, które kosztowały w Warszawie 15 dolarów (normalny, prawdziwy kosztował 50) i wizami, już za 10 dolarów. Handlarze ze swymi ofiarami wobec zaostrzenia kontroli na granicy zachodniej w Zbąszyniu, poprzez dostępny dla Polaków i Niemców Gdańsk jechali do Malborka, a stamtąd do Szczecina, przecinając "polski korytarz" w zaplombowanych wagonach, unikając kontaktu z polską strażą graniczną.
 Łatwym łupem werbowników padało wiele młodych dziewcząt żydowskich za sprawą tzw. ślubów rytualnych (stille chippe). Według religijnych przepisów żydowskich, którym ówczesny prawodawca przyznał decydujące znaczenie, nie ma żadnych ograniczeń co do osób dopełniających obrzędu religijnego małżeństwa. Może on dokonać się przed rabinem, ale i przed każdym, bez różnicy dorosłym Żydem. "Cichy ślub" polega na wręczeniu przez mężczyznę kobiecie odpowiedniego aktu bądź pierścionka, a nawet pieniądza przy wypowiedzeniu sakramentalnej formułki. Małżonkowie tacy nie posiadają żadnego dowodu zawarcia ślubu, nie spisują aktów cywilnych małżeństwa. Kobiety w takim związku religijnie są żonami, cywilnie - konkubinami.
 Wobec niesporządzania aktu ślubu handlarze żywym towarem zawierali dowolną ilość małżeństw z różnymi "narzeczonymi", które wprowadzali w błąd co do swej osoby, przedstawiając się jako bogaci kupcy czy przemysłowcy z Nowego Świata. Wywozili tam swoje wybranki, ale bynajmniej nie w intencjach, jakie deklarowali wobec swych ofiar i ich rodzin. Jaki był prawdziwy cel podróży, okazywało się poniewczasie, najczęściej za późno, już w obcym kraju, gdzie dziewczyna, nie znająca języka ani miejscowych zwyczajów, z dala od rodzinnego domu zdana była na łaskę i niełaskę rzekomego męża.
 Wiele z tych dziewcząt trafiło do domów publicznych Buenos Aires i Rio de Janeiro. Raport ekspertów sporządzony na zlecenie agendy Ligi Narodów, zajmującej się zwalczaniem handlu ludźmi, wskazywał na rosnącą liczbę obywatelek polskich zmuszanych do nierządu w tych metropoliach. W roku 1921 w domach publicznych Buenos Aires było ich 21, w 1922 - 74, w 1924 - 66. W Rio, w roku 1924 - 144. W roku 1928 odnotowano również obecność Polek w liczbie 95 w domach publicznych Konstantynopola. Po opublikowaniu raportu polskie władze zażądały od swoich konsulów, aby weszli w kontakt z tymi kobietami i uzyskali informacje, jakim drogami dotarły do domów publicznych. Żadna jednak z 30 indagowanych nie chciała udzielić informacji.
 Dziś nie ma już misji dworcowych, nie ma naiwnych prowincjuszek marzących o karierze panny służącej. Ustał exodus za pracą i chlebem za każdą cenę. Polska z eksportera żywego towaru, sądząc z doniesień prasowych, stała się jego konsumentem. Problem więc pozostał, ale widziany od drugiej strony. I etycznie dużo bardziej skomplikowany.

Opracował Jan RogóŻ

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie