Mistrz drugiego planu

Redakcja
Guitar Hero Fot. koncerty.pl
Guitar Hero Fot. koncerty.pl
Sobota, 5 marca, godz. 20, Żaczek. PIOTR NALEPA wraca do Krakowa, aby wraz z grupą Nie-Bo zaprezentować koncert w ramach trasy Breakout Tour. Rozmawialiśmy z tej okazji z cenionym gitarzystą.

Guitar Hero Fot. koncerty.pl

- Był Pan skazany na bluesa?

- Kiedy miałem trzy lata, zacząłem... grać na perkusji. I podobno dobrze sobie radziłem. Po prostu wziąłem pałeczki i siadłem za bębnami, bo to akurat najbardziej mi imponowało. W dzieciństwie nigdy jednak nie marzyłem, żeby zostać muzykiem. Nie chciałem grać, ale cały czas byłem otoczony różnymi instrumentami. Kiedy miałem szesnaście lat ojciec pokazał mi proste chwyty gitarowe, a dwa lata później założyłem własny zespół. Czasem siadałem też z ojcem na kanapie i graliśmy sobie razem.

- Po raz pierwszy fani polskiego rocka zobaczyli Pana na okładce słynnej płyty Breakoutu - "Blues" z 1971 roku. Szedł Pan u boku ojca, trzymając go za rękę. Pamięta Pan, jak powstało to zdjęcie?

- Miałem wtedy sześć lat. Zapamiętałem, że była zima i strasznie wtedy zmarzłem. Autor tej fotografii, Marek Karewicz, przypomniał mi potem, że założył mi własny sweter - taki pospinany klamerkami. Ojciec chyba celowo poszedł ze mną na tę sesję. Może miał taki zamysł, abyśmy obaj pojawili się na okładce płyty.

- Jak to było dorastać u boku słynnego Tadeusza Nalepy i nie mniej słynnej Miry Kubasińskiej?

- To nie było normalne dzieciństwo. Czasami zazdrościłem swym rówieśnikom rodziców, którzy nie są popularni i wszędzie rozpoznawalni, którzy chodzą do pracy na siódmą i wracają do domu po trzeciej. Z drugiej strony imponowało mi, że rodzice są sławni, bo dzięki temu czasem udało się wyjechać za granicę albo dostać jakiś kolorowy prezent z Zachodu. Tak naprawdę nie było to jednak różowe dzieciństwo, miało swoją ciemną stronę, choćby ze względu na ciągłe wyjazdy rodziców.

- Rozmawiałem niedawno z Pawłem Kelnerem, który wyznał, że najlepszy skład Deutera to ten z Panem na gitarze. Granie punka było buntem wobec muzyki ojca i jego pokolenia?

- I tak, i nie. Muzyka z domu zawsze była mi bliska. To, co robili moi rówieśnicy w latach 80., cały ten post-punk, zupełnie od tego odbiegało. Akurat tak się złożyło, że trafiłem do warszawskiego klubu Hybrydy, gdzie było mocne środowisko punkowo-reggae`owe. To były dobre czasy - nie myślało się o karierze, tylko o tym, żeby fajnie spędzić czas z kolegami w tej peerelowskiej szarzyźnie. Z tego środowiska chyba tylko Kasia Szczot, czyli Kayah, zrobiła wielką karierę. Pamiętam ją doskonale, bo występowaliśmy razem w grupie Zgoda.

- W 1988 roku dołączył Pan na stałe do zespołu ojca.

- Właściwie to już trzy lata wcześniej pojawiłem się w jego nagraniach jako gitarzysta. Miałem wtedy dwukasetowy magnetofon, na którym nagrywałem niczym na wielośladzie swoje zabawy z gitarą i basem. Ojciec to usłyszał i powiedział: "Fajnie grasz na basie!". I wziął mnie jako basistę na swój występ w ramach... festiwalu Rawa Blues. Proszę sobie wyobrazić, jak musiałem się czuć jako basista-debiutant przed wielkim tłumem ludzi. Ale poszło dobrze - i dlatego nagrałem potem partie basu na płycie "To mój blues".
- Łatwo się Panu współpracowało z ojcem?

- Wielu moich przyjaciół-muzyków twierdzi, że nie wyobraża sobie, aby mogło wyjść z ojcem na scenę i zagrać. Dla mnie to było coś naturalnego. Oczywiście na początku miałem tremę. W końcu on był znaczącą postacią polskiego bluesa i rocka, a ja - debiutantem. Jakoś to jednak poszło, bo nad wieloma rzeczami po prostu się nie zastanawiałem. Z czasem zaczęliśmy się porozumiewać bez słów - wystarczyło, że na mnie spojrzał, a wiedziałem, o co mu chodzi.

- Pisał Pan potem piosenki dla Janka Panasewicza, Kasi Kowalskiej czy Patrycji Markowskiej. Nie myślał Pan nigdy o autorskiej płycie?

- Mam ten problem, że nie śpiewam. Taką mam osobowość. Jestem trochę przyczajony, introwertyczny. Od małego nie lubiłem w szkole deklamować wierszy, występować na akademiach. Wolałem schować się z tyłu albo stać u boku ojca. Zawsze podobała mi się rola gitarzysty rytmicznego u Sade - nikt go nie widział, grał sobie te dwa akordy, miał pełen luz. Dlatego pisałem raczej dla innych.

- Jak narodził się pomysł na Breakout Tour?

- Dwa miesiące po śmierci ojca odbył się w Rzeszowie specjalny koncert, podczas którego różni wokaliści śpiewali jego utwory. Zaprosiłem wtedy do współpracy krakowski zespół Nie-Bo, z którym już kiedyś grałem. Dobrze nam poszło, postanowiliśmy więc ruszyć z tą muzyką w Polskę. W 2007 roku powstał projekt Piotr Nalepa Breakout Tour. Na wielu występach mamy specjalnych gości - w Krakowie zagra z nami Marcin Dyjak, znakomity harmonijkarz.

- Wykonujecie piosenki ojca "po bożemu"?

- Gramy tak, jak dyktuje nam serce, nie zmieniamy nic na siłę. Dlatego niektóre wersje są wierne oryginałom, a niektóre nowocześnie przearanżowane. Każdy z muzyków ma swoje zdanie, a największe wokaliści - Robert Lubera i jego córka, Jean.

- Jaka publiczność przychodzi na te koncerty?

- Od dzieci na kolanach matek czy ojców, przez nastolatków, po osoby starsze, które kiedyś pewnie się buntowały, a dziś są statecznymi obywatelami. Największe zdumienie wyrażają młodzi ludzie - dziwią się, że lata świetlne temu istniała w Polsce taka muzyka. Z czego oczywiście jestem bardzo dumny.

Rozmawiał Paweł Gzyl

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie