Młody doktor powiedział prawdę: nie ma pieniędzy na leczenie ludzi, ledwie starcza na wynagrodzenia

Zbigniew Bartuś
Zbigniew Bartuś
Zaktualizowano 
Przytłaczająca większość Polaków całkowicie zgadza się, że wydatki na ochronę zdrowia trzeba radykalnie zwiększyć. Schody zaczynają się przy pytaniu, skąd wziąć te dodatkowe pieniądze.

Wpisujemy w GPS-a: „Ke Kamenině 356/15, Hrušov,”. Kierunek „Oční klinika”. Czesi wybudowali ją tak, by Polacy mieli bliżej. Z Katowic autostradą równo godzinę. W komfortowym busie osiemnaścioro pacjentów z Polski. Obok kierowcy polska okulistka. Ona wszystkim zoperuje zaćmę. Tak jak tydzień temu. I miesiąc temu. I za miesiąc.

A nie można by tak tej zaćmy w Polsce operować? - pytam naiwnie. Cały bus eksploduje śmiechem. Przez łzy. Smętną minę ma tylko lekarka. Bo wie, że u większości pasażerów busa zaćma została wykryta dawno, a mimo to jej nie leczono. Połowa pacjentów prawie nie widzi, jednej trzeciej grozi całkowita utrata wzroku w ciągu tygodni.

Wszyscy tu obecni zapisali się na operację w swoich szpitalach. Narodowy Fundusz Zdrowia przyjął ich na listę. Jest na niej - oficjalnie - ponad 40 tys. innych pacjentów. Faktycznie do operacji może się kwalifikować kilka razy tyle. Większość po sześćdziesiątce. Jakichkolwiek - nomen omen - widoków na skrócenie kolejek w Polsce nie ma.

Zgodnie z obowiązującą trzeci rok unijną dyrektywą transgraniczną, NFZ ma obowiązek zwrócić pacjentom koszty świadczeń gwarantowanych udzielonych za granicą - do wysokości ich wyceny w Polsce. Jeśli zabieg nie wymaga pobytu w szpitalu dłuższego niż dzień, niepotrzebna jest zgoda Funduszu. W przypadku zaćmy zabieg trwa kwadrans, jedziesz i wracasz tego samego dnia. Wszystkie formalności - wnioski, tłumaczenia itp. - oraz transport załatwiają wyspecjalizowane firmy. Pacjent musi tylko podpisać umowę i wsiąść do busa.

To już lawina. Liczba zniecierpliwionych pacjentów korzystających z usług zagranicznych placówek medycznych wzrosła przez rok o 75 procent. I o tyle więcej musi przeznaczać NFZ na zwrot kosztów. Najwięcej właśnie za operacje zaćmy - prawie 92 proc. z nich wykonuje się w Hrušovie i innych czeskich klinikach - południowa Polska ma blisko, łatwo się dogadać, poziom usług wysoki, ceny rozsądne.

No i w Czechach na zabieg czeka się jeden dzień. W Polsce - 441 dni.

Biodro Adama (i Ewy)

Autorzy raportów o opiece zdrowotnej, publikowanych regularnie przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), nie dziwią się naszej „turystyce”. Z ich ustaleń wynika, że dostęp do diagnostyki, porad i zabiegów - mimo rosnących wydatków - jest w Polsce coraz gorszy. Z 441 dniami oczekiwania na operację zaćmy pobiliśmy w OECD rekord wszech czasów; tylko w sześciu innych państwach okres ten przekracza 100 dni - są to przy tym kraje bogatsze, gdzie mieszkańcy mogą sobie pozwolić na prywatne zabiegi.

Na wymianę stawu biodrowego czekamy 386 dni. Gorsze od nas jest tylko Chile (410; gdy np. w Wielkiej Brytanii 95). Podobnie jest z wymianą stawu kolanowego - z 513 dniami przynosimy wstyd cywilizowanemu światu.

Zdesperowani polscy pacjenci chętnie skróciliby kolejki także do tych zabiegów - operując się w Czechach, Niemczech itp. Ale operacje te wymagają dłuższego niż dzień pobytu w szpitalu - a więc zgody dyrektora oddziału wojewódzkiego NFZ. Taka zgoda wydawana jest bardzo rzadko.

Ostatni raport KE i OECD wskazuje, że mamy najmniej lekarzy na tysiąc mieszkańców. W pozostałych krajach Unii liczba ta od początku stulecia wzrosła średnio o 20 proc.: z 2,9 do 3,5. A u nas wynosi 2,3. Z pielęgniarkami jest jeszcze gorzej. Specjalistycznego sprzętu diagnostycznego (tomografy, rezonanse…) mamy kilka razy mniej od średniej unijnej. W dodatku często stoi niewykorzystany, bo środki przeznaczane na diagnostykę oraz profilaktykę są najmizerniejsze w OECD.

Mimo zasadniczego wzrostu nakładów i wielkiej reorganizacji, fatalnie wypadamy we wczesnym wykrywaniu i leczeniu nowotworów. Szanse na przeżycie pięciu lat w przypadku raka szyjki macicy są w Polsce najniższe w UE i wynoszą 54,5 proc. Podobnie jest w przypadku raka jelita grubego. Przy raku piersi szanse na przeżycie przekraczają w krajach unijnych 80 proc. Polska znów jest wyjątkiem.

Dużo za mało

Raporty OECD mówią o nas jeszcze jedno: od zawsze polskie nakłady na ochronę zdrowia są śmiesznie niskie w porównaniu z krajami rozwiniętymi. W wydatkach na głowę mieszkańca - z kwotą 1,3 tys. dol. - wyprzedzamy jedynie Chorwację, Bułgarię, Łotwę i Rumunię. Również odsetek PKB przeznaczany na opiekę zdrowotną (publicznie i prywatnie) mamy bardzo niski - poniżej 7 proc., gdy średnia w krajach OECD to 9,5 proc. (w Niemczech 11,3, we Francji jeszcze więcej).

Jeśli chodzi o same tylko wydatki publiczne - również ciągniemy się w ogonie zestawień, z nakładami poniżej 5 proc. PKB. W pozostałych krajach OECD wynik ten jest przeważnie o połowę, a nawet 100 proc. wyższy.

Mając z tyłu głowy te dane pora się przyjrzeć, jak rosły publiczne nakłady na opiekę zdrowotną od wejścia Polski do Unii Europejskiej - i co konkretnie za to otrzymaliśmy.

W roku 2004 NFZ wydał 30,5 mld zł, w 2007 r. już ponad 40 mld zł, w 2012 r. - blisko 60 mld zł, a w 2015 r. - 70 mld. Tegoroczny budżet NFZ wynosi 77 mld zł. Zważywszy, że od wejścia do UE Polskę opuściło ok. 2 mln osób, nasze nominalne wydatki w przeliczeniu na mieszkańca w ostatniej dekadzie niemal się podwoiły. Uwzględniwszy inflację, są realnie o 70 proc. wyższe niż za poprzednich rządów PiS (w latach 2005-07).

Jeśli od tego czasu kolejki do lekarzy się wydłużyły, a tysiące pacjentów zaczęło szukać ratunku w innych krajach Unii - to na co poszły te nasze dodatkowe pieniądze?

Największy wzrost wydatków - z 31 do 58 mld zł rocznie - nastąpił za czasów ministrowania śp. prof. Zbigniewa Religi (rząd PiS) i jego następczyni Ewy Kopacz (pierwszy rząd PO-PSL). Potem, w latach globalnego kryzysu, nieco wolniej środki zwiększał Bartosz Arłukowicz - dorzucił do kasy NFZ 10 mld zł.

Andrzej Sośnierz, prezes NFZ w czasach prof. Religi, wcześniej szef Śląskiej Kasy Chorych (dziś poseł PiS z ramienia Polski Razem Jarosława Gowina) mówił nam wtedy, że „ogromna część tych dodatkowych pieniędzy poszła na bardzo duże podwyżki płac - przede wszystkim lekarzy”. - Minister Religa i premier Kazimierz Marcinkiewicz obiecali lekarzom 30-procentowe podwyżki wynagrodzeń i obietnica ta została szybko zrealizowana, przy czym nie poprawiło to dostępu Polaków do usług medycznych - mówi ekspert.

Część jego kolegów zaczęła nagle zarabiać „60 tys. zł - zamiast dotychczasowych 20 tys.”. - Odbyło się to kosztem pacjentów płacących składki do NFZ - uważa Sośnierz dodając, że w niektórych dziedzinach niebotyczne stawki wylobbowali sobie profesorowie - lekarze tworzący od zarania wszystkie bez wyjątku koncepcje reformy opieki zdrowotnej.

Równocześnie raporty OECD od lat alarmują, że co roku z Polski wyjeżdża kilka tysięcy lekarzy i pielęgniarek, bo ich zarobki są za niskie, a warunki pracy złe.

NIK: długi rosną, płace bardziej

Półtora roku temu Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła umowy pracowników 22 szpitali oraz to, jaką część kosztów stanowią tam płace lekarzy i pielęgniarek. Okazało się, że jest to od 47 do ponad 85 proc. Udział płac rósł, bo personel otrzymywał podwyżki grubo ponad inflację. A 16 szpitali było na minusie!

Inspektorzy ustalili, że coraz więcej lekarzy zatrudnia się na kontraktach, co pozwala im pracować w wielu placówkach naraz (bez czyjejkolwiek kontroli), albo na okrągło w tym samym szpitalu (z ominięciem przepisów o czasie pracy). Ich stawka godzinowa mieści się między 55 a 110 zł, a w przypadku „dyżurów pod telefonem” - od 13 do 25 zł.

Kierownictwo szpitali wyjaśniło, że za mniej nikt nie chce robić. Z tego też powodu część placówek zmuszona była wypłacać, np. kardiochirurgom - oprócz stawek godzinowych - „wysokie kwoty prowizji za wykonane świadczenia”. NIK zauważył, że wynagrodzenia kontraktowe lekarzy rosły w tempie trzykrotnie wyższym od inflacji i dwukrotnie wyższym od nakładów przeznaczanych przez NFZ na świadczenia medyczne. W efekcie prawie wszystkie dodatkowe środki przeznaczone przez NFZ na leczenie trafiły do kieszeni personelu, głównie lekarzy. Pacjent nie ma z tego nic. Poza tym, że specjaliści nie opuścili Polski, by za wyższe stawki leczyć Niemców.

W kolejnym raporcie NIK, z listopada zeszłego roku, czytamy, że pomimo ponownego zwiększenia - tym razem o ponad 4 mld zł - wydatków NFZ oraz wprowadzenia tzw. pakietu kolejkowego - dostęp pacjentów do świadczeń zdrowotnych w większości przypadków uległ pogorszeniu. Np. u endokrynologa czas oczekiwania przez dwa lata zwiększył się ze 100 do 164 dni (w Małopolsce do 340!). U laryngologów dziecięcych - ze 103 do 167. Na oddziałach rehabilitacji - z 255 do 348 (liczba oczekujących dobiła do 170 tys.!) Pacjenci z osteoporozą muszą czekać średnio 296 dni, z porażeniem kończyn dolnych - 1234 (!), potrzebujący rehabilitacji - 348 dni, z problemami ortopedycznymi - 129 dni, dzieci z chorymi nerkami - 152 dni, a z alergiami - 148 dni...

Sprawdziliśmy, jaki odsetek ogólnych kosztów działalności stanowią wynagrodzenia, w tym pensje lekarzy i pielęgniarek, w czołowych krakowskich szpitalach specjalistycznych (patrz ramka na str. C04). Z uzyskanych danych można wysnuć dwa istotne wnioski.

O ile średnia płaca w Polsce między 2010 a 2016 r. wzrosła o 23 proc., to koszty wynagrodzeń w szpitalach zwiększyły się: w Babińskim o 12 proc., w JPII o 32 proc., a w Uniwersyteckim o ponad 43 proc. Według resortu zdrowia, w skali kraju wzrost ten wyniósł średnio 30 proc. Czyli był - mimo rosnącego zadłużenia wielu placówek - znacznie wyższy od wzrostu płac w gospodarce. Wniosek ten pokrywa się z ustaleniami NIK z lat 2014- 2015. Po drugie - łatwo wyliczyć, że praca przeciętnej pielęgniarki kosztuje w Krakowie ponad 5 tys. zł miesięcznie, a lekarza - 10 tys. zł. Jedni tę statystykę wyśmieją, a inni przeklną.

Król jest nagi

Wiosną tego roku minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zapowiedział serię podwyżek dla lekarzy i reszty personelu medycznego. Celem jest osiągnięcie w roku 2021 minimalnych wynagrodzeń zasadniczych brutto (bez dodatków) etatowych pracowników ochrony zdrowia w wysokości: lekarzy ze specjalizacją - 4 800 zł, lekarzy bez specjalizacji - 3 980 zł, lekarzy rezydentów w dwóch pierwszych latach rezydentury - 3980 zł, lekarzy rezydentów po dwóch latach rezydentury - 3980 zł, pielęgniarek i położnych z tytułem magistra ze specjalizacją - 3 216 zł, pielęgniarek i położnych bez specjalizacji - 2 400 zł, techników medycznych i pokrewnych - 2 400 zł. Młodzi działacze Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy uważają te stawki za śmieszne.

- Mówimy nieodmiennie o dwóch średnich krajowych dla lekarza niespecjalisty i o trzech średnich krajowych dla lekarza specjalisty oraz jednej średniej krajowej dla lekarza stażysty. Pielęgniarka ze specjalizacją powinna zarabiać ok. dwóch średnich krajowych. Wiemy, że w Niemczech lekarz po studiach ma ok. 2400 euro. W Polsce dojście do tej kwoty tak od razu nie jest możliwe, ale te dwie średnie krajowe są możliwe już teraz i pozwoliłyby zatrzymać młodych lekarzy w kraju - przekonuje w magazynie „Zdrowie-Press” Łukasz Jankowski, wiceszef PR OZZL.

Jego kolega Jarosław Gacki z Komisji Młodych Forum Związków Zawodowych, w rozmowie z radiową Jedynką, idzie dalej: - Mamy wspólny koszyk finansowy: i na usługi medyczne, i na wynagrodzenie. My od dawna chcemy wydzielenia kosztów pracy od pozostałych usług. Problem jest taki, że gdybyśmy oddzielili te wydatki, to okazałoby się, że „król jest nagi” i pieniędzy na leczenie nie ma - mówi.

W przestrzeni publicznej wybrzmiewa w ten sposób coś, o czym wszyscy wiedzą, a - poza NIK - boją się wspomnieć głośno: że niemal wszystkie dodatkowe środki, jakie od początku stulecia z mozołem wrzucamy do systemu opieki zdrowotnej, idą na wzrost wynagrodzeń - najpierw dla lekarzy, potem pielęgniarek. I że ten wzrost wciąż nie zadowala pracowników ochrony zdrowia.

Teraz rezydenci wraz z resztą słabo opłacanego personelu napisali „List otwarty Porozumienia Zawodów Medycznych do pacjentów”: „Zwykle mówi się o lekarzach i pielęgniarkach, ale jest znacznie więcej medyków, bez których nie ma nowoczesnego leczenia: są diagności, technicy analityki medycznej, psychologowie, położne, dietetycy, ratownicy, technicy elektroradiologii, fizjoterapeuci i technicy farmaceutyczni.(…) Nie będzie w ogóle leczenia, jeśli nie będzie miał kto leczyć, a nie będzie miał kto leczyć, jeśli wynagrodzenia pracowników medycznych pozostaną tak niskie jak dotychczas”.

PZM skierowało do Sejmu Obywatelski Projekt Ustawy o Warunkach Zatrudnienia w Ochronie Zdrowia i apeluje do pacjentów, by go poparli. Według nieoficjalnych szacunków resortu zdrowia, spełnienie postulatów PZM wymagałoby podwojenia budżetu NFZ, a więc - faktycznie - drastycznego podniesienia składek na ubezpieczenia zdrowotne. Jest przy tym niemal pewne, że - przy obecnej organizacji - nie poprawiłoby to dostępu Polaków do usług medycznych.

Czy jesteś gotów płacić więcej

W zeszłym miesiącu Pracodawcy RP zapytali w sondażu Polaków, co sądzą o ewentualnym zwiększeniu wydatków na ochronę zdrowia. Na pytanie, czy obecne nakłady wystarczają, by pacjenci byli zadowoleni, tylko 17 proc. badanych odparło, że tak, a aż 77 proc. (wśród kobiet - 84 proc.) - że nie. Im kto starszy, tym bardziej krytyczny, bo częściej musi chodzić po lekarzach i całować klamki oblężonych gabinetów.

Przytłaczająca większość z nas zgadza się, że nakłady na ochronę zdrowia trzeba mocno zwiększyć. Schody zaczynają się przy pytaniu, skąd wziąć pieniądze. „Czy zgodziłbyś się na zwiększenie składki zdrowotnej (a tym samym zmniejszenie swojego wynagrodzenia netto), gdyby w zamian nastąpiła odczuwalna poprawa jakości i dostępności leczenia - np. w postaci skrócenia kolejek do lekarzy” - na to pytanie tylko 39 proc. badanych odpowiedziało twierdząco. Za podniesieniem składek opowiada się tylko pokolenie młodych, w wieku 18-29 lat (61 proc. na „tak”). Najsilniej przeciw są trzydziestolatkowie - najwidoczniej pozbyli się złudzeń, że dorzucanie ich pieniędzy do studni bez dna cokolwiek zmieni.

Niezależnie od wieku i wykształcenia aż 88 procent z nas zgadza się natomiast, że to rząd powinien znaleźć więcej pieniędzy na zdrowie - w budżecie państwa. Nie ma przy tym mowy o podniesieniu podatków. W grę wchodzi jedynie zabranie środków z innych przegródek. Jakich? O to Pracodawcy RP nie pytali. A szkoda. Bo pytanie: „komu zabrać, żeby dać na zdrowie” jest w tej sytuacji kluczowe.

Z Narodowego Rachunku Zdrowia, sporządzonego przez GUS, wynika, że nasze roczne nakłady publiczne na ochronę zdrowia przekroczyły 80 mld zł, a prywatne - 35 mld zł, z czego gospodarstwa domowe wydały prawie 28 mld zł. Dla porównania - ok. 27 mld zł rocznie pochłania program Rodzina 500+. Na naukę wydajemy 8,5 mld zł, na szkolnictwo wyższe 16 mld zł. Armia będzie nas w tym roku kosztować ponad 37 mld zł, z czego 10 mld ma pójść na zakup uzbrojenia.

- Bez dodatkowych środków sytuacja polskich pacjentów będzie się pogarszać. Nasze społeczeństwo starzeje się najszybciej w Europie, więc coraz więcej z nas będzie wymagało opieki. Koszty opieki medycznej rosną na całym świecie, ale w Polsce będą rosły szybciej - ostrzega Anna Rulkiewicz, wiceprezydent Pracodawców RP.

***

Sprawdziliśmy, jaki odsetek ogólnych kosztów działalności stanowią wynagrodzenia, w tym pensje lekarzy i pielęgniarek, w czołowych krakowskich szpitalach specjalistycznych.

W szpitalu im. dr. Józefa Babińskiego płace pochłoną w tym roku 72 proc. całych kosztów, z czego wynagrodzenia lekarzy to 25 proc., a pielęgniarek 46 proc. Od 2010 r. pula na płace wzrosła z 43,2 do 48,3 mln zł.

W Szpitalu Uniwersyteckim wynagrodzenia ogółem stanowią 55 proc. kosztów funkcjonowania. Wynagrodzenie lekarzy to 20 procent, a pielęgniarek 21 proc. Od 2010 r. pula na wynagrodzenia wzrosła z 204 do 292 mln zł.

W Szpitalu im. Jana Pawła II na wynagrodzenia poszło w zeszłym roku ponad 136,8 mln zł (o 33,3 mln więcej niż w 2010 r.) Z tego 37 proc. trafiło do kieszeni lekarzy, 37 proc. do pielęgniarek, a reszta do pozostałego personelu. W ostatnich latach wyraźnie rośnie udział płac pielęgniarek - pula na nie zrównała się z pulą na płace lekarzy, przy czym pielęgniarek jest 759, a lekarzy 375, w tym 11 profesorów i 15 doktorów habilitowanych.

WIDEO: Magnes. Kultura Gazura - odcinek 12

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

t
też pacjent

Polscy lekarze wyspecjalizowali się w wysysaniu forsy z pacjenta i są w tym najlepsi na świecie.

X
XXX

... , że w obliczu powiększającej się liczby zdarzeń medycznych, zmniejsza się udział wyleczeń dokonanych w wyniku realizowania procedur medycznych, Najbardziej przykrym jest fakt, że skuteczność procedur medycznych w onkologicznych centrach szpitalnych jest zerowa. Pacjenci hospitalizowani tam umierają jedynie, lub opuszczają je jedynie w wyniku zaistnienia tzw. "cudów", nie zaś w wyniku realizacji procedur medycznych. I tak jest (niestety) również poza Polską !.

G
Gosc

Polikwidowac niepotrzebne wydatki i beda na sluzbe zdrowia.

p
pacjent

W polskich szpitalach dobro pacjenta jest na ostatnim miejscu, na pierwszym jest forsa, forsa, forsa i tylko forsa.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3