Moc będzie z kobietą

Urszula Wolak
Daisy Ridley jako Rey
Daisy Ridley jako Rey Fot. archiwum
Lubię kino. Pod powierzchnią efektownej inscenizacji zdarzeń rozgrywających się w bezkresnej przestrzeni kosmosu bądź pustynnych piasków, toczy się historia mało zaskakująca, stanowiąca nierozerwalną część naszych dziejów.

W „Gwiezdnych wojnach” nieprzerwanie bowiem trwa konflikt sił dobra i zła - Ruch Oporu działa w kontrze do Nowego Porządku. Tak proste założenie scenariusza kontynuowane jest w siódmej odsłonie dzieła, które właśnie zawładnęło kinowymi ekranami na całym świecie.

I nie jest nadużyciem konstatacja, że szaleństwo na punkcie „Gwiezdnych wojen 7. Przebudzenia mocy” to popkulturowa „choroba” - przekazywana z pokolenia na pokolenie. Nie zobaczyć tego fenomenu na wielkim ekranie - to, jak twierdzą ortodoksyjni fani kosmicznej sagi - po prostu wstyd.

To jeden z nielicznych przykładów filmu, który jednoczy w ciemnej sali zarówno starszych, jak i młodszych. Ci dojrzalsi z sentymentem przeglądają się w losach najstarszych protagonistów: Hana Solo, księżniczki Lei czy Luke’a Skywalkera. Młodsi mogą identyfikować się z odważnym Finnem i bezkompromisową Rey. O co chodzi? O przeżycie ekscytującej przygody, odbycie podróży do odległej galaktyki, gdzie dawno, dawno temu (jak w jakiejś baśniowej przypowieści) ścierały się ze sobą siły dobra i zła. A wszystko to przy dźwiękach siorbanej coca-coli i chrupiącego popcornu. Esencja kinowego rytuału, nieodzownie towarzysząca „Gwiezdnym wojnom”, musi zostać zachowana. I zostaje. Widać to, słychać i... czuć - również w polskich kinach.

Żadne znaki na niebie nie wskazują, by rytuał ten chylił się ku upadkowi. Siódma część „Gwiezdnych wojen” otwiera się na zupełnie nowe przygody. Będziemy świadkami ekscytujących pościgów, od których zakręci nam się w głowach i pojedynków trzymających w napięciu do ostatniej chwili. Twórcy na czele z reżyserem J. J. Abramsem (podbił serca widzów serialem „Lost”) zadbali o to, by z jednej strony nie odeszli od nich zagorzali miłośnicy, którzy kontynuują przygodę z filmem od 1977 r., z drugiej - by zapłodnić gwiezdnym bakcylem wyobraźnię młodszego grona widzów. Zabieg ten zrealizowano z powodzeniem.

W „Przebudzeniu mocy” odnajdziemy wiele odniesień (z przymrużeniem oka) do starej trylogii z lat 70. i 80. ubiegłego wieku, które bez zgrzytu łączą się z wątkami współczesnymi. Ich jasnym punktem jest wojownicza Rey - kobieta na miarę XXI wieku, samowystarczalna, świadoma swej siły. „Niech moc będzie z kobietą” - zdaje się sugerować Abrams, namaszczając Daisy Ridley (odtwarzającą postać Rey) na nową ikonę „Gwiezdnych wojen”.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

w
widz

efekty tak, ale historia jest potwornie przewidywalna, miałem wrażenie, że już gdzieś ją widziałem. Niczym się nie różni od różnych dni niepodległości i innych pierdół hollywoodzkich. Niestety, szkoda.

Dodaj ogłoszenie