Moje płyty

Redakcja
Udostępnij:
"Lovetune For Vacuum"

Soap & Skin

Jeżeli napiszę, że jakiś 50-parolatek (niby ja) zakochał się od pierwszego wyjrzenia w jakiejś 19-latce, to z pewnością część czytelników pomyśli sobie - to przecież wbrew naturze! Aby więc natychmiast uciszyć złowróżbne szepty, wyjaśnię, że chodzi o miłość od pierwszego usłyszenia, czyli o uczucie całkowicie platoniczne. Ale, choć teoretycznie przymknąłem już usta chcącym krzyknąć - stary satyr! - to jednak i tak wśród moich wrogów (pewnie takich mam, bo któż ich nie ma?) rozejdzie się pogłoska, że podtatusiały rockman zachwycił się muzyczką jakiejś (koniecznie seksownej) małolaty. Stąd od razu napiszę, że choć powłokę mam już nieco zdezelowaną, to dusza jeszcze całkiem młoda i - co z pewnością jest o wiele ważniejsze - owa nastolatka to nie jeszcze jedna (z tak przecież licznych obecnie) wykreowanych przez media lolitek, lecz dojrzała artystka, w jeszcze nie do końca dojrzałym ciele. Jest więc tak, że gdy mimo różnicy wieku naszych doczesnych powłok, moja jeszcze młodzieńcza i jej już dorosła dusza niedawno się spotkały, to od razu padły sobie w ramiona.
Co ciekawe, pod szyldem Soap & Skin nie kryje się żaden duet, lecz jedna (podobno drobniutka) Austriaczka. Nazywa się Anja Plaschg, a dzieciństwo spędziła w małej miejscowości Gnas tuż przy granicy słoweńsko-węgierskiej. Już od dzieciństwa interesowała się literaturą, sztuką i uczyła się gry na fortepianie oraz skrzypcach. Przez jakiś czas uczęszczała do szkoły muzycznej w Grazu, a potem pojechała do Wiednia, gdzie zaczęła studiować malarstwo. W końcu jednak rzuciła pędzel i postawiła na muzykę. Gdy miała 16 lat (!) jedna z jej piosenek (sama sobie komponuje i pisze teksty) trafiła na składankę promującą młode talenty, a później zaczęła dawać koncerty i występować jako aktorka w spektaklu będącym opowieścią o życiu Nico (tej z Velvet Underground) pt.: "Nico - Sphinx aus Eis".
Zaledwie kilka dni temu (24 kwietnia) na rynku pojawił się długogrający debiut Anji - "Lovetune For Vacuum. Płyta, która przyniosła 13 utworów będących spięciem dramatyzmu Tori Amos, depresji Sinead O'Connor i... nieobliczalności Kate Bush! Do tego dochodzi obsesyjność spod znaku propozycji islandzkiego Sigur Ros i chwilami (bo tak najważniejszy jest fortepian) elektroniczne eksperymenciki godne Depeche Mode. Całość to arcydzieło(!) pełne wokalnych przeskoków od nieomal kociego miauczenia, do wrzasków godnych gardła rozwścieczonej pumy i dorównujących im fantazją instrumentacji. Nie ma słabego utworu, nie ma błahej minuty, nie ma nieważnej sekundy.
JERZY SKARŻYŃSKI
"RADIO KRAKÓW"

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie