Mroczna tajemnica

Redakcja
Wszystko wskazuje na to, że nawet po zakończeniu śledztwa, nie poznamy szczegółów tragedii w Wałkach. Połączone więzami pokrewieństwa ofiary dramatu zabrały tajemnicę do grobu. W tarnowskiej Prokuraturze Okręgowej trwa śledztwo, a właściwie dwa, w sprawie morderstwa i samobójstwa we wsi Jodłówka-Wałki. Zdarzenie sprzed kilku dni poruszyło nie tylko mieszkańców okolicznych miejscowości, ale również ludzi na co dzień stykających się z tragediami: policjantów, prokuratorów. Samobójca, podejrzany o zamordowanie swojej siostry i szwagra, był dzielnicowym na przedmieściach Tarnowa. Wśród kolegów cieszył się opinią sumiennego. Wśród przełożonych - zdyscyplinowanego. Wśród członków rodziny uchodził za dobrego męża, kochającego brata, troskliwego wnuka. Dalsi krewni mówią o nim "człowiek bez skazy".

GRAŻYNA STARZAK

GRAŻYNA STARZAK

Wszystko wskazuje na to, że nawet po zakończeniu śledztwa, nie poznamy szczegółów tragedii w Wałkach. Połączone więzami pokrewieństwa ofiary dramatu zabrały tajemnicę do grobu.

W tarnowskiej Prokuraturze Okręgowej trwa śledztwo, a właściwie dwa, w sprawie morderstwa i samobójstwa we wsi Jodłówka-Wałki. Zdarzenie sprzed kilku dni poruszyło nie tylko mieszkańców okolicznych miejscowości, ale również ludzi na co dzień stykających się z tragediami: policjantów, prokuratorów. Samobójca, podejrzany o zamordowanie swojej siostry i szwagra, był dzielnicowym na przedmieściach Tarnowa. Wśród kolegów cieszył się opinią sumiennego. Wśród przełożonych - zdyscyplinowanego. Wśród członków rodziny uchodził za dobrego męża, kochającego brata, troskliwego wnuka. Dalsi krewni mówią o nim "człowiek bez skazy".
 Czy ktoś taki mógłby zabić? - Moim zdaniem, w tej sprawie jest jakaś mroczna tajemnica. Jeśli rzeczywiście on był mordercą, to coś musiało się między tą trójką ludzi wydarzyć. - Z drugiej strony, coś musiało w tym Grzegorzu Ż. podskórnie tkwić, jakiś rodzaj wypływającej gwałtownie agresji, bo nie zabija się siostry ot tak normalnie, ni stąd, ni zowąd - spekuluje jeden z wysokich rangą oficerów policji, nie związany ze sprawą.
 Wszystko wskazuje na to, że nawet po zakończeniu śledztwa nie poznamy szczegółów tragedii w Wałkach. Połączone więzami pokrewieństwa ofiary dramatu zabrały tajemnicę do grobu.
 Jodłówka, to dość rozległa wieś. Dom, obok którego znaleziono zwłoki 27-letniego Piotra S. i jego o rok młodszej żony Marii (siostry Grzegorza Ż.), stoi na jej krańcu. Mieszkańcy nazywają tę osadę Szpicem, być może dlatego, że polanka, na której jest zaledwie kilka domostw, wchodzi klinem w dość gęsty, sosnowy las. W miniony poniedziałek w Szpicu było aż czarno od ludzi.
 - O wpół do dziewiątej rano dawałam jeść królikom, a tu widzę samochody podjeżdżają, policja, straż.

Chyba jakaś obława

- pomyślałam - opowiada pani Józefczakowa, mieszkająca obok miejsca, gdzie prawdopodobnie wydarzyła się tragedia. - Gdy z dołu za domem wyciągnięto trupy zawinięte w wykładzinę, nie przypuszczałam, że to ciała siostry Grześka i jej męża. Ponieważ trochę mżyło, policjanci zaciągnęli zwłoki pod stodołę i tam bardzo długo, chyba ze cztery godziny, robili oględziny. Koło południa jeden z tych policjantów przyszedł do naszego domu. - Czy jest gospodarz? - zapytał stojąc w sieni. - Muszę panu zadać parę pytań - zwrócił się do mojego męża. W tym momencie on i my usłyszeliśmy krótki strzał. Policjant wybiegł przed dom i gdy był na podwórku, krzyknął w naszą stronę - Boże, to chyba Grzesiek pier... do siebie.
 - Grześka znaliśmy od dzieciństwa - ciągnie swoją opowieść pani Józefczakowa. - Gdy miał piętnaście lat, zamieszkał w tym domu razem ze swoją babcią. Chłopak był porządny, grzeczny. Żadnych awantur, libacji nie urządzał. Babcia przed śmiercią zapisała mu tę chałupę. Przez rok mieszkali tutaj w trójkę - Grześ i jego siostra Majka - tak ją nazywaliśmy - z mężem. Potem młodzi małżonkowie wyprowadzili się do Tarnowa do jakiegoś wynajętego mieszkania. A dwa lata temu, po ślubie z panienką z Woli Rzędzińskiej, wyprowadził się też Grzesiek. Przyjeżdżał do Szpica mniej więcej dwa razy w tygodniu. Otwierał drzwi, wietrzył. Wspominał coś o sprzedaży domu. Miał nawet kupca, jakieś małżeństwo.
 W ten ostatni poniedziałek też tu był, jeszcze zanim przyjechała policja. Od jednego z sąsiadów pożyczył taczki. Mówił, że chce trochę zrównać ziemię w obejściu. Te taczki jeszcze tam chyba stoją przed domem. Łopata też. Nie zdążył ich oddać. A sąsiad chyba

nie ma serca pójść po nie...

 Pani Józefczakowa jest wstrząśnięta tragedią. - Wyrzucam sobie, że nic nie słyszeliśmy, nic nie wiedzieliśmy, co tam się dzieje. Może gdyby coś zwróciło naszą uwagę, jakiś niepokojący sygnał, może dałoby się ich uratować? - zastanawia się krzyżując nerwowym ruchem ręce na brzuchu. - Co prawda córka słyszała jakiś wystrzał koło dziesiątej wieczorem z soboty na niedzielę, ale to nas nie zastanowiło, bo w tej głuszy wcale nierzadko się zdarza, że ktoś sobie puknie do zająca. Bardziej zastanawiające, przynajmniej dla mnie, było to, że tej samej nocy, nad ranem, może była to godzina czwarta, słyszałam manewrowanie samochodu. Nawet wstałam i wyjrzałam przez okno. Nie wiem, jaka była marka tego auta. Na pewno było koloru jasnego.
 - We wsi nikt nie wierzy, że to Grzesiek zrobił - relacjonuje opinie miejscowych Józefczakowa. - A pani? - pytam. - Ja też nie. No, chyba że jakiś diabeł w niego wstąpił - mówi po chwili zastanowienia. - Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci. Nasz proboszcz już dwa razy tutaj był. Modlił się. Kreślił w powietrzu znak krzyża. Jemu też się to w głowie nie mieści. Grześka, Majkę, znał od dzieciństwa. My tu, proszę pani, pierwszy raz mamy taką tragedię...
 Wokół domu, przy którym znaleziono zwłoki i gdzie na oczach swoich kolegów zastrzelił się Grzegorz Ż., panuje niezmącona niczym cisza. Nic, żadne ślady, nie wskazują, co tu się działo kilka dni temu. Krew pewnie wyschła lub ją przysypano wapnem. Gdzieniegdzie widać tylko brudne rękawiczki chirurgiczne, używane przez policjantów zabezpieczających ślady i lekarzy dokonujących oględzin zwłok. Dom, a właściwie stara chałupka, do której prowadzą zbite z desek drzwi, teraz oklejone taśmą z pieczęcią tarnowskiej policji, jest nie tylko opuszczony, ale i zapuszczony.
 Przez niewielkie okienko widać spory nieład w środku - rozlatujące się fotele, połamane szafki, szuflady pełne szpargałów. Na podłodze pokrytej linoleum, na którym są mokre ślady, jakby ktoś dopiero co zmywał podłogę, stoi kilka butelek po wódce z jakimś żółtym płynem w środku. Czy to tutaj rozegrał się rodzinny dramat? Czy tutaj polała się krew? - zadaję sobie w myśli pytania. Czy wcześniej doszło do jakiejś awantury? Jeśli tak,

to o co poszło? Czy o pieniądze?

 Jeden ze znajomych ofiar słyszał, iż małżeństwo S. przed wyjazdem Piotra S. do Austrii, pożyczyło od Grzegorza Ż. jakieś pieniądze. Inny człowiek potwierdza, że tak było, ale zaklina się, iż widział, jak Piotr S. oddawał pożyczone pieniądze. A jeśli nie poszło o pieniądze, to o co? Na te i wiele innych pytań nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Być może niektóre szczegóły zdarzeń z ostatniego weekendu są już znane prowadzącym śledztwo. Nie mają oni łatwego zadania. Nawet najbliżsi krewni ofiar podają sprzeczne wersje ostatnich godzin życia Marii i Piotra S.
 Zaginięcie małżeństwa S. zgłosili na policji niemal równocześnie rodzice Piotra S. i siostra Marii - 21-letnia Katarzyna. - Przez całą noc z niedzieli na poniedziałek nie zmrużyliśmy oka - opowiada jeden z krewnych rodziny Ż. z miejscowości Zaczarnie. - W poniedziałek, gdzieś koło południa, z domu naprzeciw wybiegła sąsiadka z krzykiem: "Kasiu, Kasiu, Majka i Piotr zamordowani, a Grzesiu strzelił sobie w głowę!". _Kasia akurat trzymała na rękach dziecko Majki i Piotra. Dobrze, że byłem obok, bo by je upuściła, tak się zachwiała. Potem w kółko powtarzała "O Boże, o Boże"_. Wieczorem zażyła jakieś proszki i tak osłabła, że trzeba było pogotowie wzywać. Teraz jest w szpitalu - opowiada chrząkając z emocji pan Józef.
 - Tak, krzyczałam, wrzeszczałam nawet, teraz żałuję, ze względu na Kasię, ale czy pani zachowałaby zimną krew w takiej sytuacji? - usprawiedliwia się sąsiadka. - Byłam w szoku! Taka tragedia, przecież te dzieci, tych młodych ludzi, znałam od dzieciństwa. Oni byli w dobrych układach między sobą, lubili się, to niemożliwe, żeby Grzesiu miał coś wspólnego z tą zbrodnią. Ja jeszcze długo nie przyjdę do siebie. Po nocach mi się śnią. Widzę uśmiechniętego Piotra i tak sobie myślę, że harował w tej Austrii, żeby

kupić sobie... śmierć.

 - To niemożliwe - powtarza słowa sąsiadki Błażej, brat teściowej Grzegorza Ż. - Nic złego nie mogę o tym chłopcu powiedzieć; miły, grzeczny, uczynny. Może trochę zamknięty w sobie, ale to chyba nie jest wada. Jak się zachowywał w niedzielę? Normalnie. Potwierdzi to jego żona, ale ona biedactwo jest w szoku i chyba długo się nie otrząśnie.
 Pan Błażej nie wierzy w winę Grzegorza. - On bardzo kochał swoją siostrę. Był z nią bardzo mocno związany. Oboje wypłakiwali się sobie w rękaw, gdy dwa lata temu, nagle, zmarł ich ojciec mający niewiele ponad pięćdziesiąt lat. Nieraz miałem dowody na to, że łączyło ich prawdziwie braterskie uczucie. Grzesiek, gdy tylko Majka czegoś potrzebowała, rzucał wszystko, aby jej pomóc.
 Z relacji krewnych zamordowanych wynika, że Maria i Piotr S. mieli w sobotę wybrać się do kantoru, aby zamienić na złotówki szylingi, zarobione przez Piotra w Austrii. Piotr pracował tam dorywczo od marca tego roku. W tym czasie jego żona mieszkała z trzyletnią córeczką u swojej mamy w Zaczarniu, w rodzinnym domu Grzegorza Ż. Jakiś czas temu Piotr wrócił z Austrii samochodem "Daewoo Matiz". Po drodze, w Czechach, miał stłuczkę. Samochód był więc lekko obtłuczony, stąd po znalezieniu porzuconego w lesie matiza pojawiła się rozpowszechniana wśród miejscowych wersja, że mordercami małżeństwa S. mogli być... członkowie mafii, którzy zamordowawszy młodych, mieli zamiar upozorować wypadek samochodowy.
 W minioną sobotę Maria i Piotr podjechali pod dom należący do teściowej Grzegorza Ż., gdzie mieszkał również on sam wraz z żoną. Młodzi poprosili go, aby pełnił rolę konwojenta, bo bali się jechać sami z ok. 50 tysiącami złotych (mieli zamiar zamienić szylingi na złotówki i wpłacić pieniądze na mieszkanie). Jak opowiadają krewni ze strony żony Grzegorza Ż., chłopak

był przywiązany do siostry,

tak, że nie bacząc na to, iż ma zamówionych na sobotę murarzy, rzucił wszystko i pojechał z młodymi. Po południu wrócił do domu i do późnego wieczora "ciągnął budowę aż po strop". Podobno jeszcze raz opuścił dom tej soboty, wtedy, gdy pojechał po stemple. Ci, co mieli z nim styczność w niedzielę, opowiadają, że zachowywał się normalnie - był w kościele, jadł z apetytem obiad, oglądał telewizję. W poniedziałek miał iść pierwszy raz do pracy po tygodniowym urlopie. Z relacji kobiet pracujących na poczcie w Skrzyszowie, w tym samym budynku, w którym mieści się komisariat IV rewiru, wynika, że Grzegorz Ż. pojawił się w poniedziałkowy ranek z aktówką pod pachą, ale po chwili wyszedł. - Nie przypuszczałyśmy, że widzimy go ostatni raz... - mówią pracownice poczty.
 Małżeństwa S. zaczęto szukać w niedzielę po południu, gdy grzybiarz w okolicy Podlesia Machowskiego znalazł porzuconego i otwartego matiza. W środku był m.in. garnitur Piotra S., ten, w którym miał wystąpić jako ojciec chrzestny. Poszukiwania zakończyły się w poniedziałek. Pies tropiący, a za nim dziesiątki policjantów przeczesujących lasy pomiędzy Podlesiem, Jodłówką a Wolą Rzędzińską, zaprowadził swojego opiekuna do przysypanego wapnem dołu na śmieci, tuż obok domu babci Grzegorza Ż. w Szpicu. Na podstawie pierwszych oględzin zwłok, zabezpieczonych śladów oraz zeznań świadków, a także faktu, iż w szafce służbowej Grzegorza Ż. znaleziono pewną kwotę pieniędzy (w tym szylingi austriackie), policja ogłosiła, że głównym podejrzanym jest Grzegorz Ż., który popełnił samobójstwo. Nie wykluczono jednak, że sprawcami zbrodni

mogły być inne osoby.

 Nadkomisarz Władysław Kłusek, szef Komendy Policji Tarnów Centrum, nie znał bezpośrednio dzielnicowego Grzegorza Ż., ale też - jak stwierdza - nigdy nie spotkał się z uwagami na jego temat ze strony bezpośrednich przełożonych. - Proszę mi wierzyć, że staramy się w miarę systematycznie oceniać pracowników. Każdy z nich ma swoją teczkę osobową, w której są również dane na temat ich życia rodzinnego, prywatnego. Gdyby coś nas zaniepokoiło, zaraz byśmy interweniowali - mówi.
 Komendant Kłusek jest w służbie od 21 lat i jeszcze nie zetknął się z taką tragedią, w której poszkodowanymi byłyby trzy spokrewnione osoby, a w tym policjant. Przypomina sobie jeden przypadek, ale z terenu działania policji w Katowicach, gdy funkcjonariusz strzelił osiem razy z broni służbowej, śmiertelnie raniąc człowieka, który był mu winien pieniądze.
 Nadkomisarz W. Kłusek rozmawiając ze mną był bardzo oficjalny. Unikał odpowiedzi na niektóre pytania. Maska - jak się później okazało - obojętności pękła w momencie, gdy odprowadzana do drzwi, zapytałam, jak przyjął wiadomość, że sprawcą morderstwa może być policjant z IV rewiru, bliski krewny zamordowanych. - To się, proszę pani, nie mieści w głowie. Ja nie wiem, jak to nazwać, nie umiem ogarnąć rozumem tego nieszczęścia, tej tragedii. Bo ona się

wymyka wszelkim ludzkim sądom,

wszelkim ziemskim ocenom - mówi głosem, w którym wyczuwa się poruszenie.
 Sumienność w wypełnianiu obowiązków zawodowych przez Grzegorza Ż. potwierdzają również mieszkańcy Skrzyszowa - leżącego na przedmieściach Tarnowa. - Spośród czteroosobowego składu tutejszego posterunku policji z ludźmi najczęściej kontaktował się właśnie on - opowiada jeden z mieszkańców. - Jeszcze niedawno spisywał mnie po tym, jak mi sklep okradli - mówi właścicielka kiosku spożywczego. - Pytał, czy mam jakieś niepotrzebne kartony, chwalił się, że dom wykańcza, że niedługo się będzie przeprowadzał. Widywałam go często, bo u mnie zakupy robił. Zawsze był miły, grzeczny, choć nie zanadto rozmowny.
 Właściciel kiosku "Ruchu" w Skrzyszowie, równolatek Grzegorza Ż., miał z dzielnicowym kontakt niemal codzienny: - Przychodził po gazety i papierosy. Planowałem nawet od niego ten dom w Jodłówce kupić. Wiem, że chciał za niego 35 tys. zł. Mówił, że będzie miał na wykończenie nowego domu. Jaki był? Zwyczajny. Nie chełpił się, że policjant, nie wywyższał, nie przechwalał. Kurde, on nawet nigdy nie zaklął! Komendant wojewódzki policji powiedział w telewizji, że go nie znał osobiście. To znaczy, że przez dziesięć lat służby ani razu na dywaniku u komendanta nie wylądował. To znaczy, że był sumienny.
 Prokurator Artur Wrona, prowadzący śledztwo w sprawie morderstwa w Wałkach, potwierdza, że głównym podejrzanym jest trzydziestoletni Grzegorz Ż., policjant ze Skrzyszowa. Zazwyczaj w takich sytuacjach podejrzanego kieruje się na badania psychiatryczne, poddaje rozmaitym testom. Grzegorza Ż. już to nie dotyczy. Można tylko zadać sobie pytanie, jaki byłby wynik tych badań? Jak osobowość Grzegorza Ż. oceniłby fachowiec; psycholog, psychiatra?
 Począwszy od 1991 r. osoby chcące wykonywać zawód policjanta

są badane przez psychologów

przed przyjęciem do służby. Kandydat wypełnia wówczas zestaw testów, które mają m.in. na celu określenie jego predyspozycji. Bada się w ten sposób np., czy dana osoba nie ma zapędów dyktatorskich lub czy nie przejawia nadmiernej chęci manifestowania władzy.
 Czy powtarzanie tych badań co jakiś czas mogłoby zapobiec przypadkom nadużywania broni przez policjantów? - Nie sądzę - mówi jeden z wysokich rangą oficerów policji pragnący zachować anonimowość. - Podejrzewam, że gdyby u tego podejrzanego przeprowadzano systematycznie testy psychologiczne, odpowiednie badania, to i tak nic podejrzanego by one nie wykazały. Poza tym nie można policjantów bez przerwy poddawać testom, bo to by zaczęło budzić w nich złą krew. Proszę pamiętać, że policjant to też człowiek, podlegający, jak inni ludzie, różnym napięciom.
 Mój rozmówca uważa, że Grzegorz Ż. zapewne nie przejawiał żadnych anormalnych zachowań: - Policjanci są bystrymi obserwatorami, a poza tym, jak w każdej grupie zawodowej, i wśród nas jest trochę zawiści. Gdyby coś z nim było nie tak, gdyby jego zachowanie wykraczało poza normę, na pewno jego koledzy zameldowaliby o tym przełożonym. Wśród kolegów, z którymi się spędza wiele godzin dnia i nocy, nie da się ukryć pewnych anomalii, pragnień. Tymczasem w przypadku policjanta podejrzanego o to podwójne zabójstwo, wszyscy jego koledzy utrzymują, że Grzegorz Ż. był całkiem normalny.
 Moim zdaniem, w tej sprawie jest jakaś mroczna tajemnica. Jeśli rzeczywiście on był mordercą, to coś w nim musiało podskórnie tkwić, bo nie zabija się siostry ot tak, ni stąd, ni zowąd. Musiało być coś w jego duszy - jakiś rodzaj wypływającej gwałtownie agresji. Poza tym on musiał mieć coś z desperata, bo nie każdy w takiej sytuacji potrafi popełnić tak szybko samobójstwo. To znaczy, że podejmował gwałtowne, bardzo szybkie decyzje. Czy była pani kiedykolwiek w sytuacji, gdy się wściekła na kogoś tak, że miała pani czerwoną mgłę w oczach? Nie? A ja coś takiego przeżyłem i z trudem powstrzymałem się od dokonania w tamtym momencie czynów gwałtownych. Zapewne, gdybym zrobił wówczas coś niestosownego, miałbym zniesioną, a przynajmniej ograniczoną poczytalność.
 Policjanci są ludźmi podlegającymi takim samym prawom, jak i wszyscy inni ludzie - są wśród nich i potencjalni łapówkarze, i potencjalni złodzieje i potencjalni zabójcy. Nie ma - moim zdaniem - żadnego takiego specjalisty, który na podstawie testu potrafiłby bezbłędnie ocenić predyspozycje do takich czynów. W przypadku Grzegorza Ż., jeśli to on był zabójcą, mógł to być bardzo krótki, gwałtowny wybuch, a nie przemyślana akcja.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie