Mrożewski - czyli smak roboty

Redakcja
Udostępnij:
Zdzisław Mrożewski Fot. Archiwum autoraDyrektor Karol Frycz miał tzw. nosa, gdy ściągnął młodego aktora na krakowskie sceny. Młody aktor, co zwał się Zdzisław Mrożewski, miał świetną prezencję, wysoki wzrost i eleganckie maniery, a także już pewien staż teatralny. Po warszawskiej szkole dramatycznej grał w Reducie Osterwy, w Wilnie i w Poznaniu. A debiutował w Toruniu, gdzie prowincjonalne warunki dały mu dobrze w kość: 32 (!) premiery w ciągu roku w rolach amantów i starców, od tragedii do farsy.

Pierwszy raz

   "Płakać umiemy, ale nie potrafimy się śmiać. Łatwiej wzruszyć, trudniej rozśmieszyć" (Stanisławski). Krakowski start sceniczny Mrożewskiego przypadł właśnie na sztukę "Jan" modnego wtedy komediopisarza węgierskiego Bus-Feketego. Był to rok 1938, gdy aktor osiadł w naszym mieście. Z wycieczką szkolną zwiedzałem wówczas Kraków i widziałem Mrożewskiego po raz pierwszy. Trudno to nazwać spotkaniem, bo przecież dzieliła nas rampa, ale dobrze zapamiętałem sylwetkę, a charakterystyczne było jeszcze to, że grał kamerdynera, który zamienia się rolami ze swoim panem. Był to więc już ten moment, który jakby wyznaczyć miał kierunek późniejszych kreacji Mrożewskiego - profesora, generała, arystokraty...

Drugi raz

   Ponieważ teatry należały do miasta, więc kiedy wojna je zamknęła, personel dostał etaty urzędników magistrackich, Mrożewski także przywdział granatowy uniform (dzięki czemu np. mógł wystarać się o aryjskie papiery dla Pepy Singerówny, prototypu Racheli z "Wesela"), ale nie zdradził idei teatru. O niej dyskutowało się konspiracyjnie w mieszkaniu Osterwy - od którego Mrożewski nauczył się "szacunku dla słowa, kultury gestu i zrozumienia istoty zawodu" - z którym też w r. 1945 wystąpił w "Przepióreczce" Żeromskiego jako prof. Zabrzeziński. Słynne przedstawienie, słynna kreacja Pana Juliusza, drugie spotkanie ze Zdzisławem Mrożewskim, którego oglądać też było można w kabarecie "Siedem kotów" jako konferansjera i aktora ("tańczyłem i śpiewałem z Ireną Kwiatkowską").
   Dalszych ról nie wyliczę, zawsze są do sprawdzenia w annałach - natomiast koniecznie chciałbym przypomnieć piękne efekty pracy w dziedzinie rosyjskiej klasyki dramaturgicznej (nagroda za "Płody edukacji" Tołstoja z Zofią Jaroszewską). W r. 1953 występował w Krakowie Teatr im. Wachtangowa, a Mrożewski jakby w rewanżu wyjechał do ZSRR w gronie artystów naszych scen (jako profesor krakowskiej szkoły teatralnej) poznawać tamtejsze metody kształcenia studentów i obserwować życie kulturalne. Opowiadał mi o tym szczegółowo w Jamie Michalika; wywiad nazwaliśmy trochę z Gorkiego: "Moje `seminaria`" i był to dla mnie wreszcie pierwszy kontakt osobisty z księciem Mrożewskim (egzotycznego księcia grał wtedy w sztuce "Wielka polityka" Makarczyka).

Trzeci raz

   "Księciem sceny" - nazwał go Jan Englert w pośmiertnym wspomnieniu telewizyjnym. W duecie zagrali "Kontrakt" Mrożka i była to dla Mrożewskiego ostatnia rola przed przejściem na "świadomą emeryturę". Razem też zjechali całą ekipą (Nina Andrycz, Kalina Jędrusik) do Krakowa ze spektaklem Mrożka i wciąż - jak pamiętam - wiek nie pochylił jeszcze po wojskowemu wyprostowanej sylwetki. Gafę ("niewybaczalny błąd") popełniła jedna z gazet, obwieszczając 10 lat przed faktem jego zgon, gdy miał się jeszcze doskonale.
   - Z aktorstwem jest tak jak ze sportem - mówił. - Ktoś boi się niebezpiecznych skoków narciarskich, ale skacze. My również boimy się o efekty, ale ryzykujemy, próbujemy. W końcu aktorstwo to stałe ćwiczenie.
   Bez ładu i składu wymieńmy teraz, że "ćwiczył się" jako Nowosilcow w słynnych "Dziadach" Dejmkowych, i milczący Gajew w "Wiśniowym sadzie", i Poloniusz w "Hamlecie", i Pan Jowialski... Nie chciał grać w sposób staromodny, choć sam stwierdzał, że "rzeczywiście jest aktorem z innej epoki, z lepszej epoki". W zawodzie najważniejszy był dlań "smak roboty".

Ostatni raz

   W Krakowie przebywał 20 lat. Tu mieszkał (przy ul. Loretańskiej), tu pracował, tu się ożenił, tu został ojcem. Później musieliśmy się kontentować tylko jego wizerunkiem na ekranie. W kinie debiutował jeszcze w r. 1931 w filmie "Ułani, ułani - chłopcy malowani", który gdzieś się zawieruszył podczas wojny. "Warszawska premiera", "Czerwone i złote", "Wielka miłość Balzaka" - to wyrywkowe tytuły z jego filmografii, w której liczyli się przede wszystkim "Chłopcy" według Grochowiaka i "Śmierć prezydenta". Jerzy Kawalerowicz długo nakłaniał Mrożewskiego do objęcia roli Gabriela Narutowicza, którą zagrał wspaniale - bez charakteryzacji, z refleksją o polityku i z psychologiczną prawdą o człowieku.
   Okazję do spotkań stwarzały festiwale filmowe na Wybrzeżu. Onieśmielał mnie ten dystyngowany dżentelmen, spytałem, czy pozwoli się przypomnieć. - Ależ tak! - zareagował - kiedyś robił pan ze mną wywiad. - Owszem, ale to było przecież już 20 lat temu! - napomknąłem. - Nie szkodzi - odparł - pamiętam doskonale. - "Bo takie są moje obyczaje" - zwykł mawiać profesor Przełęcki w "Przepióreczce" Żeromskiego. Takie też były obyczaje Zdzisława Mrożewskiego - szlachetnej postaci, wielkiego artysty, starego pana z klasą.
WŁADYSŁAW CYBULSKI

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie