Musieli grać lepiej niż rekwizyty

Urszula Wolak, Łukasz Gazur
Andrzej Banaś
Udostępnij:
Uparty i nieomylny. A także prawie genialny - przynajmniej tak o sobie mówił. Przedmioty traktował lepiej niż aktorów. Bo to one były w jego teatrze najważniejsze. W dniu otwarcia Cricoteki mistrza Kantora wspominają Wacław i Lesław Janiccy

"Gdybym miał pracować z zawodowymi aktorami, musiałbym oduczyć ich grać"
Początek lat sześćdziesiątych, Krzysztofory. W surowym wnętrzu artystycznego klubu, gdzie spotkać można przedstawicieli krakowskiej bohemy, przy swoim słynnym stoliku siedzi Tadeusz Kantor. Pogrążony w myślach, nad notatkami, nie zwraca uwagi na otoczenie. Z zamyślenia wyrywa go Jacek Stokłosa - fotografik, aktor w teatrze Kantora Cricot 2, który przedstawia mu braci bliźniaków.

Kantor podnosi głowę. Mierzy nowo poznanych wzrokiem. Stwierdza: "Wy będziecie jeść makaron. Z walizki". Po czym wraca do swoich notatek. Tak zaczyna się trwająca niemal trzydzieści lat przygoda Wacława i Lesława Janickich z teatrem Tadeusza Kantora.

Do happeningu z jedzeniem makaronu chcieli się dobrze przygotować. Stawili się więc przed Kantorem w odświętnych garniturach, tych samych, w których przystępowali do egzaminu maturalnego. - Zamierzaliśmy uczynić z jedzenia podniosłą chwilę - wspomina Lesław Janicki. - Wiedzieliśmy jednak, że nie będziemy go spożywać w konwencjonalny sposób. Byliśmy właściwie obłożeni kilogramami makaronu. Mieliśmy go na głowie, ramionach, wszędzie. Jedliśmy i jedliśmy, aż mieliśmy go dość.

Sytuacja przerodziła się w coś, co Kantor nazywał "czynnością pozbawioną życiowego praktycyzmu". Pojawił się na scenie, robiąc linię podziału między artystami. Nagle nastała grobowa cisza. Reżyser stał z boku, zasępiony, nic nie mówił. Publiczność nie wiedziała, co się dzieje. Widzowie zaczęli nieśmiało wychodzić i wtedy stanęli jak wryci, przed drzwiami... zamurowanymi cegłą.

- Tak Kantor postawił ich w sytuacji bez wyjścia - mówi Wacław Janicki. Przekaz happeningu miał charakter polityczny, bo w latach 60., w sytuacji bez wyjścia, znajdowała się także Polska, zniewolona przez Rosjan, rządzona przez komunistów. Kantor wojował z władzą na swój osobliwy sposób. Innym razem wymyślił happening, w którym Jacek Stokłosa zasypywał węglem dziewczynę w stroju kąpielowym, leżącą w wannie.

- To dopiero był dla władzy policzek! Kantor bezcześcił węgiel - nasz surowiec narodowy, z którego Polska była przecież taka dumna - opowiada Wacław Janicki.

Dla Kantora, bardziej niż ludzie, liczyły się na scenie przedmioty. Poświęcał im więcej czasu niż aktorom. Krzesła, manekiny, stoliki musiały żyć tak jak postaci na scenie.

- Były przedmiotami codziennego użytku, ale wychodziły z jego duszy. Na tym właśnie polegała siła jego teatru - mówi Wacław Janicki.

Martwe rzeczy stawały się na scenie symbolami pustki, przemijania, odchodzenia, samotności. Przedmioty najlepiej oddawały estetykę teatru śmierci, który tworzył.

Artyści pracujący z Kantorem nie mieli pretensji. Traktowali to jak ambitne wyzwania stawiane im przez mistrza. - Naszym nadrzędnym celem było stać się lepszym od stolika. To dopiero było coś! - mówi Lesław Janicki.

Czasem musieli konkurować nawet z deską - wyjątkową, bo ostatniego ratunku. Stała się ona atrybutem postaci chasydów, których zagrali w "Kurce wodnej". Dwumetrowy rekwizyt został owinięty przez Kantora czarnym płótnem. I tak miało pozostać.

- Pewnego dnia weszliśmy jednak na scenę z deską poprószoną prawdziwym śniegiem. Chcieliśmy, by publiczność uwierzyła, że przyszliśmy prosto z ulicy. Nie sądziliśmy, że nasz pomysł tak bardzo zdziwi Kantora. Był przerażony: "Jak to śnieg na desce? Ale skąd? Jak?" - pytał - wspomina Wacław.

Deska tak przylgnęła do braci, że nie rozstają się z nią do dziś. W każdą rocznicę śmierci Kantora, jako chasydzi, stają na ulicy Kanoniczej, by uczcić pamięć demiurga z Krakowa.

- Jak długo tak będziecie stali? - pytamy.

- Aż zabraknie nam sił.

- A jak zabraknie jednego z Was? - drążymy.
Długie milczenie. - Dobre pytanie. Nie wiem. Musimy się nad tym poważnie zastanowić - odpowiada Wacław.

- Może powinniśmy zrobić tak jak nakazuje tradycja jednego z japońskich teatrów, którym zauroczył się Kantor? Tam rola przechodzi z aktora na drugiego aktora - na zasadzie dziedziczenia. Nie ma przypadku. Myślę, że postać chasyda mógłby kiedyś zagrać mój syn - mówi Lesław.

"Można przejść z teatru do filmu, ale z filmu do teatru już nie"
Dziedziczenie wpisało się w ich przypadku nie tylko w poezję sceny, ale także w prozę życia. Bracia Janiccy przejęli bowiem w schedzie po swoim ojcu zakład jubilerski mieszczący się przy ulicy Krzyża 3 w Krakowie. Prowadzą go razem do dziś.

Kilka dni temu zakład jubilerski przy ulicy Krzyża. Kameralna przestrzeń przypomina scenografię teatralną. Uwagę przyciągają maszyny szlifierskie, potężna kasa pancerna i ściana luster. Sprzęty jakby niedzisiejsze, pokryte kurzem czasu, z piętnem rodzinnego sentymentu. Wacław, który ukończył historię sztuki, i Lesław, który jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych, właśnie tu zdobywali doświadczenie zawodowe przygotowujące ich do roli jubilerów.

- Wiedzieliśmy, że nie utrzymamy się z samej gry w teatrze Kantora. Profitów nie przyniesie też nam wiedza zdobywana na uczelniach.

Potrzebowaliśmy prawdziwego fachu - tłumaczy Lesław. Zwłaszcza że Kantor miewał swoje humory. Dały one o sobie znać, kiedy braci Janickich zwabił na plan filmowy Jerzy Hoffman, który zaproponował im role młodych Kiemliczów w "Potopie".

- Co na to Kantor? - pytamy.

- Powiedział, że "Można przejść z teatru do filmu, ale z filmu do teatru już nie". I przestał nas zauważać - mówi Lesław.
Właśnie trwały próby do spektaklu "Umarła klasa". Telefon z propozycją roli nie dzwonił. A gdy przypadkiem spotykali Kantora na ulicy, ten traktował ich, jakby byli niewidzialni. Jakby ich w ogóle nie znał. Próby do słynnego przedstawienia oglądali więc z ukrycia, jedynie przez okno.

Gdy wydawało się, że wszystko stracone, a kara za wystąpienie w filmie będzie wieczna, pewnego dnia mistrz, widząc ich na ulicy Szczepańskiej, wykrzyknął nagle: "O dzień dobry, bracia Janiccy! Koniecznie przyjdźcie na »Umarłą klasę«".

W ten sposób wyszli z niebytu i z aktorów Kantora stali się zwykłymi widzami. - To było niesamowite doświadczenie, zupełnie niespodziewane. Kiedy stoi się na scenie, nie ma się poczucia siły oddziaływania sztuki Kantora na widza - zauważa Lesław.
Na scenę jego teatru wracali powoli. Najpierw pojawiali się w "Umarłej klasie" w zastępstwie, aż któregoś dnia reżyser stwierdził: "Dołóżcie ławkę braciom Janickim".

W otoczeniu Kantora czuli się jak uczniowie, których wprowadzał w meandry swej sztuki. Tak tłumaczył im na przykład, czym jest "czynność happeningowa". - Gdy piją panowie kawę - mówił - to po prostu wykonują pewną czynność, ale gdy kawa się skończy, a panowie wciąż powtarzają rytuał picia, to właśnie jest "czynność happeningowa", czyli gest pozbawiony życiowego praktycyzmu, który wpisany był także w jedzenie przez nas makaronu - wspomina Wacław.

"Moim domem było i jest moje dzieło"
Swych aktorów szukał w otaczającym go środowisku. Nigdy wśród profesjonalistów. Któregoś dnia, tuż przed wyjazdem na występy do Florencji, zapytał Lesława: "Słuchaj, może przyprowadziłbyś do nas swoją żonę Ewę? Mogłaby u nas zagrać". - Nie byłem zdziwiony jego propozycją, ponieważ reżyser nie lubił rozdzielać swych aktorów z bliskimi w czasie teatralnych tournée po świecie - mówi Lesław.
Ewa, początkowo zachwycona propozycją, robiła wszystko, by Kantor zauważył ją na scenie. Starała się, jak mogła, ale wszystkie stosowane przez nią techniki okazywały się zawodne. Uśmiechała się - nic. Patrzyła zalotnie - nic. Nawet nóżkę pokazała - i to nie pomogło. Dla Kantora stała się po prostu niewidzialna. Kiedy w końcu straciła wszelką nadzieję na bycie zauważoną przez reżysera i siedziała zmizerniała i zrezygnowana w fotelu, on spojrzał w jej kierunku niespodziewanie i pełen euforii powiedział, jakby odkrył długo poszukiwany skarb: "Tak! Dokładnie tak masz grać! Jak szmata!" - wykrzykiwał.

- Pamiętam, że w kierunku Ewy leciały wtedy różne obelgi, ale może nie będę ich przytaczał - mówi mąż odkrytej aktorki.
Później nauczyli się, że najważniejsze momenty przygotowania spektaklu to te, kiedy Kantor nie patrzył. Były to jednak tylko pozory. Reżyser wnikliwie obserwował bowiem swoich aktorów. - W pewnym momencie krzyczał po prostu: "To, to, to! Idzie, idzie! Jeszcze raz! Teraz bardzo dobrze!" I już uznawał to za swoje, trafione w punkt. To było to, co chciał osiągnąć na scenie - wspomina Wacław.

"Rytm twórczości jest nieprzerwany; wymaga totalnego, bez reszty permanentnego zaangażowania myśli, woli i wyobraźni"
Nigdy jednak nie usłyszeli od niego słów pochwały. To nie było w jego stylu.- Nie po to występowaliśmy w jego teatrze. Liczył się dla nas sam zaszczyt uczestnictwa w jego sztuce. W teatrze trzeba się po prostu poświęcać. I wtedy jest dobrze - uważa Lesław.

Tym większe było jego zdziwienie, gdy przypadkiem, wiele lat później, sięgnął po wydaną korespondencję Grupy Krakowskiej. W jednym z listów do Jonasza Sterna, napisanym podczas pracy nad wystawieniem "Szewców" w Paryżu, reżyser pisał: "...a panowie Janiccy bardzo mi pomagają". - Nigdy w bezpośrednim kontakcie z człowiekiem nie wypowiedział podobnych słów - mówi Lesław.

Nigdy też nie informował wprost o swoich obsadowych planach. - Kiedy dowiedzieliśmy się o realizacji "Kurki wodnej", nic nie wskazywało na to, że wystąpimy w tej słynnej inscenizacji - wspomina Wacław. Bracia Janiccy podziwiali więc jedynie projekty kostiumów przygotowywanych dla innych członków zespołu Kantora, aż pewnego dnia, usłyszeli: "A bracia Janiccy! Mam dla was kostiumy. Zagracie chasydów z deską ostatniego ratunku w »Kurce wodnej«".

W następnym spektaklu "Nadobnisie i koczkodany" postanowił "wykorzystać" bliźniaków w inny sposób, chcąc odbić się od łączącego ich fizycznego podobieństwa. - Jeden z was będzie szatniarzem, a drugi szatniarką - powiedział. Kobiecy kostium przywdział Wacław, ale to nie wystarczało.

Bracia wpadli na pomysł, by kupić dwie gumowe dętki do piłki. - Napełniliśmy je wodą i włożyliśmy je do stanika. Efekt był piorunujący! Imitacja piersi idealna! W czasie spektaklu zdarzało się jednak, że jędrne piersi nie utrzymywały się na swoim miejscu i wypadały. Trochę się z nich wody powylewało, ale było zabawnie! - wspomina Wacław.

Współpraca z Kantorem nie należała do najłatwiejszych. Mistrz był uparty i nieomylny - takie przynajmniej miał o sobie zdanie. Nawet wtedy, gdy nie rozróżniał braci Janickich. Któregoś dnia za kotarą stał Lesław, który za chwilę miał wejść na scenę. Kantor woła: "No, dalej Wacław. Twoja kolej!". - A ja stoję obok Kantora. I mówię: "Ale ja tutaj jestem". A reżyser na to ukrywając zmieszanie brnął w zaparte: "Jak to tutaj, jak jesteś tam?!". Zbity z tropu, potulnie przyznałem mu rację. Ale później zaczął mówić "Ten, który tam jest - niech idzie" - wspomina Wacław.
Potrafił zaskakiwać. Kiedyś, gdy w Paryżu próby szły nie po jego myśli, i nie mógł dogadać się z dyrekcją teatru, w ferworze dyskusji nagle poczerwieniał i w spazmach upadł na podłogę. Czołgając się, opuścił salę. Wszyscy zamarli z przerażenia. Nie wiedzieli, co się stało.

- Poszliśmy wraz z Marią Stangret go poszukać. Okazało się, że siedział za rogiem, w kawiarni, przy kawie. "Ale im pokazałem, prawda? Tak trzeba postępować, żeby wiedzieli, jak mają cię traktować" - śmieje się na wspomnienie tego wydarzenia Lesław.
Znał swoją wartość. Przed współpracującymi z nim Francuzami obwieścił bez ogródek i cienia zażenowania: "Jestem prawie genialny". Po czym dodał: "A wy jesteście tacy... no, tacy" - w tym momencie zbliżył do siebie kciuk i palec wskazujący na odległość mniejszą niż centymetr. O dziwo, nikt nie protestował. Ale na takie zachowanie mógł sobie pozwolić tylko Kantor.

"Śmierć jest ostatecznym argumentem przeciw konformizmowi"
Piątek, 8 grudnia, 1990 roku. Kantor umiera.

- To był koniec Waszego świata?

Wacław Janicki wstaje z fotela, sięga po swój dziennik, skrupulatnie prowadzony w czasie pracy z Kantorem. Odnajduje w nim jeden z ostatnich wpisów. Czyta na głos:

"W piątek byliśmy na kolacji u Erosa - Ewa, Maria, Piotr Chybiński, Leszek i ja. Wtedy dotarła do nas informacja, że po wieczornej próbie Kantor źle się poczuł. Doktor Korombel wzięła go do szpitala. Dziś rano, o 8.40, zadzwoniła Teresa Wełmińska. I płacze: »Umarł Kantor«. Kiedy zacząłem pisać dziennik, a nawet później, po latach, nigdy nie przyszło mi na myśl, że to krótkie, tragiczne zdanie, kiedykolwiek napiszę". Wierzyli, że Kantor będzie wieczny.

Śródtytuły pochodzą z wywiadów z Tadeuszem Kantorem

***
Kantor zapytał Lesława: "Słuchaj, może przyprowadziłbyś do nas swoją żonę Ewę? Mogłaby u nas zagrać". Ewa, początkowo zachwycona propozycją, robiła wszystko, by Kantor zauważył ją na scenie. Starała się jak mogła, ale wszystkie stosowane przez nią techniki okazywały się zawodne. Uśmiechała się - nic. Patrzyła zalotnie - nic. Nawet nóżkę pokazała - i to nie pomogło.

Dla Kantora stała się po prostu niewidzialna. Kiedy w końcu straciła wszelką nadzieję na bycie zauważoną przez reżysera i siedziała zmizerniała i zrezygnowana w fotelu, on spojrzał w jej kierunku niespodziewanie i pełen euforii powiedział, jakby odkrył długo poszukiwany skarb: "Tak! Dokładnie tak masz grać! Jak szmata!" - wykrzykiwał.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie