Muzyka pojednania

Redakcja
Udostępnij:
Smyczkiem i pałką

Adam Walaciński

Adam Walaciński

Smyczkiem i pałką

W roku 1976 Yehudi Menuhin opublikował wspomnienia, zatytułowane "Niedokończona podróż". W ubiegły piątek jego życiowa wędrówka dobiegła kresu w berlińskim szpitalu. Ale los okazał się dla niego łaskawy: zaoszczędził długotrwałych cierpień i pozwolił do ostatnich dni pozostać aktywnym artystą.
Menuhin był cudownym dzieckiem, prawdziwym fenomenem skrzypcowym. Jako chłopiec zachwycał nie tylko nadzwyczajną sprawnością techniczną, ale także dojrzałością interpretacji. Niedługo przed trzynastymi urodzinami, w kwietniu 1929 roku wystąpił w Filharmonii Berlińskiej z programem obejmującym "Trzy wielkie B" - koncerty Bacha, Beethovena i Brahmsa. Orkiestrą prowadził słynny mistrz batuty Bruno Walter i wieczór ten stał się sensacyjnym wydarzeniem. Kiedy wybrzmiały ostatnie akordy finału koncertu Brahmsa, na sali zapanował tak nieopisany rozgardiasz i tumult, że dyrekcja filharmonii wezwała policję, by zaprowadziła porządek i uchroniła Yehudiego przed uduszeniem przez rozentuzjazmowanych melomanów.
Menuhin uważał ten koncert za właściwy początek swej kariery, bo Berlin był wówczas jeszcze stolicą światowego imperium muzycznego, a recenzje wpływowych krytyków berlińskich, traktowane jak "głos muzycznej wyroczni", przedrukowywała skwapliwie nawet prasa nowojorska. Występ Yehudiego z Bruno Walterem nazywano potem w rodzinie żartobliwie "Mayflower-Concert", bo jego rzekomi słuchacze tak się z biegiem lat rozmnożyli, jak potomkowie osadników, którzy w roku 1620 dotarli na żaglowcu "Mayflower" do brzegów Nowej Anglii. Ale naprawdę byli wśród publiczności tacy skrzypkowie, jak Fritz Kreisler, Jakub Gimpel i Carl Flesch, a pierwszym, który wprost przez estradę pobiegł, by uściskać młodocianego mistrza, był zamiłowany skrzypek amator... Albert Einstein.
Dar niezwykłej intuicji muzycznej, otrzymany w dzieciństwie od szczodrych Muz, pozostał tajemnicą także dla samego artysty. "Zdumiewa fakt - pisał - że kiedy byłem dzieckiem, moje wykonania były pełne życia, mimo, że miałem jeszcze niewiele konkretnych doświadczeń".
Pierwszym znaczącym nauczycielem Menuhina był Louis Persinger, potem w Paryżu George Enesco, artysta niezwykle wszechstronny, który stał się jego prawdziwym mistrzem i najsilniej oddziaływał na ukształtowanie się osobowości artystycznej, wreszcie Adolf Busch, do którego zresztą skierował go sam Enesco, by skorzystał z niemieckiej dyscypliny i poznał niemiecki styl interpretacji klasyków. W tych latach był Menuhin zarazem uczniem i koncertującym wirtuozem, przyćmiewającym nierzadko sukcesy i sławę swych mistrzów.
Za wczesną dojrzałość zapłacił potem pewną cenę. Kiedy intuicja zaczęła ustępować miejsca refleksji, kiedy zaczął się zastanawiać - "jak ja to właściwie osiągam, jak działa mechanizm gry" - zrodziły się problemy, kryjące zalążek późniejszych przejściowych kryzysów. Ich przyczyny były zresztą złożone. Jednej z nich upatrywać można także w nadmiernych wysiłkach, jakie niosły setki koncertów, które dał dla żołnierzy po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny. Grywał wszędzie, w najodleglejszych zakątkach, w szpitalach i polowych barakach. Te mordercze wędrówki między Aleutami, wyspami Pacyfiku i Europą - w Anglii grał nawet w więzieniu wojskowym! - były jednak dla niego wielką lekcją życia.
Zetknął się z zupełnie innymi słuchaczami, ludźmi cierpiącymi, potrzebującymi nie wysublimowanych przeżyć estetycznych, lecz "muzyki-pocieszycielki strapionych". Z tej lekcji wyniósł pogłębione rozumienie funkcji społecznej swej działalności artystycznej.
Zamiast wyliczać sukcesy, festiwale, które organizował, honorowe doktoraty, jakimi go wyróżniano, przypomnę, że był artystą dążącym do tego, by muzyka jednoczyła ludzi. Wiedział, że jest utopistą, ale starał się przynajmniej cząstkę tej utopii zrealizować. "Jako dziecko upatrywałem w muzyce niezwyciężoną potęgę dobra, coś, co może połączyć ludzkość ponad wszelkimi podziałami. Jednak życie w XX wieku nie może uchronić takich nadziei przed strasznymi rozczarowaniami" - czytamy w jego wspomnieniach, i dalej: "Biłem głową o mury różnych ideologii, ale te doświadczenia nie przekonały mnie o tym, że muzyka musi skapitulować przed nieprzejednaną wrogością ludzi albo że muzyk może bezmyślnie grać, gdy świat stoi w płomieniach".
Był pierwszym wielkim artystą żydowskim, który po II wojnie światowej wystąpił z Filharmonią Berlińską, za drugim razem - w roku 1947, z Wilhelmem Furtwanglerem, co w niektórych kręgach wywołało olbrzymie wzburzenie, ale koncertował także w Moskwie i przyjaźnił się z Dawidem Ojstrachem. Był artystą otwartym na świat i jego bogatą różnorodność. Grał i dyrygował Beethovena, ale występował też z Ravi Shankarem, indyjskim wirtuozem sitaru, czy zabawiał się na jazzowo w duecie ze Stephenem Grappellim, założył swą własną szkołę muzyczną dla dzieci i był przewodniczącym Międzynarodowej Rady Muzycznej UNESCO, konkurował z premierem Indii Nehru w staniu na głowie w myśl zasad jogi i wydał kilka książek. Życie piękne i bogate, pełne blasku sukcesów i osnute filozoficzną zadumą nad rolą sztuki i ludzką kondycją.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie